sie 272026
 

Wydaliśmy właśnie taką oto książkę. Autentyczne wspomnienia polskiego robotnika pracującego w ZSRR. Do tego opatrzone wstępem Stanisława Thugutta, którego czytelnicy z pewnością pamiętają, z II tomu książki „Socjalizm i śmierć”, gdzie opisywałem w jaki sposób zakładał spółdzielnię w Ćmielowie, eliminując z rynku przedsiębiorców żydowskich. Stanisław Thugutt człowiek Piłsudskiego w PSL Wyzwolenie, wicepremier w rządzie Moraczewskiego, wolnomularz…Kim zaś był autor tych wspomnień, nie wiadomo. Na pewno miał talent i zmysł reporterski, na pewno był robotnikiem i członkiem PPS. Zdecydowaliśmy się na wydanie jego wspomnień ze względów edukacyjnych i poznawczych. Coraz mniej ludzi bowiem pamięta czym jest komunizm i jakie są jego pierwsze objawy, a także jak różnią się one od konsekwencji, które komunizm ze sobą niesie. Ta książka przypomni starszym, to co może zatarło się w ich pamięci z czasów PRL, a młodszym – mam nadzieję – da do myślenia. Oto wybrane fragmenty wspomnień Stanisława Łukomskiego, wyjęte z jego książki na chybił trafił. Życzę miłej lektury.

 

Wszystkiego było pełno i tanio, kooperatywy robotnicze towarami zawalono po brzegi, kartkowego systemu nie znano zupełnie, nastrój mas robotniczych dla sowieckiej władzy w lwiej części był przychylny, wieś obdzielona dworską ziemią czuła się zadowoloną, a przy tym rozumna polityka rządu udzielaniem premii za racjonalną hodowlę koni i bydła itp., jak również i za wzorowo prowadzone gospodarstwa rolne, skaptowała sobie szerokie masy chłopskie. Śmiało twierdzić wypada, że o ile militarnie i oficjalnie władza sowiecka nie była tak silna jak w pięciolatce drugiej, o tyle moralnie miała u ludności więcej poważania, miłości i posłuchu. Stosowanie do obywateli środków represyjnych, tylko w rzadkich wypadkach było potrzebne, masy chłopskie, czując się zadowolone, odnosiły się do władz poprawnie i lojalnie.

Okolica, w której przebywałem, ma wiele cech podobnych naszej Lodzi, z tą różnicą, że porośnięta jest na olbrzymich przestrzeniach lasami, fabryk jednakże, i to przeważnie włókien niczyich, rozsianych jest po całej guberni pokaźna ilość. Podczas pamiętnych wypadków rewolucyjnych, jako rodzinna miejscowość jednego z wodzów rewolucji, Frunzego, odegrała w zdarzeniach październikowych wybitną rolę.

 

 

 

Okres pierwszej pięciolatki rozpoczęto niesłychaną w historii ludzkości agitacją. Rozmiary jej pojmie tylko ten, który podówczas pracował w fabrykach sowieckich. Zaczynając od literatury, poezji, sztuki teatralnej, muzyki, koncertów i zabaw publicznych, piętno propagandy planu pięcioletniego wyciśnięto nawet na budownictwie domów robotniczych i strojach ludowych. Doszło do tego, że po fabrykach młodzież rozagitowana wyrzekać się zaczęła lepszej odzieży i wszelkich modnych tańców, nazywając życie takie „nawykami zgniłego Zachodu” a często i lepszy obiad uważano za wybryk burżuazyjny. Powstały po miastach towarzystwa o nazwie „Niebieskie bluzy”, w które ubierała się młodzież płci obojga. Prócz tego, młodzież rozpoczęła organizować domy- komuny, w których wspólnie zamieszkiwała zajmując się nauką, szczegółowy nacisk kładąc na poznawanie i badanie marksizmu, leninizmu i stalinizmu.

Wynikiem tej organizacji była ogromna masa agitatorów i propagandzistów, którzy zalali fabryki i przeróżne placówki społeczne i kulturalne, urządzając bezprzestannie zebrania i dyskusje. Bywało, że na fabryce, obiadu spokojnie zjeść nie było można, ponieważ ciągnęli każdego na zebrania. H po pracy również nie było lepiej, znowuż zebranie, konferencje, dyskusje do późnej nocy. Gdzieś nie poszedł, coś nie poruszył, coś nie przeczytał, wszędy cień propagandy jak widmo stawał ci przed oczyma. Idea pięciolatki ogarnęła nie tylko samą młodzież i większość mas pracujących, przeniknęła ona (nie wiem czy szczerze) i do sfer naukowych i literackich, dzięki czemu fabryki, świetlice robotnicze i biblioteki publiczne zawalone zostały nową całkiem literaturą, która opiewała o bohaterskich czynach udarników, o ich poświęceniu dla społeczeństwa i pracy nad stworzeniem nowego człowieka. Poezja zaczęła wypuszczać stosy futurystycznych wierszy, sztuka teatralna przedstawiała, jak pięciolatka przerobiła szewca na astronoma (sztuka Niebo i ziemia) lub fryzjera na dyrektora fabryki wędlin (sztuka Zmowa uczuć) i t. p. Muzyka imitowała huk młotów parowych, szum pasów transmisyjnych, słowem ogłuszający chaos. Koncerty rozpoczynały się słowem wstępnym o pięciolatce trwającym często przeszło pół godziny, a zabawy ludowe urozmaicano przeróżnymi niespodziankami z pięciolatki.

Wzrost ciężarów państwowych i społecznych nie byłby dla ludności tak ciężki, gdyby warunki życiowe nie ulegały gwałtownej zmianie. Niestety sklepy robotnicze pustoszały z tygodnia na tydzień, to też aby nie razić oczu ludności, zamykano je, umieszczając na drzwiach napis: „zamknięte na remont”. Z rynku towary znikały z zawrotną szybkością, a na pozostałe ceny rosły niepomiernie. Hale targowe opustoszały, a w końcu je pozamykano, pojawiło się natomiast rozporządzenie wprowadzenia karteczek na chleb i towary pierwszej potrzeby.

Dzięki rozpoczętej kolektywizacji wsi, coraz większe tłumy włościan napływały do miast, potęgując głód towarowy i mieszkaniowy. Zapał mas pracujących do współzawodnictwa począł powoli stygnąć, brzemię ciężarów pięciolatki czuli wszyscy coraz dotkliwiej, sceptycy szeptając między sobą, wyrażali myśl, że to dopiero kwiateczki pięciolatki, jagódki — powiadali — nastąpią później.

Świat pracy jednak nie poddawał się zwątpieniom i wodzom swoim wierzył święcie, bo i kto mógł przypuszczać, że takie niesłychane wysiłki proletariatu nie ziszczą oczekiwanych od pierwszej pięciolatki nadziei? Wszyscy zdawali sobie sprawę z trudności kolektywizacji, ale nikt nie sądził, że chłop okaże się taką kolosalną siłą. Pamiętam jak dziś, kiedy ze wsi dochodziły odgłosy tej strasznej walki, prowodyrzy na zebraniach fabrycznych grozili, że „o ile chłopstwo się nie podda, złamiemy je”, chłop jednak milczał jak mur, a my w miastach coraz bardziej milczenie jego odczuwaliśmy na żołądkach. Z troską patrzałem na podrażanie i kurczenie się w kooperatywnych sklepach towarów, a nawet zanik ich zupełny, tym bardziej, że miejscowości jako na pół rolniczej, władze nie starały się aprowizować.

 

 

Najgorzej było z prowiantami, których nie można było nigdzie kupić. Miejscowa stołownia dawała obiady, które nie miały żadnej odżywczej wartości. Dowiedziałem się, że w pobliskim kołchozie, który zajmuje się hodowlą bydła, można się zaopatrzyć w ziemniaki i marchew. Wybraliśmy się we dwóch; po drodze, idąc lasem, pytam spotkanego chłopa, gdzie jest ten kołchoz, ów zaś odrzekł z niechęcią : idźcie prosto, a tam po ryczeniu krów traficie. Z ironicznej odpowiedzi chłopa wywnioskowaliśmy, że tam krowy są stale głodne i ryczą. Kupić nic tam nie kupiliśmy, gdyż i oni mieli niewiele. Sam kołchoz położony pośród lasów, ziemia wspaniała i można by żyć bardzo dobrze, ale jak później zaobserwowałem, chłopstwo zupełnie nie chciało pracować; zwiezionej dla bydła koniczyny i siana nawet przed deszczem nie zabezpieczyli, tak że zwalone czerniało i gniło na kupie. Toż samo było w sowchozie Bakunino, w którym tysiące cetnarów siana niezabezpieczone przed deszczem, zetlało.

Idąc z powrotem do domu, wstąpiliśmy do chłopa na wsi kupić masła albo jajek. Popatrzył na nas ciekawie, zagadnął, skąd jesteśmy, a gdy dowiedział się, że z Leningradu, począł stękać, że żyć ciężko, że z krowy nałożyli na niego 280 litrów mleka po 15 kopiejek z dostawą na stację kolejową, że z kury musi dać 80 jajek, a tu kury – rzekł z pewną ironią – nie niosą się, bo pietuchy zabastowaty (koguty zastrajkowały) i za kurami nie latają; my sami – powiada – jajek nie jemy, a wszystko oddajemy rządowi; uśmiechnęliśmy się z odpowiedzi chłopa i poszliśmy do domu z próżnemi rękami. Doradzano nam kupić młodego źrebaka, któregośmy rzeczywiście kupili za 25 rubli, krowy były już w przeważnej części wyrżnięte, pozostałe zaś konie bili na potęgę, i dużego konia można było kupić za 25 rb.

 

 

Aby ożywić handel produktami pierwszej potrzeby, zorganizowano targi kołchoźne. Parę tygodni naprzód, prasa miejscowa szeroko agitowała i ogłaszała o tych targach, pisząc, że targi będą odbywać się w każdy czwartek i wszystkiego będzie pełno i tanio. Ludzi przyjechało bardzo wiele, nareszcie w oznaczony dzień zaczęły jechać kołchozy po 6 i 7 furmanek z czerwoną chorągwią na czele. Przyjechało około 60 wozów, przygotowana na ich przyjęcie muzyka odegrała Międzynarodówkę i rozpoczęto mityng. Wygłoszono szereg mów, podnosząc znaczenie kołchozów i ich zdobyczy i po dwugodzinnym bałamuceniu naiwnych, rozpoczęto sprzedaż produktów, lwią część których w pierwszym rzędzie kupiła miejscowa elita. Pozostała ludność rozchwytała wszystko w mig, wiele towarów oddawali za koszulę, buty, spodnie itp., pieniądze nie cieszyły się powodzeniem. Na następny czwartek przyjechało około 10 wozów, a na trzeci ani jednego, tak się skończył handel kołchoźny, o którym sami chłopi mówili: „co tu sprzedawać, jeżeli my sami głodni chodzimy? kazali nam, no tak i przyjechaliśmy”.

Nastrój chłopstwa był przeważnie ponury i tajemniczy, wszystkiego słuchali, potakiwali i milczeli jak grób. Zapytany pewnego razu w fabryce przez miejscowego partyjnika chłop: „no, jakże ty myślisz o władzy sowieckiej, he?” odpowiedział –  „ja tak jak i wszyscy”. „No a jak ci się ona podoba? ” – „Nu, co tu gadać, nie powiem, że mi się nie podoba, ale też nie powiem, że mi się podoba, tak przywykło się pomału, jak do swojej baby”.

 

 

Niesłychane represje, zsyłka dziesiątek tysięcy ludzi na północ, wyludniły ogromne połacie kraju, doprowadzając znaną z urodzajności Ukrainę, Kaukaz i Powołże, do słynnego głodu r. 1932. Miasta przepełnione były uciekinierami ze wsi. Leningrad z jednego miliona siedmiuset tysięcy wzrósł blisko do trzech milionów mieszkańców. Sklepy z żywnością świeciły pustkami, zniżanie cen za robociznę doszło do niebywałych rozmiarów, na fabrykach tkackich zaprowadzone „komuny” (przeważnie złożone z kobiet) zupełnie zbankrutowały. Pracujące przy dwóch warsztatach tkackich kobiety, z zarobkiem 80-90 i 100 rb. miesięcznie, przydzielono do sześciu warsztatów, zniżając im tak ceny, że nie zarobiły wyżej 100 rb. Straszna eksploatacja, nędzne odżywianie były powodem częstego wynoszenia zemdlałych kobiet z fabryki. Jako reguła, nosze dla chorych stale stały w oddziale. Jakość produkcji zniżała się z miesiąca na miesiąc, plany zaś miesięczne rosły jak grzyby po deszczu.

Trudności żywnościowe nazywano trudnościami rosta, tj. że za bystro rośniemy i nie starczy nam wszystkiego, ale w drugiej pięciolatce będzie lepiej. Niektórzy robotnicy nazywali te trudności bolszewicką chorobą rosta, która – powiadali – kończy się jak u ludzi, katastrofą, gdzie jakoby nadmierny rozrost głowy, stawów powoduje śmierć. Tak się i my rozrośniemy aż łopniemy (pękniemy) wywoływało to śmiech i przycinki, huże nie budiet (gorzej nie będzie).

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/z-przezyc-i-doswiadczen-robotnika-polskiego-w-zsrr/

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)