Chciałem dziś poświęcić kilka słów przereklamowanemu i wręcz oklepanemu hasłu, które widnieje na sztandarach chłopskich czyli – żywią i bronią. Hasło to, które padło ofiarą komunistycznych nadinterpretacji i propagandy, było fałszywe od samego początku. Choćby przez to, że wyhaftowane na sztandarach, miało zachęcić niepiśmiennych plebejów do uczestnictwa w walce o państwo, którego solą był naród szlachecki. Tenże naród nie zamierzał jednak wcale dopuszczać chłopów do politycznej konfidencji, zaś naczelnikowi Kościuszce chodziło o to tylko, by przyciągnąć masy wieśniacze do szeregów insurekcji, co miało zwiększyć szansę na sukces. Nie mogło jej zwiększyć, powiedzmy to otwarcie. Insurekcja Kościuszki była prowokacją, która miała ostatecznie pogrzebać Polskę. Sam Kościuszko był zaś nie rozumiejącym polityki gwałtownikiem. Kraj mogła uratować jedna tylko okoliczność i do niej należało dążyć wszystkimi siłami – konflikt prusko-rosyjski. No, ale to pogadanka na inną okazję. Dodam jeszcze może tylko, że Kościuszko, w końcu brygadier amerykański, musiał mieć świadomość, jakie okoliczności nadały skuteczności armii kontynentalnej w starciu z bardzo bezwzględną i sławną piechotą brytyjską. Armia ta została przeszkolona w walce na bagnety, przez pruskich oficerów. Kościuszko zaś, nieświadom tego, że Prusacy staną przeciwko niemu, próbował zwerbować chłopów, niepiśmiennych w dodatku, za pomocą hasła składającego się z liter. I rzucić ich do ataku z kosami na przeszkolonych w walce wręcz żołnierzy.
Owo hasło była to wyłącznie polityczna kokieteria skierowana w zasadzie nie wiadomo do kogo. No, ale hasło zostało i mamy je do dzisiaj, a kryją się za nim ludzie, którzy nikogo nie żywią i nikogo by nie obronili. Za to wielu ludzi mogą podstępnie zaatakować. Zupełnie jak pruska piechota Kościuszkę pod Szczekocinami.
Polski chłop, jako byt ideologiczny i politycznie praktyczny, został wykreowany przez narodowców, we wczesnej fazie ich istnienia. Ci bowiem potrzebowali narodu, żeby w ogóle istnieć. Naród zaś szlachecki, którego resztki egzystowały po całym kraju w pałacach i dworach peszył ich i krępował. Przede wszystkim swoją pozycją i stosunkami, ale także pieniądzem, który posiadał. Pan Dmowski więc i jego akolici potrzebowali innego jakiegoś narodu, który by zastąpił szlachtę. I padło na chłopów. Pech chciał, że potrzebowali ich także socjaliści. Ci jednak od samego początku przyjęli pozycję subpasożyta, który będzie żerował na organizmie klasy wieśniaczej i robotniczej, ta zaś będzie żerować na państwie, które właśnie się odrodziło po 120 latach niewoli. Daszyński wręcz wprost powiedział, że polski chłop będzie walczył za Polskę, jeśli mu ta Polska za to dobrze zapłaci.
Jakbyśmy się w tej sytuacji nie ustawiali, wróg dla wszystkich był jeden – ziemiaństwo. I tego wroga, który przecież ochoczo współpracował z narodowcami,( bo i z kim miał współpracować?), należało zniszczyć. I do tego posłużyć miała reforma rolna.
Każdy kto choć trochę rozumie jak działa ludzkie stado, wie że raz zadekretowanego złodziejstwa nie można powstrzymać niczym, jak tylko terrorem. Stąd zarówno postulaty narodowców, jak i postulaty socjalistów, stały się, w krótkim czasie elementem programu komunistów, którzy uczynili z nich pułapkę na chłopa. Wiadomo bowiem było, że dziedzic, nawet jeśli komunizuje i tak musi być zlikwidowany. Chłop zaś musi istnieć jako parawan dla terroru i producent żywności, na którego zwala się winę za jej niedobory. Chłop oczywiście tej świadomości nie miał, albowiem pozostawał dalej niepiśmienny. Jeśli ktokolwiek z chłopów cokolwiek rozumiał, to nie na poziomie pozwalającym coś przedsięwziąć przeciwko takiej polityce. Chłop wiedział jedno – więcej ziemi to większe bogactwo. I ta ziemia oraz jej podział zasłaniała mu wszelkie inne widoki. Gdyby ktoś, przed wojną, próbował przetłumaczyć chłopu, że podzielone gospodarstwa, bez maszyn, bez nawozów, bez systemu dystrybucji organizowanego przez państwo, które handluje produktami rolnymi na rynkach globalnych, to zakamuflowane niewolnictwo, na pewno by w to nie uwierzył. A mógłby jeszcze polecieć do stodoły po widły. Chłop słuchał tylko jednego rodzaju komunikatu – więcej ziemi. I tyle. Komuniści rozegrali tę przypadłość chłopa po mistrzowsku. Pomógł im zaś w tym pan Hitler, o czym pisał chyba Stanisław Mackiewicz. To znaczy terror zaprowadzony przez Niemców w Polsce ostatecznie przekonał chłopa, że Polska jest jednak fajna i warto się z nią utożsamić. Tyle, że Polski już nie było, a to w czym chłop miał się odnaleźć po wojnie, było jedynie jej atrapą. Czyli niewolnictwem, w którym chłop stanowił parawan dla terroru. I wtedy chłop się obudził. Było już jednak za późno. I żaden PSL, żaden Mikołajczyk i żadne „żywią i bronią”, nie mogło już nic pomóc. A dlaczego? Otóż dlatego, że komuniści, za pomocą swoich instruktorów zaczęli chłopa wychowywać. Zjednoczyli go pod swoim sztandarem, nazwali tę organizację ZSL, zmusili do posłuszeństwa, a następnie narzucili kontyngent dostaw żywności, podobny do tego, jaki narzucił Hitler. Przypomnę tu może osobom niezorientowanym, że obowiązkowe dostawy żywności ze wsi do miast, dostawy pochodzące z niewydolnych, na pół zrujnowanych, prymitywnych gospodarstw chłopskich, zniósł dopiero Gomułka w 20 lat po wojnie.
Ktoś mi zaraz napisze, że chłop nie jest niczemu winien, bo był niepiśmienny. No nie do końca, albowiem prowadzone z dużym ryzykiem, przez dwór, prace u podstaw, do których wzywali pozytywiści, czyli nauka czytania i pisania wśród dzieci chłopskich, dały pewne efekty. Działalność partii chłopskich w Galicji, partii zorganizowanych przez samych masonów, nie mających pojęcia o życiu chłopa, partii spenetrowanych przez przedstawicieli międzynarodowego kapitału, także przyczyniła się do uświadomienia chłopa. No, ale czegóż on był świadomy ten chłop? Kiedy jego nauczyciele, wyjąwszy naiwne panny z dworów, uczące brudne dzieci wierszyków Konopnickiej, byli równie durni jak on sam i pojąć nie potrafili, że handel żywnością = polityka globalna. I zwycięża w niej ten, kto na największy areał i jednolitą, wyspecjalizowaną produkcję. I ten globalizm zaczynał się tuż za progiem chaty Wincentego Witosa, czego ów Wincenty za nic na świecie nie mógł, a może nie chciał, zrozumieć. Zrozumieli to jednak komuniści. Tyle, że w momencie, kiedy sami byli już w pułapce ideologicznej bez wyjścia. To znaczy na sztandarach mieli już wyłącznie głód i zbrodnię. Komunistom bowiem zdawało się, podobnie jak socjalistom, przed I wojną światową, że będą subpasożytem na ziemi obrabianej przez masy chłopskie. To znaczy, że za pomocą terroru okradną wieś, część żywności sprzedadzą albo zamienią na dobra luksusowe przeznaczone dla swojej kasty, a resztę wypuszczą na rynek wewnętrzny. To było nie do zrealizowania przy jednoczesnej izolacji państwa od „zgniłego zachodu”. Nie mógł być ten plan zrealizowany także z tego względu, że produkcja rolna wymaga inwestycji, albowiem nie da się jej oderwać, nawet za pomocą całkowitej izolacji, od rynków globalnych. W PRL zrozumiano to znacznie wcześniej niż w ZSRR i powstała tu cała obrotowa organizacja o nazwie sugerującej korzenie chłopskie, która ma nawet kilku przedstawicieli na wsi. Jej związek jednak z tradycją wiejską jest śladowy i ledwie zauważalny. Służy ona bowiem, jak sztandar Kościuszki i hasło na nim, do zasłaniania prowokacyjnego i groźnego dla Państwa charakteru polityki, a także do kokietowania analfabetów i osób słabych na umyśle. Większość z tych osób nie pochodzi ze wsi. I choć wśród członków tej organizacji znaczna część potrafi już czytać i pisać, poziom zrozumienia sytuacji lokalnej i międzynarodowej jest bliski temu, jaki reprezentowali przedstawiciele galicyjskich organizacji chłopskich na sejmie w Wiedniu pod koniec XIX wieku. Na dziś to tyle.
O tym jak wyglądało życie chłopa w ZSRR za czasów Stalina, poczytacie sobie tutaj
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-przezyc-i-doswiadczen-robotnika-polskiego-w-zsrr/


Kiedyś chłop nie rozumiał tego, co się wokół dzieje. Dziś już chyba nie rozumie nikt. Społeczeństwo wie, że ma iść do roboty, potem do marketu, a na wieczór puścić sobie coś na platformie streamingowej. Mnie osobiście bardzo boli temat energetyki z racji zawodu. Masy wierzą w te całe OZE, mamy w planach odchodzenie od stabilnych konwencjonalnych źródeł zasilania i wciskanie na siłę transformacji, która pochłonie wielkie pieniądze i przyniesie brak stabilności i wysokie ceny. Zostaniemy jak chłopy po wojnie zaskoczeniu zupełnie inną rzeczywistością w stosunku do oczekiwań.