Pisarz jest antytezą rockmana i różnica między nimi polega na tym, że rockman może być sobą, a pisarz musi materializować w swojej osobie różne szajby czytelników i wyobrażenia sponsorów na temat pisarstwa. Wiadomo, że dziś ani pisarzy, ani rockmenów już nie ma, ale rozważamy rzecz teoretycznie.
Rockmeni, nawet jeśli ich kariera została wymyślona od początku do końca w jakimś dziale promocji, nawet jeśli nie mają czasu na żadne normalne życie, bo muszą ćpać, chlać i łajdaczyć się po hotelach, żeby podtrzymać swoją legendę i tak są w sytuacji sto razy lepszej niż pisarze. Produkt proponowany przez rockmana konsumuje się bowiem w godzinę, potem można go odtwarzać w samochodzie i eksploatować na różne sposoby. Można o nim rozmawiać bez zobowiązań z przypadkowo napotkanymi dziewczętami, które były na różnych koncertach i mają te same lub podobne wspomnienia, a ich serca wypełnione są analogicznymi przeżyciami, a mózgi takimiż skojarzeniami. Ta sytuacja zaś jest bardzo obiecująca i może zamienić się w różne ciekawe przygody, o czym myślą wszyscy, którzy są entuzjastami muzyki znanej jako rock.
Pisarz, gdyby próbował się tak zachowywać zostałby wyśmiany. Pisarz nie jest wolny, bo jego menedżer, agent czy jak tam go nazwiemy zmusi go do posłuszeństwa zawsze. Pisarz musi siedzieć sztywno i promować produkt, który być może zostanie odrzucony, albowiem ma 400 stron i wymaga uwagi znacznie ponad przeciętne możliwości czytelników płci obojga. Absorbcja tej treści zaś dokonuje się etapami poprzez umysł, a nie gwałtownie poprzez uszy. Na spotkania z pisarzami nie przychodzą dziewczyny gotowe na wszystko, ale jakieś mietły, którym się zdaje, że poznają człowieka niezwykłego, co odkryje głębie ich duszy i będzie ją eksploatował ze smakiem i znawstwem. Takie rzeczy zdarzają się – na szczęście – tylko w Ameryce. I jak ktoś zna życiorys Charlesa Bukowskiego, to wie o co chodzi.
Pisarz w Polsce to byt wymyślony, albo sprowadzony tu z kosmosu przez obcych. Nie może być inaczej. Rockmen, jeśli porównać go z pisarzem, jest jak meteor na niebie, pisarz zaś jak radziecki sputnik z lat sześćdziesiątych, w którym siedzi pies Łajka. I ten pies to jest właśnie dusza pisarza, po której różni ludzie spodziewają się jakichś niezwykłości. Tymczasem ten pies leci samotnie w nieznane, łka i zapewne umrze kiedyś patrząc z wyrzutem w ogrom tego kosmosu. Nikt o tym nie myśli.
Dusza rockmena jest za to, jak lew na sawannie. I taka zostaje do końca. Tyle, że po wszystkim już, kiedy rockmen kończy karierę, jest po odwykach i terapiach, dostaje od lekarza różne zalecenia i wygląda jak lew w klatce, który patrzy na sawannę z bezpiecznego miejsca. I dobrze, bo jakby tam wyskoczył inne lwy by go rozszarpały.
W czasie swojej aktywności artystycznej rockmen ma pozwolenie na wszystko. Może się nie golić, porasta różnobarwnym włosem różnej długości i wszyscy uważają, że to świetnie. Czasem to nawet oczu mu nie widać. Może biegać po scenie, przeklinać, obnażać się publicznie, a nawet zrobić z tego przedstawienie o charakterze misteryjnym. Wszyscy są zachwyceni i szczęśliwi, najbardziej zaś małoletnie dziewczęta wyjące w niebogłosy przy scenie.
Jak pisarz się nie ogoli raz, a nie mówię już o porastaniu różnobarwnym włosem, wszyscy uważają go za śmierdziela. I potem długo nie można zmazać tej hańby, bo wszyscy mówią – hej, a pamiętasz jak on się kiedyś nie ogolił? Ci sami ludzie pójdą potem na koncert jakiegoś brudasa z łojotokiem i będą wyrażać zachwyt już nie słowem, ale gorączkowym podrygiwaniem w rytm muzyki, którą ten osobnik proponuje.
Tak, rockmen może być sobą, nawet jeśli sobą nie jest. Pisarz nie może być sobą nigdy. Rynek na to nie pozwala. Rynek muzyczny zaś pozwala na wszystko. Nikt nigdy, za żadne skarby, nie uwolni rynku literackiego i nie pozwoli pisarzom na to, by byli samodzielni. To jest zbyt ważny segment propagandy i jak to już kiedyś pisałem, książka to medium intymne, które trafia bezpośrednio do duszy czytelnika. Na rynku książki zaś chodzi o to, by tę duszę wykorzystać, pożreć i wypluć. Stąd, jak przypuszczam, bo pewności przecież nie mam, większość pisarzy w Polsce obecnie, to zadeklarowani sataniści.
Jeśli rockmena w czasie jego największej aktywności można porównać do lwa na sawannie, to pisarz jest małpą w klatce. Wszyscy oczekują, że małpa będzie kogoś naśladować, udawać ludzkie zachowania, uśmiechać się obnażając dziąsła, a jeśli jest pawianem, pokaże swój czerwony zadek. I to w zasadzie wyczerpuje oczekiwania publiczności wobec pisarzy. Wszystko przez to, że ta publiczność jest tak samo wymyślona, jak sami pisarze. Widać to dobrze na targach książki. Nie ma tam nic autentycznego. Są same oszukane kreacje. Jeden udaje angielskiego lorda, inny podróżnika, co gadał z ludożercami, jeszcze inny poranionego przez życie konsumenta frajd zakazanych. Wszyscy zaś razem są nędznymi fajansiarzami żebrzącymi o parę groszy i najczęściej finansowanymi przez nierozpoznane siły.
Wykształciła się w Polsce tradycja, sięgająca czasów Stefka Żeromskiego, która skazuje pisarza na bycie utrzymankiem władzy. Każde miasto ma dziś swojego pisarza, który opisuje je z fałszywym bardzo znawstwem i rodzajem obrzydliwego rozsmakowania, za co pobiera jakieś honoraria. Nikt jednak nie zauważa, że pisarz taki nie ma czytelników. No, ale jest mniej lub bardziej elegancką ozdobą dla lokalnych grup nacisku, które demonstrują swoje zasoby przed innymi grupami nacisku i mówią – patrzcie, mamy pisarza i nie zawahamy się go użyć. Tymczasem taki pisarz jest pomiotłem. On to wie, oni to wiedzą, a jedyne relacje z ludźmi w jakich się realizuje to kłótnie o groszowe stawki honorariów za książki, których nikt nie czyta.
Żeby ułatwić konsumpcję ochłapów emocjonalnych serwowanych przez pisarzy podzielono rynek na segmenty. To jest gorsze niż rasizm. To tak, jakby sierociniec podzielić pod kątem lęków i traum dzieci w nim zamkniętych. Tu grupa molestowanych, tam tłuczonych bez opamiętania przez ojców pijaków, a w piwnicy siedzą opuszczeni w dzieciństwie przez wszystkich. I każdy uważa, że to świetnie, że taka sytuacja otwiera niesamowite wręcz perspektywy sprzedażowe. Jeśli nie wierzycie popatrzcie na program dowolnych targów książki, jak to jest tam podzielone i jakie spotkania i z kim organizowane są w każdy dzień targowy. Tu Ziemkiewicz, tam Ewa Woydyłło, a na koniec jakaś nieznana nikomu wariatka cała obwieszona koralikami. I nikt nic nie sprzedaje. Bo w takich okolicznościach w ogóle nie ma mowy o sprzedaży książek, a wszystko urządzone jest tak, by najważniejsi dręczyciele udający pisarzy zostali na swoich eksponowanych miejscach oraz by czytelnik całkowicie zatracił umiejętność sądzenia i oceny zjawisk na rynku książki.
Rozpoznanie dobrego rockmana i takiejż muzyki zajmuje fanom pół sekundy. Rozpoznanie dobrego pisarza, zajmuje czytelnikom lata całe jeśli nie dekady, a i tak zawsze na pierwszych miejscach siedzą różni jajogłowi wystrugani przez siły ciemności. Rynek książki znajduje się w ostatniej fazie przed upadkiem i likwidacją. A doprowadzą do tego ludzie, którzy próbują się na nim utrzymać, mając coraz mniej przekonujące miny. Taki Ziemkiewicz już opowiada, że nie jest pisarzem tylko politycznym influencerem. Dlaczego? Bo planuje spieprzyć w tego rynku, w chwili kiedy zacznie być on likwidowany poprzez systemowe wyburzenia – żeby przygotować miejsce dla innych jakichś jakości, na przykład dla śpiewających facetów, porośniętych włosem różnej długości i koloru, przebranych za małe dziewczynki z przedszkola. Nie wierzycie, że coś takiego się stanie? Otóż na pewno się stanie, albowiem rynek książki to dom wariatów, w którym lekarze i terapeuci urządzili produkcję fałszywych pieniędzy. Te puszczają w obieg, wymieniając je na pieniądze prawdziwe. Pacjenci zaś pozostawieni zostali przed wyborem – albo autoterapia, albo samobójstwo w piwnicy. I wszyscy klaszczą.
No więc na razie jesteśmy na etapie autoterapii. Co cwańsi usiłują udawać doktorów, a co bardziej niecierpliwi pielęgniarzy. Każdy jednak już doskonale wie, że to koniec. Nikt jednak nie zamierza ratować najważniejszego medium zachodniej cywilizacji – książki. Bo nikt już nie wierzy w autentyczność pisarzy. Wszyscy wiedzą, że zostali oszukani, ale nie mogą się głośno do tego przyznać. Lepiej więc czekać na katastrofę. I liczyć na to, że może przybędą na pomoc jacyś rockmani z kosmosu wraz z uratowaną cudem Łajką pod pachą. Nic takiego się nie stanie ludzie. Dostaniecie niebawem to, o czym pisałem wyżej – pedofilów z brodami, w różowych sukienkach przemawiających w dodatku w języku Goethego albo Tołstoja. Nie ma nadziei.
Na koniec, jak zwykle ogłoszenia. Mamy opóźnienie w wysyłce, bo była awaria.
No nic, na dziś to tyle. Dziękuję wszystkim, którzy wspomagają moją zbiórkę dla Ani i Saszy. Udało nam się zebrać pieniądze na dwa miesiące czynszu. To dużo, ja zaś rozumiem zmęczenie wszystkich tą sytuacją. Zbiórkę jednak muszę kontynuować, choć, wierzcie mi, wolałbym dopłacać za ten czynsz z własnego utargu, ale do tego dojdziemy może jak Tusk zostanie odsunięty od władzy.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification
No i ogłoszenia. Jeśli ktoś chce pogadać z Valserem, powinien zapisać się na konferencję 5 września, która odbędzie się w Drzonkowie pod Zieloną Górą. Wczoraj Valser zapowiedział swoje przybycie. Można się też zapisywać bez względu na niego.
Dzień przed konferencją wygłoszę pogadankę w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Temat – Czy król Stefan Batory został otruty? Początek o godzinie 15.00 bo muszę się spieszyć do Drzonkowa.
Kilka zdań mi się z rana rzuciło w oczy w necie.
Np, ktoś mówi że przeszliśmy drogę od Tristana z Izoldą do tindera.
Lem w swoim czasie napisał opowiadanie, SF oczywiście, o grupie krytyków pewnie, oczekujących od lat na oryginalny tekst który mogliby w końcu nagrodzić. Maszyna sprawdzająca wypluwała kolejne nadesłane teksty z adnotacją: już było.
I nagle słyszą fanfary itd. Patrzą ci też maszyna zaakceptowała. A z czeluści maszyny wysunęła się kartka z wierszem o słodkiej bezie z różową pianką -:)).
Ktoś dawno temu rozważał, jak stwierdzić że naprawdę Jestem. Wszystko po kolei wyglądało na fałsz. I w końcu stwierdził: myślę więc jestem – tak naprawdę to wątpię więc jestem. Cbdo.
Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma. Ani pisarzy, ani rockmanów też chyba nie.
Paru Cyganów z patelniami by się jednak znalazło
O tak, patelnia to super uniwersalny wynalazek. I w kuchni, i w łeb można dać by się lepiej myślało -:)).
https://youtu.be/C6RrMEbHv8g?is=aibDuqjWS6pd82n0
Wydaje się ciekawe.