Dziś się będę trochę powtarzał, ale mam nadzieję, że mi to wybaczycie. Tytuł dałem specjalnie taki, żeby każdy, kto mnie zna i wie, jak szydziłem z tak zwanego „trafiania do młodzieży”, tu zajrzał.
Otóż, żeby zainteresować młodzież historią, trzeba zrobić serial z książki Jana Piotrowskiego „Jak zdobyć Kościół św. Krzyża i komendę policji?”. Ja – wyznam – nie byłem do tej książki przekonany, ale lektura już prawie za mną i teraz jestem przekonany w stu procentach, a może nawet trochę powyżej tych stu procent. Jest to bowiem gawęda o tym, jak młody oficer przygotowuje się do bitwy swojego życia. Nic lepszego nie znajdziecie. Tak, jak napisałem wcześniej – to gotowy scenariusz na serial. Macie tu wyraziste postaci, straszliwe epizody, głównego bohatera mierzącego się z niewyobrażalnymi trudnościami, miłość, zdradę, kunktatorów, wariatów nie rozumiejących gdzie się znaleźli, grozę politycznej tektoniki. Wszystko podane prosto i klarownie. Nad niczym się nie trzeba zastanawiać. To jest tekst modelowy, na nim powinny opierać się wszystkie produkcje zachęcające młodych i starych do zainteresowania się historią. Autor, mimo grozy sytuacji, działa przez ponad miesiąc w warunkach niemal komfortowych, ale musi podejmować decyzje. Przez wiele miesięcy przygotowywał swój oddział do wymagającej akcji, ale oddział ten nie stawił się na zbiórkę w godzinie W. Sama ta kwestia to już dwa, albo trzy odcinki serialu. Zanim w ogóle zaczęłaby się opowieść o Powstaniu. Potem z trzy odcinki na temat tworzenia na nowo kompanii z przypadkowych osób, pod ostrzałem, początkowo słabym, ale narastającym. Groza zaciskającego się okrążenia i próby przetrwania. Przygotowywanie bitwy trwa przez cały czas, a czytelnik oraz potencjalny widz nieistniejącego serialu dowiadują się rzeczy nieprawdopodobnych. Takich, na przykład, że realizację zadania bojowego należy przygotowywać w najgłębszej tajemnicy. Wiedzieć może o niej jedynie dowództwo okręgu, dzielnicy czy czego tam, czyli jednostka nadrzędna. W swoich planach więc dowódca przypadkowo zgromadzonej kompanii jest sam. Bo nie może tak naprawdę nikomu zaufać. Przygotowywanie bitwy zaś to buchalteria. I opis tej buchalterii jest fascynujący. Poprzedza go rozpoznanie, w miarę możliwości dokładne, dotyczące sił i zasobów przeciwnika. Dowódca musi przeanalizować wszystko, jeśli oczywiście ma czas i środki. Jeśli nie ma środków powinien je zdobyć, albo dostać od dowództwa wyższego. Jeśli nie ma czasu nie decyduje się na bitwę.
W żadnym wypadku nie powinien słuchać rozkazów typu – hej kto Polak na bagnety! Bo to są prowokacje. Zanim bitwa się rozpocznie, powinien być gotowy szpital, służba łączności, kuchnia i miejsca do spania dla powracających z bitwy. To wszystko nie może być przygotowane z dnia na dzień, musi działać już wcześniej i musi też umieć zadziałać na zwiększonych obrotach. Jan Piotrowski zorganizował te instytucje w miesiąc, podobnie jak dostawy żywności. Miał trochę szczęścia, to prawda, ale był też bardzo utalentowanym planistą. Wszystko zostało rozrysowane zgodnie z rozkładem wnętrz Kościoła, Komendy i przylegających do nich budynków. Każdy znał swoje zadania, każdy miał odpowiednią ilość amunicji i wiedział co robić. Nie było żadnych przypadków. Akcja nie została zawieszona ani odwołana, mimo iż Niemcy przypuścili krótkotrwały atak na innym odcinku zajętego przez kompanię Lewar kwartału. Plan był stabilny, zaakceptowany przez dowództwo, które – jak się zdaje – samo takich planów nie potrafiło ułożyć. A być może nie chciało. Sama mechanika ataku i zdobywania poszczególnych części Kościoła św. Krzyża, a także odpierania niemieckich kontrataków zajęłaby pewnie ze dwa odcinki tego serialu. Trzeba by pokazać ujęcie taktyczne, ale także postawy poszczególnych osób. Oraz to, jak sprawnie przebiegała akcja i ilu wrogów zginęło, ilu uciekło w panice, ilu się poddało, przy minimalnych stratach własnych. Te straty, choć bardzo niewielkie, były jednak strategicznie znaczne, ze względu na osobowości poległych. I to jest wyrażone w słowach znaczących. Autor bowiem przez całą książkę podkreśla jak ważne w bitwie są osobiste więzi pomiędzy uczestnikami. Opis swojego sposobu formowania i szkolenia poszczególnych służb konfrontuje z opiniami oficerów, którzy przychodzą z innych odcinków, gdzie dowództwo nie ma żadnego kontaktu z podwładnymi, a mimo to ani tajemnica nie jest zachowana, ani nic nie działa tak jak trzeba.
Wyczucie szczegółu u Jana Piotrowskiego jest niesamowite. Nigdy byście nie przypuścili, że tak właśnie organizuje się bitwę. W dodatku z przeciwnikiem silniejszym, lepiej uzbrojonym i posiadającym artylerię samobieżną. Technika zwalczania czołgów jest jednym z najważniejszych zagadnień omówionych w tej książce. Najważniejsza jednak jest komunikacja. Piotrowski – na własną prośbę – nie był dowódcą całej akcji, którą zaplanował we wszystkich, prawie, szczegółach. Poprosił, by dowodził ktoś z centrali. Miał w tym swoje rachuby. Stanął na czele jednej z grup szturmowych. I brał udział w szturmie, choć – tak jest w regulaminach – nie był na pierwszej linii. Strata dowódcy bowiem naraża na klęskę całą operację. Nie wiedzieliście na pewno, że dowódca w bitwie musiał mieć papier, kalkę i ołówek kopiowy, żeby wysyłać meldunki do oficera koordynującego całą akcję, a kopie zostawiać przy sobie. W razie gdyby coś poszło nie tak, a łączniczka zginęła, miałby dowód, że wysłał meldunek. Okoliczność ta mogła go uchronić przed sądem polowym. To jednak za mało. Musiał być jeszcze dodatkowy, a najlepiej dwa dodatkowe systemy komunikacji. I o to Jan Piotrowski nie zadbał, o co sam miał do siebie pretensje. Dlaczego? I czy doszło do tragedii? To sobie już sami doczytacie. Takim alternatywnym sposobem komunikacji może być wywieszanie flag na zdobytych obiektach. To się wydaje rzeczą oczywistą, ale jak przez trzy tygodnie dowódca śpi okazyjnie, organizuje poszczególne odcinki obrony, prowadzi werbunek, kontroluje łączność, szuka kontaktu z innymi dowódcami, chodzi na odprawy na Jasną i sam organizuje swoje odprawy, to może zapomnieć, szczególnie jeśli ma sprawą służbę łączności i wydaje mu się, że ona będzie działać.
Z tej książki dowiecie się, że przypadek jest ważnym czynnikiem bitewnym, ale cała sztuka polega na tym, by go wyeliminować, możliwie dokładnie. To się nigdy nie udaje, szczególnie w warunkach takich, jak powstaniowe. No, ale starać się trzeba. Powstanie to był chroniczny brak broni. Kiedy więc przygotowywano grupy szturmowe do ataku na zasobne w broń obiekty, żołnierze idący do akcji mieli dużo więcej sztuk broni i dużo więcej amunicji, niż ci co zostawali na pozycjach. Kłopot polegał potem na tym, że zaangażowani w walkę tracili amunicję, pozostawali na linii oczekując kontrataku, a koledzy z zaplecza, którym nie dane było brać udziału w bitwie plądrowali samowolnie magazyny. Ci z linii, kiedy ich zluzowano, musieli być – przy podziale łupów z arsenałów – zdani na łaskę dowództwa. To była plaga. Nie można bowiem żołnierzowi odebrać broni, którą już posiada. A na pewno nie da się tego zrobić w warunkach powstańczych.
Oczywiście akcja na Kościół i Komendę zakończyła się sukcesem i my, czytając książkę Piotrowskiego, dokładnie wiemy dlaczego tak się stało. Bo była przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. I do tego trzymana w najgłębszej tajemnicy do ostatniego niemal dnia. Niektórzy oficerowie mający wziąć w niej udział dowiedzieli się o tym na dwa dni przed akcją.
W czasie planowania i rekonstrukcji kompanii Lewar autor i jego koledzy obserwują z dachów kwartału, jak walczy Starówka. Jest to widok straszny. Podobnie jak straszne jest życie – w spokojnym przecież – kwartale dowodzonym przez Piotrowskiego. Po udanej akcji oficerowie, a najwyższy stopniem jest major, ale on akurat ma najmniej do powiedzenia, próbują opracować plan ewakuacji żołnierzy ze Starówki. Czynią to w zasadzie hobbystycznie, bo dowództwo nie akceptuje tego planu. Żołnierze Lewara chcą bowiem, by połączone siły – z Kościoła i Komendy Policji oraz zgrupowania Krybar znajdującego się na Powiślu poniżej Uniwersytetu, zaatakowały wspólnie jego teren umożliwiając w ten sposób ewakuację Starówki. Dowództwo ma inny plan – ewakuacja poprzez Ogród Saski. No, ale Plac Piłsudskiego zajęty jest przez Niemców, czołgi i rozmaite bandyckie formacje wycofane z Woli. Odbywają się tam też egzekucje na wypędzanych ze Starówki cywilach. Ewakuacja przez Karową wydaje się być pomysłem lepszym, choć – z oczywistych względów – nie przemyślanym do końca. Strachu przed czołgami nie ma, bo w czasie walk o Kościół dwa zostały spalone. Wybuchł też goliat, ale nikomu nic się nie stało, więc grupy szturmowe nie mają przesadnych lęków.
Rozkaz dowództwa jest jednak inny, wręcz mrożący krew w żyłach. Piotrowski otrzymał go na 40 minut przed godziną wykonania – miał możliwie dużymi siłami zaatakować Plac Piłsudskiego. Przez trzy tygodnie przygotowywana była operacja zdobycia kluczowych obiektów przy Krakowskim Przedmieściu, a potem na operację osłaniającą ewakuację Starówki, przeznaczono 40 minut bez żadnego planu. W takim czasie nie można przygotować żadnego natarcia, nie mówiąc o natarciu skutecznym. Kto o tym decydował?
Akcja się oczywiście rozpoczyna, ale wszyscy rozumieją, że nie przyniesie żadnego rezultatu, bo nie może przynieść. Potem, kiedy zakończył się ten absurd przychodzi nowy rozkaz – Starówka będzie się ewakuować kanałami. Trzeba zrobić miejsce w szpitalach i noclegowniach dla tych żołnierzy. Trzeba im też zorganizować wodę do picia i do mycia. Nad Śródmieściem pojawia się coraz więcej niemieckich samolotów.
Czy możliwa była ewakuacja Starówki przez Karową, poprzez związanie walką z dwóch stron sił niemieckich na uniwersytecie? Nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Wiemy natomiast, że informacja o ewakuacji kanałami wywołała szok wśród żołnierzy Lewara. Było to dla tych ludzi nieprawdopodobny absurd. A nie wiedzieli przecież oni jeszcze, że najciężej ranni i niektóre sanitariuszki pozostawieni zostaną na placu Krasińskich obok włazu, na pastwę Niemców, którzy wszystkich ich spalą miotaczami ognia. Tak po prostu, na bruku.
Ci z kanałów, lżej ranni, byli przekonani, że idą w bezpieczne miejsce. Lewar już wiedział, że nie ma bezpiecznych miejsc. W jego kwartale ludzie próbowali żyć normalnie. Jedna mama poszła do piaskownicy z pięcioletnią córeczką. Spadła bomba. Kobieta zginęła. Podmuch wyrwał dziecku rzepkę kolanową. Zaniesiono dziewczynkę do szpitala. Poprosiła lekarza, żeby nie obcinał jej nóżki, bo ona chodzi na balet.
Podmuch bomby potrafił też rozerwać płuca żołnierzowi, albo wyrwać oczko z pierścionka zaręczynowego, choć noszącej go łączniczce niż się akurat nie stało.
Taka jest wojna.
Mam jeszcze trochę nowych rzeczy z rynku:
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pierwsza-wojna-punicka/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/praga-in-fraglanti/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pozar-i-szpiedzy-pierwsza-ksiazka-o-sprawie-elblaskiej/
No i ogłoszenia jeszcze
W sobotę 5 września będzie konferencja w Drzonkowie (a nie w Zatoniu jak podawałem wcześniej) pod Zieloną Górą, a w piątek 4 września o 15.00 wystąpię, jak w zeszłym roku w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem i opowiem o okolicznościach śmierci króla Stefana Batorego.
Niestety mój kolega Sasza, dzięki któremu nagrywam pogadanki i promuję przez nie książki, nie poradzi sobie sam, z wynajęciem lokalu w kolejnym sezonie. Opisywałem jego sytuację wiele razy. Na razie udało się nam uzyskać tyle, że może płacić za lokal z miesiąca na miesiąc. Ja oczywiście rozumiem, że wszyscy są wkurzeni postawą polityków ukraińskich i zachowaniem niektórych uchodźców, ale te kwestie nie dotyczą naszej sprawy. Tak się złożyło, że Bóg doświadczył mnie opieką nad tą rodziną i ja nie za bardzo mam wyjście. Nie zostawię ich na bruku. Relacji z rodakami Sasza w zasadzie nie ma bo czas wolny poświęca dla córki, którą samotnie usiłuje wychowywać, pracując jednocześnie na Żeraniu w jakiejś ukraińskiej firmie. Do tego pomaga mi w promocji. Stosuneczki w tej firmie możecie sobie wyobrazić. Jeśli więc ktoś ma ochotę wspomóc moją zrzutkę, bo sam naprawdę nie dam rady tego uciągnąć, zważywszy na stale zmniejszającą się sprzedaż, będę wdzięczny.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification
I pogadanka jeszcze
Należy wydrukować ten tekst i dołączyć do lektur obowiązkowych. W następnej klasie zaś wrócić do tematu z obowiązkową lekturą książki, jeśli jej ktoś rok temu jeszcze nie przeczytał sam z siebie.
Nic takiego się nie stanie
https://naszeblogi.pl/77298-wspolczesna-komunikacja-czyli-plukanie-zlota-z-blota
Oczywiście, myślą że produkcja śmieci jest dla nich lepsza
Bo pozwala na wyłudzenia
Uświadomiłam sobie, że m.in. przez teksty typu: hej kto Polak na bagnety, coraz więcej osób rzuca inny tekst. „Ja nie jestem Polakiem”. Jestem Europejczykiem lub coś innego. To obrona, bo nie znają innej.
No tak, bo ciągle jest coś o wojnie i ciągle ci sami mentalnie ludzie szykują się na stanowiska dowódców…
Może się wydawać, że identyfikacja z inną narodowością pomoże. Raczej nie. Któż jeszcze pamięta Śląsk podczas II WŚ.
Ludność tamtejsza albo pozostała przy polskości że wszystkimi tego konsekwencjami, albo zadeklarowała niemieckość w zamian za lepsze kartki na jedzenie itp. I zapłacili krwią mężczyzn powołanych do Wehrmachtu.
Bez rozumienia twojego tekstu i mądrych decyzji jesteśmy we głębokim dole, niezależnie od indywidualnych decyzji.
By zainteresować młodzież historią (o konkretnym wymiarze etycznym czy politycznym, jako że historia na ogół jest zbiorem wybranych dziejowych faktów – choć niekoniecznie – ubranym za sprawą interpretacji i kontekstu w doktrynę polityczną) musi mieć miejsce współczesna „praca u podstaw”. Podglebie to w postaci wychowania w określonych wartościach powinno zaczynać się w domu w pierwszych, najistotniejszych dla rozwoju latach życia. Te lata na ogół przesądzają o dalszym jego kierunku, lub choćby zgrubnym kursie.
Tego rodzaju podłoże uzyskane w rodzinie jest kompasem, który umożliwia późniejsze poruszanie się w świecie i umożliwia samodzielny wybór, poszukiwanie kolejnych, istotnych treści czy wyzwań.
Istnieją potężne sieci dystrybucji treści i doktryn, które zawłaszczają rolę wychowawczą od rodziny, kierując młodzież w sobie sprzyjającym kierunku. Niezdemoralizowana i głęboko etyczna rodzina jest tu zatem podstawą.
Zainteresowanie młodzieży zdezorientowanej, bądź przesuniętej już w pewnym kierunku poprzez aktywne sieci doktrynalne – zrobienie tego z doskoku, np. jednorazową treścią czy wydarzeniem – niemetodyczne – jest zadaniem arcytrudnym, o ile nie niemożliwym.
Wszakże, tak jak w historii z niniejszego wpisu – dobre planowanie jest podstawą wszelkiego sukcesu. Choć i tak to Pan Bóg kule nosi, a żadna bitwa nie jest z góry wygrana, ani przegrana. Próbować trzeba – albowiem tym jest nasza droga doczesna.
Syzyfowe prace kamieni rzuconych na szaniec…!
Suma dobrych decyzji buduje rzeczywistość, suma złych burzy.
W życiu państwa, społeczeństwa, organizacji, w życiu osobistym.
Wydaje się, że jest nienajgorzej, praca owocuje, układ światowy chwieje się, ale wciąż sprzyjający, obyśmy wyeliminowali zagrożenia, usunęli przeszkody, rozwijali się jeszcze szybciej, w naszym racjonalnym i wyłącznym interesie, i żebyśmy nie musieli planować zdobywania kościoła Św.Krzyża czy przeprowadzać ewakuacji ze Starówki.