sie 262026
 

Jak kiedyś umrę macie o mnie pisać i mówić wyłącznie źle. Tylko wtedy bowiem jest jakaś szansa, że to wszystko co tutaj robimy nie przepadnie ostatecznie i nie zostanie wrzucone do jednego wora z jakimś aspiracyjnym lub kokieteryjnym bełkotem.

Jak wiemy pisarzy w Polsce kreuje się z klucza towarzyskiego, dawno temu czyniły to środowiska związanych z SB i komuną w ogóle gejów, a potem środowiska GW, tyle że rolę przewodniczek młodych autorów podbijających rynek literacki wzięły na siebie panie w wieku balzakowskim. Był to szczyt żenady, ale one, bardzo pewne siebie, albowiem stał za nimi koncern medialny, nic sobie z tego nie robiły.

O kreowaniu pisarzy mówiliśmy tu już wiele razy, ale dawno tego tematu nie było, a mamy dobrą okazję. Zmarł oto Ignacy Karpowicz. Młody, zdolny pięćdziesięcioletni autor, którego dwie dekady temu gazownia okrzyknęła geniuszem i lansowała wszędzie gdzie się dało. Pan ten skupił w sobie – o pisarzach mówimy wyłącznie źle, pamiętajcie – wszystkie możliwe deficyty. I to było chyba przyczyną, dla której go lansowano. Nie należał bowiem do środowiska GW, ale pochodził z Podlasia, być może reprezentował jakąś mniejszość, ale dowiedzieć się tego nie sposób, więc raczej nie, bo by o tym pisali. Może był członkiem jakiegoś lokalnego establishmentu. Ciągnąc za sobą taki bagaż, Ignacy Karpowicz nie był zagrożeniem dla nikogo w środowisku wybrańców postkomuny, a mógł być wdzięczną zabawką we wprawnych rękach kreatorek mód literackich. I tym właśnie został i pozostał do momentu kiedy okazało się, że pożyczył od Kingi Dunin 13 tysięcy złotych, a potem nie chciał oddać. Pani Dunin zaś upubliczniła maile jakie z nim wymieniała i z tych maili wynikało, że wrażliwość pana pisarza jest silnie przereklamowana. Przypomnę – o zmarłych pisarzach piszemy i mówimy wyłącznie źle. Dobrym przykładem jest tutaj Henryk Sienkiewicz, o którym środowiska postępowe i liberalne piszą wyłącznie krytycznie i szyderczo, za nic mając fakt, że nie żyje.

Ja, podobnie jak większość ludzi, którzy informację o śmierci Ignacego Karpowicza zauważyli, zapomniałem o tej aferze sprzed dekady, o której obaj z Toyahem pisaliśmy. No, ale kiedy wpiszemy nazwisko autora w gogle, właśnie ona nam się pojawi, a kiedy klikniemy w link i przeczytamy tekst, okaże się, że wszystkie kreatorki mód literackich potępiły wtedy Ignacego Karpowicza i domagały się odeń, by zwrócił 13 tysięcy. Uczyniła to nawet Kazimiera Szczuka. Proszę Państwa – oto realia! Mamy środowisko osób wynagradzanych z budżetu koncernu medialnego, który sprzedawał reklamy spółek skarbu państwa za ciężkie pieniądze, a tu wybucha afera o 13 tysięcy, których nie zwrócił autor uważany przez to środowisko za wybitnego i rokującego na przyszłość. To jest, wyznam, zaskakujące.

Nigdy nie czytałem żadnej książki Ignacego Karpowicza i nie zamierzam tego robić. Po samych tytułach widać, że był to człowiek domagający się uwagi, a tę postanowił zdobyć za pomocą polemik z polskim mitem romantycznym i postawą afirmującą tradycję. Czyli, rzec można moim zdaniem, że został do tej roboty wynajęty przez gromadkę wariatek dysponujących niewielkim budżetem, które same były na tyle leniwe i znudzone, że takie zajęcia ich nie bawiły. Doszło oczywiście do różnych towarzyskich zbliżeń, które zakończył opisany wyżej kac. Nie moralny, bo o moralnych ograniczeniach w tej grupie w ogóle nie może być mowy. O czym przekonaliśmy się później, kiedy to Kinga Dunin stała się ponownie bohaterką afery obyczajowej, tym razem z niejakim Margotem w roli głównej. No, ale nie Margot nas dzisiaj interesuje…Pisarze, nawet najzdolniejsi, też są śmiertelni. Metoda jednak ich kreacji pozostaje niezmienna i nikt nie jest w stanie zrozumieć, że to hucpa. Być może nikt nie chce tego zrozumieć, bo każdy w Polszcze naszej dobrze wie, że sukces mierzy się wyłącznie ilością osób okantowanych na żywca. Tak więc jeszcze raz apeluję – kiedy umrę – piszcie i mówicie wyłącznie źle. Pamiętam, że kiedy rozpocząłem swoją wędrówkę po krętej i wyboistej drodze prowadzącej przez rynek książki, szydzono ze mnie bardzo, z toyaha tak samo. On miał nawet specjalnego hejtera, który pisał całe elaboraty na jego temat. Podpisywał się ów pan nickiem –  z mordoru. I miał on kolegę pisarza, którego opisywał w słowach podniosłych i żywych, chwalił i stawiał naprzeciwko nas, nędznych uzurpatorów bez krzty talentu. Tamten, prawdziwy autor, chodził cały dzień w szlafroku, nie golił się i nie mył, żarł byle co i pił alkohol przed południem. Miał jednak od kogoś zlecenia na pisanie jakichś popularyzatorskich i sensacyjnych bredni. I płacono mu jakąś tam umówioną stawkę. Według blogera z mordoru, był to pisarz prawdziwy. Do mnie zaś, autentyczny profesor fizyki, podpisujący się nickiem – eine – Stanisław Orda na pewno go pamięta – napisał kiedyś wprost, że jestem frajerem i naiwniakiem. Jego kolega bowiem – przypomnę – kolega profesora fizyki – wymyślił sobie jakąś serię książek fantasy, z postaciami wprost zerżniętymi z autorów zagranicznych i sprzedawał to na prawo i lewo kosząc frajerów na kasę. Zwróciłem profesorowi fizyki o nicku eine uwagę, że nie to jest moim celem i ja tak czynił nie będę. Pośmiał się z mojej głupoty i poszedł. Dziś już chyba nie żyje.

Pomijając już samą intencję, jakże degradującą i podłą, widzimy wyraźnie, że ci „ludzie sukcesu” realizują się w nie swoich formatach. Korzystają ze schematów wymyślonych wcześniej i w zasadzie nie dodają nic od siebie ponad to, co dostali w instrukcji od sponsora. To zaś oznacza, że żaden z nich nie miał i nie ma talentu. Talent bowiem nie znosi takich schematów i nie można go w nie wtłoczyć. Jeśli więc ktoś przedstawiany jest jako znakomity autor kryminałów to znaczy, że jest grafomanem-naśladowcą. I tak, na przykład, jest z Markiem Krajewskim, który – na szczęście – przycichł ostatnimi czasy.

Pisarze prawdziwi, tacy jak Sienkiewicz i Prus, wiele ryzykowali pisząc swoje książki i nie byli wcale pewni, czy proponowany przez nich schemat narracyjny zostanie dobrze odebrany przez publiczność. Obaj napisali mnóstw chybionych książek, które przepadły i nikt o nich nie pamięta. Napisali jednak też takie, o których zapomnieć się nie da, nawet jeśli cała ekipa gazowni będzie pracowała nad tym, by ogłosić Ignacego Karpowicza geniuszem, a Sienkiewicza grafomanem. No i ich celem nie była degradacja odbiorcy, a do tego właśnie służą pisarze dzisiaj. Także nobliści i polityczni publicyści, do których uśmiechają się politycy.

Taki Żeromski miał już łatwiej, on wiedział, że powieść historyczna ma swój rynek, że jest on głęboki i da się na nim zarobić. Jego propozycje jednak w tym zakresie są niemożliwie przestylizowane i przypominają, przy zachowaniu proporcji, dzisiejsze wizualizacje AI. Ja tego strawić nie mogę.

Powieść obyczajowa zaś umarła. Żeby ożyła należałoby – z talentem Prusa – opisać jak żyło i żyje nadal środowisko GW, także ta jego część, która kreuje pisarzy. Na to się jednak nikt nie zdobędzie, bo ludzie ci nigdy by czegoś takiego nie wybaczyli. Szans na to zaś, że wszyscy wymrą i nikt ich nie zastąpi nie ma żadnych. Dlatego, jedyne co nam zostaje to izolacja od tych osób i tworzenie oraz opisywanie środowisk, w których sami żyjemy. Twórczość ta na pewno zostanie powitana milczeniem, bo chodzi o to jedynie, by kreacje tamtych, oparte na jawnym oszustwie, były w obiegu. To z kolei wymusza zmianę zasad na całym rynku wydawniczym, gdzie liczą się tylko oszustwa, nadużycia i kanty, którym przyklaskują mądrzy profesorowie fizyki. Bo nie można wszak polemizować z siłą tak przemożną.

No, ale my wiemy co robić w takiej sytuacji…O zmarłych pisarzach mówimy wyłącznie źle. Wtedy jest jakaś szansa…Wiem to na pewno, bo dzięki temu tekstowi wiele osób dowie się kim był zmarły Ignacy Karpowicz i mimo wszystkich jego ograniczeń, jakoś go tam zapamięta. Świeć Panie nad jego duszą…

Książkę o zdobyciu Kościoła św. Krzyża i Komendy Policji już sprzedałem. Mam jednak cały czas pięknie wydany, specjalny numer  kwartalnika Szkoła Nawigatorów, poświęcony Powstaniu właśnie. Oto on

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/

 

Przypominam, że można się jeszcze zapisywać na konferencję w Zielonej Górze, czyli w Drzonkowie tak naprawdę. Odbędzie się ona w sobotę 5 września. Dzień wcześniej zaś, w piątek, wystąpię ze swoją pogadanką w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Zapraszam.

Dziękuję wszystkim, którzy wspierają moją zrzutkę na lokal dla Ani i Saszy.

https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification

 

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  3 komentarze do “Pisarze wymierają, moda na mistyfikację trwa”

  1. Moda też wymiera. Właśnie mi YT podrzucił impresje z tygodnia mody w Kopenhadze. Nie pamiętam już, czemu ten akurat tydzień się w prasie liczy. Pokazali trend – wszystko co tylko jesteś w stanie pomyśleć – wymieszane na jednej osobie ze wszystkim.

    Myślę że to jest piękne i proste podsumowanie czasów post kultury -;)).

    Ta tego autora czytałam gdy był lansowany. Nie pamiętam tytułu. Bohater z mieszkania w bloku, bogowie wszelkiej maści zjednoczeni w przekonaniu że jest już po zabawie.

    Taka Nike machnęła ręką na bogów, założyła znaną nam firmę. Kiedy się zorientowała, że niejaki Jezus taki zagubiony itd chciała go wziąć do firmy. Gdyby zamiast chodzić boso itd -;)). Bardzo było zabawne w całości. Tak że nic złego niestety nie napiszę.

  2. Obiecujący pisarze o już rozpoznawalnym nazwisku wymierają, jako że na wczesnym etapie kariery literackiej są celowo uzależniani od kredytu, z którego finansują życie ponad stan.

    Strategia jest zamierzona: rozbudzić ambicje finansowe, pokazać blichtr i uchylić chwilowo drzwi na salon. Następnie kierować spętanym finansowymi więzami autorem i jego twórczością.

    W początkowej fazie rozpadu potencjalnego geniusza literackiego wpierw osłabieniu ulega wena. Jest bowiem związany cyrografem, który przymusza do wytworzenia określonej ilości treści (często z góry ukierunkowanej pod zewnętrzne dyktando) w ustalonym czasie, co zamienia akt twórczy w rzemiosło.

    W schyłkowej fazie moce twórcze są już porażone w na tyle dużym stopniu, że wcześniejsi geniusze pióra zatrudniają studentów (na własną rękę) lub ghostwriterów (podsuwanych przez wierzycieli) do napisania książki naśladującej ich własny styl.

    Ghostwriterzy na ogół posługują się gotowymi szablonami, w których zmieniają się jedynie didaskalia, sekwencja zdarzeń, miejsca oraz imiona bohaterów.
    Pociąga to za sobą kolejne, znaczne koszty dla wyeksploatowanego intelektualnie pisarza. Pisarz płaci za własne książki – z kredytu! Wywołuje to ostateczny upadek treści, której jakość zbliża się do masowych, najtańszych wyrobów plastikowych z supermarketu. Obiecane pieniądze i sukces nie nadchodzą w zasugerowanej skali, a koszty rosną, co paraliżuje motywację i inwencję autora.

    Obecnie treści tworzone przez SI eliminują już ghostwriterów, a tak zwany „autor” jedynie uwiarygadnia, poręcza książkę swoim imieniem i nazwiskiem.

    Tragedią czytelnika jest, że w zalewie tego rodzaju literatury „generatywnej” ciężko wyłuskać jakiekolwiek istotne książki. Giną w śmieciowym szumie.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)