sie 212026
 

Obejrzałem sobie wczoraj film pod tytułem „Kolory zła. Czerń”. Jest to film o pedofilach. Według scenariusz pedofile są bogaci, sponsorują lokalną społeczność, a swoich ofiar szukają w chórze kościelnym, albowiem tam znajdują dogodne warunki, albowiem ksiądz udaje, że niczego nie widzi. Dzieci molestowane przez pedofilów pod okiem księdza staruszka wyrastają potem na restauratorów, pisarzy, sławnych malarzy lub popaprańców, ale do tego potrzebny jest pewien katalizator, zaraz powiem jaki. No i jedna dziewczynka popełnia samobójstwo. A ten popapraniec to się zakochał w jej siostrze jako nastolatek, a ona – widocznie czuła się lepsza od niego – spiła go razem ze swoimi kolegami z bananowej młodzieży i pijanego pozostawiła twarzą w ognisku. Potem wróciła do miasteczka na Kaszubach, które odgrywa w tym filmie Gniew i tam chciała zaznać spokoju. Ale nie ma mowy o spokoju w mieście, gdzie przed dwoma laty zaginął dziesięcioletni chłopiec. Nie wiem tylko dlaczego do roli dziesięcioletniego wybrali sześciolatka, ale widocznie był to synek kogoś z ekipy i bardzo chciał zagrać w filmie.

Od tego się w ogóle zaczyna. Idzie dzieciak po chodniku, nad nim zamek w Gniewie, piękny kadr, podjeżdża samochód, dzieciak wsiada i jadą. Potem widzimy już trupa tego dzieciaka, a nad nim pochyla się gość w czarnym płaszczu, z piłką typu „lisi ogon” w ręku. No i kamera się oddala, widzimy plecy, a on tą piłką lisi ogon, chrum, chrum, aż kości trzeszczą, odpiłowuje głowę malca i kładzie ją między jego kolanami. Cięcie.

Ta co kazała położyć spitego i zakochanego w  niej świra w ognisku jest córką burmistrzyni, co rządzi tym miasteczkiem. Wróciła po latach ze swoim dziesięcioletnim synem i spotyka malarza, co był wcześniej jak, ona molestowany, ale potem zrobił karierę w Kopenhadze. Malarz też był w niej zakochany, tak jak świr, ale jego nikt w ognisku nie przypiekał. Całość zdarzeń obserwujemy z punktu widzenia prokuratora, młodego i zdolnego Leopolda, który został za coś na to zadupie zesłany. Nie wiem za co, ale sobie dooglądam, bo jest jeszcze film „Kolory zła. Czerwień”, który należy obejrzeć najpierw. No, ale ja, jak zwykle, zaczynam nie od tej strony co trzeba. I ten prokurator Leopold też ma dziecko – córeczkę. Pewnego dnia zostawia ją w restauracji, której właścicielem jest matka molestowanego wcześniej  chórze, która o tym molestowaniu nic nie wie. Jej mężem jest zwierzchnik Leopolda. W jednej z pierwszych scen ona i ta pisarka co chciała upiec świra gadają o narodzinach swoich dzieci. Jedno – stare – co nie chciało się wydostać na świat, bo było ułożone tyłkiem do wyjścia stoi obok i słucha, a drugie małe, które urodziło się w czepku siedzi obok i się uśmiecha.

Jak to zwykle w polskich filmach, także w tym upakowano tyle wątków, że akcja się nie rozwija, ale – pardon – zapi…ala do pointy w tempie ekspresu „Lux Torpeda”.

Najpierw prokurator okazuje się złym ojcem. Dziecko dostał na moment, żeby pobyło z ojcem na wakacjach, a on je ciąga wszędzie za sobą, ale nie za bardzo się nim zajmuje. I w pewnym momencie dziewczynka ginie. No, ale zaraz się znajduje. On jednak wystraszył się tym na tyle, że dzwoni do matki dziecka, do Warszawy, ta przyjeżdża i robi mu standardowe feministyczne wyrzuty – że miał być, a go nie było. Potem odjeżdża.

W międzyczasie matka pisarki, co jej się dziecko w czepku urodziło organizuje festyn, bo jest burmistrzynią lat około 60-ciu. I na tym festynie poznajmy też świra, tego spalonego, co był w chórze molestowany, a potem jeszcze okazuje się, że to jego ojciec prowadził ten chór, ale nie zauważał pedofila podobnie jak ksiądz staruszek. Matka pisarki przedstawia na tym festynie pana, który jest dobroczyńcą miasta. On zaś uśmiecha się tajemniczo. W czasie kiedy poparzony popapraniec przyczepia się do pisarki, która o mało go nie spaliła, ale dziś jest już inną, wrażliwą osobą, ta traci z oczu swoje dziecko – to urodzone w czepku. No i dopiero zaczyna się afera. Wszyscy latają jak poparzeni, szukają dzieciaka, a potem ciała…Aha, byłbym zapomniał….prokurator Leopold zainteresował się sprawą tego dziecka, co mu urżnęli głowę piłką typu „lisi ogon”. Okazuje się, że nie ma części dokumentów sprawy, a jego matka – skończona patologia – ma już czworo nowych dzieci, ale o tamtym z odciętą głową wie, że żyje gdzieś w Belgii. Powiedział jej o tym komendant policji – Adamczyk, który ukręcił łeb sprawie gościa z piłką „lisi ogon”. O tym jednak dowiadujemy się na końcu.

Dziecka urodzonego w czepku nie ma, policja chodzi po lesie z patykami ostro zakończonymi i trafia na szkielet tego odgłowionego. Robi się niezła chryja. Pisarka płacze, a malarz przypomina sobie, że był w niej zakochany i, jak gdyby nigdy nic przyłazi do niej i zaczyna się przystawiać. Ona wali go z liścia i wrzeszczy. On zaś mówi, że źle odczytał sygnały. No ludzie, to jest za dużo nawet jak na polski film. Dziewczynie zginęło dziecko w czepku urodzone, a temu zebrało się na amory?! No, ale potem jest jeszcze lepiej. Ona idzie za nim do jakiegoś domu, który wygląda jak hotel na godziny, bo wszędzie są drzwi, ale to chyba pracownia tego malarza. Patrzy przez wielkie okno, a on się rozbiera do gaci. Potem ona – niepostrzeżenie wchodzi do tego domu i widzi, że od drugiej strony weszła do niego inna jakaś kobieta, która oddaliła się gdzieś z malarzem w samych gaciach. Pisarka idzie za nimi i dochodzi do atelier, gdzie na kanapie malarz odbywa stosunek płciowy z jej matką burmistrzynią, nie do końca nawet rozebraną.

Od tego momentu nie jestem już w stanie odtworzyć kolejności scen. Opowiem więc, tak jak mi się zdaje, że było. Kolega Leopolda, młodszy prokurator, opowiada mu nagle o kaszubskim wampirze, który zawsze rodzi się w czepku. I to jest jakiś trop. W filmie zaś zaczynają pokazywać jakąś zapłakaną dziewczyninę, jak siedzi nad talerzem zupy, naprzeciwko zaś niej jakiś dzieciak. I on ogląda książkę z kaszubskimi wampirami. Ten wampir jakoś się nazywał, ale nie zapamiętałem jak, bo ta scena seksu odcięła mnie od fabuły na dłuższą chwilę. W książce są same obrazki wyobrażające kaszubskie wampiry i ich ofiary. Jest też trumna z nieboszczykiem, któremu ktoś odciął głowę i położył w nogach.

Pisarka cały czas płacze, ale przypomina sobie, że widziała molestowanie kiedy była w chórze. Przypomina sobie też, że to matka, zapewne żeby mieć czas na seks z przypadkowymi mężczyznami, wysyłała ją i siostrę na ten chór do kościoła. Tym molestowanym, co go widziała okazał się syn restauratorki i prokuratora rejonowego. Ten co się próbował wydostać na świat zadkiem. Przepraszam za dosłowność, ale niby jak mam pisać po obejrzeniu czegoś takiego?

Prokurator idzie rozmawiać do kościoła z księdzem staruszkiem, którego gra zapomniany już nieco Zdzisław Wardejn. Próbuje on nauczyć prokuratora szacunku dla stanu kapłańskiego, ale mu się nie udaje. Bo prokurator mówi doń – proszę pana, zamiast – proszę księdza. Potem przesłuchuje jeszcze organistę na wózku, tego co jego syn zasnął w ognisku i wreszcie trafia do sponsora całego miasteczka, który mieszka w poniemieckim pałacu i prowadzi nie wiadomo jaką działalność.

Tam dokonuje, przy udziale policjantów, generalnej rewizji i znajduje kartę pamięci, gdzie są nagrania z chóru i widać nieludzko fałszujące dzieci. Że niby ten chór był tylko pretekstem, a pedofil dopierał sobie doń takie, które mu najbardziej pasowały. Ich rodziców zaś uspokajał darowiznami albo załatwianiem kariery. Jak to było w przypadku restauratorki i burmistrzyni. No, ale okazało się też, że główny pedofil nie żyje od dwóch lat, a ten co teraz mieszka w pałacu – jego syn – jest całkiem niewinny. Na karcie są też oczywiście nagrania czynów lubieżnych. I wtedy okazuje się, że pedofil molestował pisarkę jak miała 10 lat, ale ona wyparła to z pamięci. Sugestia jest taka, że to ta matka – zdzira – mu ją podsunęła.

W międzyczasie kamera kieruje naszą uwagę na wszystkie po kolei postaci, żebyśmy myśleli, że to one porwały syna pisarki. Nawet ten młody prokurator z biura jest podejrzany, bo opowiada o tym kaszubskim wampirze. Wszyscy więc biegają bez sensu przez jakiś czas i coś tam wykrzykują demonstrując nieszczere emocje. W końcu Leopold, główny bohater, przypomina sobie, że na tym festynie był taki facet z psem, co stał obok pisarki i jej syna. No i okazuje się, że to on. Zanim jednak ta sprawa się wyjaśnia, widzimy scenę  taką – za węgłem w jakiejś saunie czy czymś, siedzi goły. I słyszymy, że płacze. Goły ma w ręku piłkę typu „lisi ogon” i płacząc przykłada ją sobie do uda i zaczyna piłować – cięcie.

Potem akcja jeszcze bardziej przyspiesza. Te facety, co kryły morderstwo dziecka sprzed dwóch lat zaczynają sypać jeden drugiego. Komendant Adamczyk idzie na współpracę, prokurator – mąż restauratorki i ojciec molestowanego, co się urodził nie głową, ale zadkiem do przodu, uważa, że wszystkich przechytrzył. To jednak nieprawda. Wpada we własne sidła. Dziecko się odnajduje, wszyscy płaczą, ale…okazuje się, że dzieciak był już przygotowany do obcięcia głowy i interweniowano w ostatnich chwili. Bo ten oprawca nasłuchał się o kaszubskich wampirach w czepku urodzonych i już miał w ręku piłkę typu lisi ogon, a tu trach…! Policja wpadła i po zabawie. No, ale pora wyjaśnić kim był ten co oglądał książkę o wampirach z Kaszub. Otóż to właśnie sprawca, który był synem 14 letniej dziewczynki molestowanej przez głównego pedofila. No i  był też drugim synem tego pedofila. Pedofil umarł, jeden syn odziedziczył majątek, a drugi porywał dzieci i odcinał im głowy. Myślę, że wszystko dlatego, że tak strasznie fałszowały w tym chórze.

Taka to historia. Nie może się jednak ona obyć bez pointy, nie szyderczej bynajmniej, choć może trochę. Jako społeczeństwo i naród jesteśmy bezradni wobec prowokacji. Wierzymy we wszystko i ulegamy najbardziej głupkowatym kokieteriom. Nie umiemy się temu przeciwstawić. Film opowiada o sytuacji z początku lat dwutysięcznych. No, ale pedofilia była już wcześniej i wcześniej też działał mechanizm wyparcia. Niestety przez sprawę Epsteina optyka i ocena takich kwestii całkiem się skrzywiła, a może się nie skrzywiła tylko filmowcy dostają takie instrukcje, żeby wiedzieli co i jak kręcić. Pedofile w Polsce nie mieszkają w pałacach. Są to brudni, nędzni fajansiarze, których nie kryje lokalna władza, ale ktoś zupełnie inny. PRL był matecznikiem takich istot, o czym niewiele się mówi, albowiem mamy – zaimplementowaną przez nie wiadomo jakie siły – modę na PRL. Terenem  działania tych ludzi były śmierdzące podwórka, po których biegały dzieci z kluczami na szyi, oczekujące aż rodzice wrócą z pracy, albo takie co uciekły z domu, gdzie ojciec naprowadził kolegów i pił z nimi przez cały dzień i wieczór. Tego jednak nikt nie powie głośno, bo to przecież nasze, malownicze dzieciństwo, które było jasne, szczęśliwe, choć trochę, trzeba przyznać, popaprane. Na setki pedofilów trafiał się może jeden ksiądz, którego sprawy nie nagłaśniano bynajmniej. Tuszowano ją. Ksiądz zaś stawał się zasobem służb.

PRL było to miejsce gdzie nie istniała komunikacja, nawet dzieci nie rozmawiały ze sobą szczerze. Nikt nie miał prawdziwego życia, wszyscy byli zanurzeni w fikcji. I nawet gdyby im pokazać człowieka molestującego dziecko – udaliby, że tego nie widzą. Tradycja ta przetrwała do naszych czasów, dziś też łatwiej uwierzymy w pedofila na plebanii niż w takiego, który patrzy z troską na dzieci bawiące się na placu zabaw i przyjaźni się z ich matkami. Niektórzy prędzej uwierzą w kaszubskiego wampira niż w to co mają przed oczami. I trudno uznać, że jest to przypadek, albo że dzieje się „samo z siebie”|. No nic, taka gorzka refleksja na koniec.

Na koniec, jak zwykle ogłoszenia. Mamy opóźnienie w wysyłce, bo była awaria.

No nic, na dziś to tyle. Dziękuję wszystkim, którzy wspomagają moją zbiórkę dla Ani i Saszy. Udało nam się zebrać pieniądze na dwa miesiące czynszu. To dużo, ja zaś rozumiem zmęczenie wszystkich tą sytuacją. Zbiórkę jednak muszę kontynuować, choć, wierzcie mi, wolałbym dopłacać za ten czynsz z własnego utargu, ale do tego dojdziemy może jak Tusk zostanie odsunięty od władzy.

https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification

 

No i ogłoszenia. Jeśli ktoś chce pogadać z Valserem, powinien zapisać się na konferencję 5 września, która odbędzie się w Drzonkowie pod Zieloną Górą. Wczoraj Valser zapowiedział swoje przybycie. Można się też zapisywać bez względu na niego.

Dzień przed konferencją wygłoszę pogadankę w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Temat – Czy król Stefan Batory został otruty? Początek o godzinie 15.00 bo muszę się spieszyć do Drzonkowa.

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)