sie 202026
 

Usłyszałem kiedyś, dawno temu, od pewnego magistra historii, że uniwersytet był instytucją kościelną, co mnie wtedy, przyznam, nieco zdziwiło, bo żyłem w przekonaniu, że państwową. Ta nowa formuła jednak bardzo mi się spodobała i pozostałem przy niej. No, ale od jakiegoś czasu zajmujemy się tu historią uniwersytetu i nie ma sposobu, by nie zauważyć jakiegoś dziwnego rozdwojenia w definiowaniu tej instytucji.

Mamy oto bowiem w sieci definicję uniwersytetu jako takiego oraz tradycję szkół, które są wspólnotami uczących się i nauczających, sięgające czasów platońskich. To jest oczywiste nadużycie, podobnie jak łączenie buddyjskiego klasztoru Nolanda z historią uniwersytetu. Głównym problemem definicji tej instytucji jest jej relacja z państwem. Akademia Platońska była instytucją przeżartego przez korupcję państwa, a nie żadnym stowarzyszeniem wolnych ludzi, którzy płacili Platonowi za opowiadanie jakichś historii. Podobnie było z innymi szkołami filozoficznymi.

Za początek uniwersytetów definicja, którą omawiamy uznaje szkoły cesarskie w Bizancjum i szkołę religijną w Bagdadzie. Czyli wskazuje na wyraźny związek późniejszego, chrześcijańskiego i europejskiego uniwersytetu z dworem z jednej strony i islamem z drugiej. To samo podtrzymuje Julian Ribera, którego książkę sobie tu wczoraj zaczęliśmy omawiać. Twierdzi on, że inspiracja dla organizacji nauki wychodzi z dworu. I nie jest istotne czy z dworu kalifa, cesarza, czy króla. Sorbona, jako instytucja powstała w czasach Ludwika Świętego, ale przecież wcześniej w Paryżu istniała szkoła czy też szkoły prowadzone przez ludzi takich jak Abelard, którego łatwo uznać za średniowiecznego Platona. A skoro tak, to trzeba spytać – jaką opcję polityczną reprezentował? No dobra, to żart i nadużycie.

Porzućmy jednak definicję ogólną uniwersytetu, bo mamy jeszcze inną. Dotyczy ona uniwersytetu średniowiecznego. I w tej definicji sprawy układają się tak, jak mi to tłumaczył dawno temu wspomniany na początku historyk. Szkoła katedralna, potem studium generale, przywileje papieskie i cesarskie. W wiki piszą, że nie ma źródeł do historii uniwersytetów, więc daty ich powstania są umowne. Przyznam, że mnie zatkało po przeczytaniu tego zdania. Jak to – nie ma źródeł do historii uniwersytetów w X i XI wieku? A co się z nimi stało? Wszak powinny być przechowywane właśnie w archiwach akademii. Zjadły je skoczogonki, jak akty erekcyjne UJ? Czy aby na pewno przeszukano dobrze wszystkie archiwa? Przecież to jest niemożliwe. Moim zdaniem to jest nawet nie do wyobrażenia – najważniejsza instytucja obok Kościoła i co? Brakuje źródeł do jej historii w początkach istnienia?

Myślę, że jednak przede wszystkim brak chęci do badania tego tematu. Bo jeśli pójdziemy tropem tych dwóch definicji, będziemy musieli oddzielić uniwersytet cesarski od kościelnego i miejskiego. I nie łączyć tych dwóch pojęć już nigdy. A skoro tak, co zrobić z tradycją, na którą wskazują autorzy definicji uniwersytetu średniowiecznego – że Praga wzorowana była na Sorbonie, a uniwersytet w Krakowie erygowany przez Kazimierza Wielkiego miał przypominać cesarską akademię w Neapolu? I kiedy dokładnie powstała Sorbona? Bo kiedy dokładnie założono uniwersytet w Neapolu wskazać można bardzo łatwo.

Przedwczoraj i wczoraj, kiedy czytałem sobie tego Riberę, wpadło mi do głowy, że najważniejsze i najciekawsze są relacje i podobieństwa uniwersytetu i dworu. W definicji średniowiecznej podkreślona jest rola stopni naukowych, które są powszechnie uznawane, a ta okoliczność daje uniwersytetowi rangę instytucji jednoczącej Europę. Wiemy jednak, że to nieprawda. Uniwersytety żyją życiem do końca nie rozpoznanym i każdy jest, a także był w przeszłości, podporządkowany jeśli nie władzom lokalnym, to innym jakimś organizacjom. Władze lokalne bowiem mogły być po prostu za słabe by uniwersytet kontrolować. Są różne modele uniwersytetu określone na podstawie jego relacji z państwem. We wszystkich prawie podkreślona jest niezależność akademii. Wyjątkiem jest uniwersytet czasów Napoleona I, całkowicie państwu podporządkowany. No, ale ta klasyfikacja aż bije po oczach fałszem. Uniwersytety brytyjskie to dopiero jest instytucja państwowa. Nie przypomina ona jednak dworu. Bo dwór na Wyspach może być tylko jeden. Co w takim razie z uniwersytetami, które dwór przypominają? Zapewne nie są podporządkowane państwu na terenie którego się znajdują. Są po prostu afiliowane gdzie indziej. Ich dworski charakter na to wskazuje.

Zapomniałem o najważniejszym – w definicji uniwersytetu średniowiecznego, znajdującej się w wiki, czytamy już na początku, że uniwersytety europejskie powstały samoczynnie. Czyli na darmo trudził się pan Ribera, szydząc z brytyjskich opisów i wskazań. Na darmo tłumaczył, że nic nie powstaje samoczynnie, a uniwersytet ma swoje źródło w doktrynie próbującej połączyć w jedno islam, chrześcijaństwo i synagogę. Zainteresowany historią średniowiecznego uniwersytetu Polak, dowie się – na szybko – że powstał on samoistnie. Kto więc ustanowił te wszystkie stopnie naukowe i po co? Kiedy jasne było od samego początku, że są one fikcją, bo prawa lepiej nauczano w jednej placówce, a teologii w innej, medycyna zaś na najwyższym poziomie była jeszcze gdzie indziej. Tak więc magister nie mógł być równy magistrowi, doktor doktorowi, a to znaczy, że musiał przeważyć – realnie – dworski charakter uniwersytetu, czyli ruch umysłowy tworzył się wokół wybitnych jednostek, działających w przestrzeni kolegialnej. Czy rzeczywiście wybitych? Do pewnego momentu na pewno. Do tego, kiedy gwarantowały one powiększenie chwały i wpływów królestwa czy cesarstwa. Mogło się jednak zdarzyć i zapewne zdarzało się, że owe wybitne jednostki były po prostu wskazywane i wokół nich – za pomocą decyzji niejawnej – koncentrowało się życie umysłowe.

Kolejną kwestią jest metropolitalny charakter ośrodków nauczania. To znaczy uniwersytet nadawał rangę miejscu. Nie giełda, ale uniwersytet i stojąca nieopodal katedra. Jeśli wierzyć definicji wskazującej, że uniwersytet to instytucja kościelna. No, ale ta jest kwestionowana przez definicję ogólną, łączącą akademię z dworem i islamem, a także z buddyzmem.

Ustalmy więc taki oto konsensus – wszelkie próby wypracowania doktryny uniwersalnej w oparciu o władzę świecką kończą się źle. Choćby nie wiem jak dobrze się zapowiadały. I to widać na przykładach Ottona I, Alfonsa Mądrego i Fryderyka Staufa. Uniwersytet więc musi być instytucją kościelną, by zachować swój uniwersalny charakter. I to jest niby oczywistość, ale jakby coraz bardziej mglista. Owa mglistość powstaje, albowiem nowożytny uniwersytet sięga wyłącznie do tradycji dworskich. I to dzięki protestantom oraz ich związkom z islamem. W epoce nowożytnej powstaje w Europie mnóstwo uniwersytetów kształcących kadry do podboju administracyjnego kontynentu. Tak to trzeba nazwać. Akademie te, jak na przykład Gryfia, powstają samoistnie…Co za niespodzianka. Mamy tylko jednego emira, który decyduje o tym, że w jego stolicy powstanie akademia i ona unieważni wszystkie inne działające wokoło. I jest nim Albrecht Hohenzollern. Jeśli ktoś nie wierzy, niech sięgnie po 48 numer kwartalnika Szkoła nawigatorów, gdzie omówione są szczegółowo relacje Albrechta z uczonymi. To jest model islamski. Książę zaś nie żartuje i planuje wszystko bardzo serio. Przede wszystkim zamierza ściągnąć do swojej placówki studentów z Litwy, i wszystkich ich przerobić na protestantów. Potem chce unieważnić Kraków. Jeśli więc czytacie o buntach i wyjściach żaków krakowskich przed rokiem 1568, możecie mieć pewność, że gdzieś tam są ślady intryg naszego księciunia. Dawno, dawno temu zacząłem pisać II tom Baśni od znanego większości zainteresowanych opisu zamordowania pewnego krakowskiego żaka pochodzącego z Litwy. Chłopaczyna przejechał pół świata, żeby zacząć studia i ktoś go zabił. Dawniej myślałem, że była to ofiara jednej z licznych studenckich burd, dziś jednak myślę inaczej. Książę Albrecht bowiem imał się wszystkich sposobów, by przyciągnąć studentów z Litwy na Albertynę. I jak czytelnicy Szkoły nawigatorów dobrze wiedzą, nigdy nie żartował. Książę utrzymywał też swoich ludzi w najbliższym otoczeniu dworów sąsiednich państwa, a czasem wręcz w kancelarii króla. Jak to było z Janem Kochanowskim, stypendystą księcia Albrechta, a także z synem ojca poezji polskiej – Mikołaja Reja, również za pieniądze księcia wykształconym.

Myślicie, że wcześniej, w czasach kiedy w oparciu o uniwersytet próbowano zbudować uniwersalną przestrzeń polityczną nie dochodziło do takich przypadków? Że gorliwy katolik, nawet w habicie czy sutannie, nie mógł realizować misji zleconych przez kalifa? Zapewne tak było, a sam główny bohater takich intryg miał dosyć usprawiedliwień i motywów na wytłumaczenie się przed każdym ze swoich wyborów.

Dziś każde miasto może mieć swój własny uniwersytet i każda z tych miejskich instytucji czerpie pełnymi garściami z tradycji dworskich. Nie są to jednak tradycje dworów Europy, ani nawet północnej Afryki czy Bliskiego Wschodu. Są to tradycje dworów zuluskich. I to widać choćby po sposobie organizacji uniwersytetu w Siedlcach i sposobie zarządzania nią przez tamtejszego, niedawno zwolnionego rektora. Pana tego, po jego występach, a la późny Czaka, nie dało się usunąć ze stołka przez prawie rok. Taki był, pardon, w dupie mocny.

Inni może mitygują się trochę bardziej, ale tylko ze względu na swoje zagraniczne afiliacje, czyli z obawy, że mogliby zaszkodzić centrali, która ich wynajęła. Mają tu bowiem poważne misje do wypełnienia. Czy można powstrzymać degradację uniwersytetu? Tylko wtedy, mam wrażenie, kiedy powrócimy do stanu sprzed powszechnie obowiązujących stopni naukowych, które może się czasem przydają w medycynie, ale w naukach o doktrynie wcale nie. Za chwilę bowiem zacznie się nadawanie powszechnie obwiązujących stopni naukowych zuluskim książętom i urzędnikom dworu Czaki, wszystko zaś po to, by połączyć w jedno, wiary i kultury. I ten eksperyment, jak wszystkie wcześniejsze, mu podobne, także zakończy się katastrofą. Uniwersytet jednak, jako instytucja, już tego nie przetrwa.

No nic, na dziś to tyle. Dziękuję wszystkim, którzy wspomagają moją zbiórkę dla Ani i Saszy. Udało nam się zebrać pieniądze na dwa miesiące czynszu. To dużo, ja zaś rozumiem zmęczenie wszystkich tą sytuacją. Zbiórkę jednak muszę kontynuować, choć, wierzcie mi, wolałbym dopłacać za ten czynsz z własnego utargu, ale do tego dojdziemy może jak Tusk zostanie odsunięty od władzy.

https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification

 

No i ogłoszenia. Jeśli ktoś chce pogadać z Valserem, powinien zapisać się na konferencję 5 września, która odbędzie się w Drzonkowie pod Zieloną Górą. Wczoraj Valser zapowiedział swoje przybycie. Można się też zapisywać bez względu na niego.

Dzień przed konferencją wygłoszę pogadankę w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Temat – Czy król Stefan Batory został otruty? Początek o godzinie 15.00 bo muszę się spieszyć do Drzonkowa.

Jakiś pan zwrócił mi uwagę, że zbieram pieniądze na Saszę, a przecież powinien on iść do pracy. Nie wiem co powiedzieć w takiej chwili. Mam zamiar wyrzucić tego czytelnika ze swoich profili i blogów. Sasza bowiem jeździ do pracy, na Żerań. Praca ta jednak nie pokrywa kosztów jego życia tutaj, w tym kosztów wynajmu i utrzymania dziecka. Jesteśmy więc jak w sytuacji z wczesnych lat siedemdziesiątych, tyle że nie ma mamy, bo umarła. No, ale dziecko z kluczem na szyi, chodzi wokół domu, a ojciec w robocie – 30 km dalej, bez samochodu. I na to przychodzi do mnie człowiek i mówi – pan propagujesz socjalizm. Na razie czekam na przeprosiny. Jeśli nie nastąpią – do widzenia. I podobnie będzie ze wszystkimi, którzy tę kwestię postrzegają w taki sposób.

Jeśli ktoś zaś chce poczytać sobie o relacjach księcia Albrechta z uczonymi Europy, niech sięgnie po nasz kwartalnik.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-48-hohenzollernowie/

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  Jedna odpowiedź do “Uniwersytet, dwór i schizofrenia”

  1. Najsłynniejszym i najbardziej kompleksowym badaniem sprawdzającym trafność prognoz ekspertów po latach jest projekt Philipa Tetlocka, opisany w przełomowej książce Expert Political Judgment. Badanie to trwało aż dwadzieścia lat (od 1984 do 2004 roku) i objęło analizę blisko 30 000 prognoz postawionych przez 284 specjalistów z zakresu ekonomii, polityki oraz stosunków międzynarodowych. [1, 2]
    Głównym wnioskiem z tych wieloletnich analiz była konstatacja, że w długim okresie średnia trafność prognoz ekspertów była porównywalna z losowym rzucaniem rzutkami w tarczę przez szympansa.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)