Właśnie dostałem informację jakby wprost wyjętą ze scenariusza filmowego. Ponoć znany nam tu już Wiktor Herer, rekomendowany przez Jacka Kuronia, a także Ryszarda Bugaja jako specjalista w dziedzinie ekonomii, który został doradcą „Solidaności”, miał wcześniej inne zupełnie przygody. Częściowo wiemy jakie ale o tej jednej nie słyszeliśmy. Został on mianowicie skierowany przez Brystygierową do Kielc w czasie tak zwanego pogromu i tam przesłuchiwał 8 letniego Henia Błaszczyka, którego zaginięcie ten pogrom rozpoczęło. I teraz powiedzcie mi, jak to jest możliwe, że postać tak wielowymiarowa i skomplikowana nie trafiła do żadnego scenariusza filmowego? A także jak to jest możliwe, że wszyscy tropiciele przeniewierstw ubeckich nie podjęli w swoich dociekaniach takiego tematu? Nie wiem. Mogę tylko przytoczyć taką oto anegdotę z czasów kiedy jeszcze rozmawiałem z Grzegorzem Braunem. W swojej nieopisanej głupocie, bo przecież wiem, dlaczego powyższe realizacje nie nastąpiły, ale wtedy nie wiedziałem, no więc w swojej nieogarnionej głupocie, zadzwoniłem do Brauna i zapytałem go, czy to jest głupi pomysł, żeby zrobić dokument o biskupie Kaczmarku. On zaś mnie zapytał – a czy pan się doktoryzuje z biskupa Kaczmarka, żeby realizować takie pomysły? No nie, nie doktoryzowałem się w ogóle z niczego – na szczęście. I więcej o tym nie rozmawialiśmy. O ile mi jednak wiadomo Grzegorz Braun też się z niczego nie doktoryzował, a filmy robił na bardzo różne tematy. Mniejsza. Ciekawsze moim zdaniem jest to, że co roku odbywa się ten cały, olbrzymi cyrk w Jedwabnem, gdzie lansują się wszyscy bezkompromisowi prawicowcy zarzucając Lechowi Kaczyńskiemu brak kręgosłupa, bo nie wznowił ekshumacji, a z materiałów IPN można dowidzieć się takich rzeczy i nikogo to nie zainteresuje. Dlaczego?
Tylu bojowych aktywistów nosi nasza święta ziemia, gotowych na różne demaskacje, ale akurat nie na tą?
Zastanówmy się teraz nad sposobem organizowania komunikacji, pomiędzy władzą a narodem, a może lepiej władzami a narodem. Wyobrażam to sobie jako olbrzymi multipleks, gdzie w różnych salach kinowych można obejrzeć rozmaite gatunki filmów. W jednej horror, w drugiej SF, w trzeciej coś tam jeszcze innego. Są nawet takie sale kinowe gdzie puszczają autentyczne dokumenty z czasów tuż powojennych, z udziałem prawdziwych postaci. No, ale trzeba mieć wejściówkę i należeć do wewnętrznego kręgu wtajemniczonych. Czy tam, w tych salach dla wybranych pokazują prawdę? No nie, pokazują jedynie półprawdę. A jak wiemy pół prawdy to jest całe kłamstwo. Robią jednak do tego stosowną atmosferę i wymagają uwierzytelnień, a więc każdy wtajemniczony, który wychodzi z takiego seansu jest przekonany, że dotknął nie tylko prawdy, ale także absolutu. Na takim właśnie wtajemniczeniu zasadza się cała komunikacja publiczna w Polsce – wybrańcy wierzą w spreparowane specjalnie dla nich kłamstwa, a reszta ogląda seriale. Czy to znaczy, że prawdy nigdzie nie uświadczysz? No nie, ona jest dość łatwo dostępna, ale nie wchodzi w zakres komunikacji tu opisywanej. I tu dochodzimy do sedna. Nie może wchodzić, bo organizatorzy na to nie pozwalają, aczkolwiek prawdy nie ukrywają. Mają oni jednak całkowite i absolutne zaufanie publiczności i ta prędzej zarzuci kłamstwo własnej matce niż swoim publicystycznym guru, czy tam roninom, jak zwał tak zwał, w każdym razie nazwa musi pochodzić ze wschodu, żeby była wiarygodniejsza.
Istotą komunikacji jest więc wykreowanie wiarygodnych przewodników, a nie podawanie informacji soute – na szybko i bez specjalnych przygotowań, żeby każdy mógł je sobie interpretować po swojemu. I takich przewodników mamy, cieszą się oni tak wielkim zaufaniem, jak Wiktor Herer. Tylko, że reprezentują inne polityczne rozdania. Czy na pewno? No, tak, przecież nie można im nie wierzyć. Poza tym ich wystąpienia, słowa i postawy odnoszą się prawie zawsze do sfery kultury, która działa w Polsce jak magnes i przyciąga uwagę wszystkich, to z niej pochodzą pojęcia kształtujące wyobraźnię polityczną mas. Pamiętamy wszyscy plakat Solidarności, ten z napisem – w samo południe. Widniał na nim amerykański aktor Gary Cooper, w dłoni zaś dzierżył kartkę wyborczą z napisem Solidarność. No i każdy już wiedział, że głosując na Solidarność jest jak dzielny szeryf z filmu. Przypomnę – chodzi o tę samą Solidarność, do której Kuroń wciągnął Herera. Lech Jęczmyk zaś pisze w swoich wspomnieniach, że nazwa Solidarność była doskonale znana Karolowi Modzelewskiemu, albowiem tak właśnie nazywała się jedna ze sławnych żydowskich spółdzielni w Łodzi – cytuję z pamięci, bo nie mam książki przy sobie. No, ale łatwo to możecie sprawdzić. Ja zaś od siebie dodam, że równolegle z pierwszą partią socjalistyczną w Królestwie Polskim, czyli Proletariatem, powstała, założona przez niejakiego Puchiewicza inna partia socjalistyczna o nazwie Solidarność właśnie. I trudno przypuścić, by Karol Modzelewski, historyk z wykształcenia o tym nie wiedział. Dlaczego ludzie o tym nie pamiętają, a jeśli już to do nich dotrze nie wyciągają żadnych wniosków? Otóż dlatego, że interesuje ich jedynie grupowa ekscytacja. Ta zaś odbywa się w miejscach do tego wyznaczonych – w Jedwabnem na przykład, albo w Domostawie. I spróbujcie wytłumaczyć komuś ten mechanizm, kiedy celem życia wielkiego procenta zaangażowanych politycznie ludzi jest podskakiwanie w miejscu i skandowanie haseł. Następnie zaś, kiedy już się zmęczą, wyprawa do multipleksu, bez karty vip. Bo tam pokazują nową wersję Lalki. Z takiego życia nie zrezygnuje nikt, albowiem wszyscy wiedzą, że najważniejsze jest tu i teraz. Nie można im wytłumaczyć, że ich „tu i teraz” jest właśnie zawłaszczane. To się nie przebije przez grube warstwy ekscytacji, którą wypełnione są serca Polaków. Przykład z ostatnich dni – kłótnia o rzecznika prasowego, którym miał zostać Adam Borowski. Postać wręcz świetlana, działacz Solidarności, którego w stanie wojennym bronił w sądzie mecenas Siła Nowicki. Przez sieć przeleciała kontrowersja, że jak to taki zasłużony człowiek, a Konfederacja na niego nie głosowała. Mniejsza dlaczego oni nie głosowali na Adama Boreckiego, ważniejsze jest, że ktoś przypomniał jego słowa, bardzo emocjonalne, że mógłby oddać Ukrainie Przemyśl. Z całym szacunkiem dla pana Borowskiego, ale nie poparłbym i ja jego kandydatury, a to z tego względu, że uważam postaci takie jak on, mające swoją legendę, ale bliskie zerowej sprawczości obecnie, za gumową gość rzuconą między psy. Wprost po to, by patrzeć jak te psy szaleją i się gryzą. I taka sekwencja zdarzeń nastąpiła.
Wywołano tą kandydaturą falę oburzenia i wzmocniono pozycję tej dziwnej pańci, która ostatecznie stanowisko rzecznika objęła.
Wnioski końcowe już kiedyś były tu formułowane. I można je powtarzać w nieskończoność bez strachu, że ktoś się nimi przejmie. Trzema wyjść z multipleksu, a nie szukać w nim sali, w której wyświetlają dokument o Pilecki, tym razem już najprawdziwszy z prawdziwych. Komunikacja polega na stworzeniu pewnej propozycji, która jest niepowtarzalna, opiera się na innych założeniach niż opisane tu kłamstwa, korzysta z innych doświadczeń i innych tekstów. I my taką propozycję mamy. Wada jej polega na tym, że nie ma tu tłumu, który gwarantowałby zbiorowe ekscytacje. Nasz propozycja działa, a ja się o tym przekonuję co jakiś czas, albowiem kiedy ktoś z zaufanych towarzyszy publicystów, próbuje jakiś nasz tutejszy pomysł – pardąsik – podpieprzyć, przy jego używaniu demaskuje się całkowicie. I wygląda to tak, jakby chciał podłączyć mikroprocesor do maszynki mielącej mięso na sznycle po wiedeńsku. Bo wtedy będzie nowoczesność, a krobka zacznie kręcić się sama. Nie zacznie.
W moim postulacie zawarta jest też jednak pewna kategoryczność. Musimy, żeby stanąć w prawdzie, odrzucić również Solidarnościową mitomanię, która nie ma dziś żadnego znaczenia. I być może nigdy go nie miała. Służyła jedynie temu, by wykreować kierowników sal w Multipleksie. Z tym jednak będzie najtrudniej. No, ale bądźmy dobrej myśli. Aha, żeby było jasne – nikogo nie zapraszamy do naszej zabawy, nie namawiamy i nie będziemy niczego tłumaczyć. Każdy wchodzi tu na własną odpowiedzialność.
Mam niestety bardzo słaby Internet, więc raczej nie uda mi się dziś komentować.
No tak to wygląda, gdy prawdziwy gun zamienia się na dowolną kartkę.
Pamiętam, gdy po wyborach czerwcowych odwieszono Solidarność. Trzeba było od nowa jakoś chyba rejestrować. I do naszego szefa w dyrdy poleciała zasłużona działaczka POP ze zgłoszeniem, że to ona ona ona zarejestruje.
Szef jej powiedział że go nie ma. I poczekał, aż przyjdzie dawny skład. Czym zaskarbił sobie od razu ich poparcie -:)). No ale sprawa się rozeszła po ludziach. Można było wyciągnąć wnioski. Choć raczej nie wyciągnęli tych, o których myślimy. Tłum się rzucił całować dyra po rękawie.
Dobrze, że nie muszę pamiętać takich rzeczy
W jednej ze swoich książek chyba Stałe fragmenty gry – Braun pisał o tej pierwszej Solidarności z XIX w. Wygłaszał też opinie, że Solidarność – ta nasza po stanie wojennym została kompletnie zinfiltrowana i agentura, która do niej weszła zapewniła spokojną transformację ustrojową. Teraz się skumplował z towarzyszką reporterką Jaruzelską i nieswojo już o tych sprawach mówić. Ilu jeszcze takich Hererów mamy w szafach z trupami? No ale skoro adiunkt w zakładzie podstawowych problemów marksizmu i leninizmu Pan Balcerowicz jest guru gospodarki wolnorynkowej to nie ma się czemu dziwić.
O tej pierwszej Solidarności dowiedział się ode mnie
Wybory czerwcowe miały poprawkę. Lud raczej zignorował drugi rzut. Od razu widać było reglamentację demokracji. Wszystko potem szło tym tropem.
Lud zachwycony, że ma pozwolenie władzy i już nie będą bić, trochę poszalał na wiecach, ale do roboty trzeba było iść normalnie. Potem na wszelki wypadek sprzedano te ogromne zakłady i klasa potencjalnie awanturnicza poszła nocować na kartonach. Teraz już awanturniczy górnicy grzecznie biorą odprawy i idą bądź co bądź do domu, a nie w Polskę. Przemyśleli sobie szturmy na stolyce.
Do kogo tu komentatorzy chcą trafić? Do mas wytrenowanych w ćwiczeniach z demokracji? Już pisałam, masy dostały kagankiem oświaty w łeb i się nauczyły.
Ludzie rozumni to drobne wyjątki od reguły.
Kiedy rozmawiałem z wieloletnim pracownikiem ZE Warel firma zatrudniająca w Warszawie koło FSO około 3000ludzi – robili dla wojska ale też dla ludu np. pierwszy w Europie zegarek elektroniczny w którym Hermaszewski leciał w kosmos to powiedział mi że kiedy przyszedł po komunistach prezes z Solidarności tak „restrukturyzował” tą wtedy świetnie działającą firmę żeby nie został po niej kamień na kamieniu.