Dawnymi czasy wstawiałem do swoich tekstów różne metaforyczne wątki dotyczącej pana Miyamoto Musashi. Oczywiście żartobliwe, wyciągnięte z filmów i seriali, które oglądałem, a których on był głównym bohaterem. Jednym z najsłynniejszych pojedynków pana Musashi był pojedynek w świątyni Ichijoji, dużym buddyjskim kompleksie świątynnym. Z grubsza chodziło o to, że pan Musashi, znany z twórczego podejścia do walki, to znaczy z notorycznego używania podstępów i zmieniania taktyki, a także narzędzi używanych w pojedynkach, stanął do walki z wieloma bardzo przeciwnikami. Przygotował się do tego w taki sposób, że na terenie świątyni ukrył w kępach roślin, nad sadzawkami i w widocznych z daleka punktach, krótkie miecze wakisashi. Sam zaś miał przy sobie katanę. Walka odbywała się w nad ranem, prawie w ciemnościach. Pan Musashi zmusił swoich przeciwników, by go gonili, a oni przekonani że mają przewagę biegli za nim jak szaleni. Jednym słowem pan Musashi opracował strategię następującą – zmienił zasady rządzące nocnym biegiem na orientację. Tyle, że nie poinformował o tym uczestników biegu. Oni przekonani, że każdy kolejny etap – dobiegnięcie do wyznaczonego punktu – skończyć się musi wyróżnieniem, a cały bieg zwycięstwem, biegli wprost na śmierć. Bo nie rozumieli, że zasady są zmienione. Ich przeciwnik bowiem był mistrzem w walce dwoma mieczami. I tych mieczy zgromadził wtedy odpowiednią ilość.
Pan Musashi przeżył i zwyciężył, a jego wrogowie zostali pokonani i prawie wszyscy zginęli. Oczywiście są różne wersje tej historii, ja jednak zawsze traktowałem ją metaforycznie. To znaczy, jako wskazanie, że aby zwyciężyć przede wszystkim należy narzucić przeciwnikowi woje zasady, ale nie informować go o tym. Niech pozostanie w przekonaniu, że to on decyduje do samego końca.
I ten właśnie sposób zastosowali Niemcy i sowieci wobec dowództwa Powstania Warszawskiego. I doprawdy mniejsza już o to, kto w tym dowództwie był zdrajcą i agentem. Układ Sikorski-Majski zdjął z Zachodu sporą część odpowiedzialności za los Polski. Tej odpowiedzialności nie wziął jednak na swoje barki Stalin, albowiem był on politycznym gangsterem i takie rzeczy jak ponoszenie odpowiedzialności nie interesowały go wcale. Układ ten umożliwił jeszcze jedną rzecz – rozliczanie Polaków z walki z Niemcami przez sowietów. Czyli odpowiedzialność za sukcesy, a także ewentualne porozumienia z Niemcami spadała na polskich dowódców. Stalin zaś, który wcześniej kazał Mołotowowi podpisać pakt z Ribbentropem, był poza wszelkimi podejrzeniami co do takich stosunków. I to jest powód najważniejszy, jeśli chodzi o szafowanie pojęciem zdrady oraz o narracje wymierzone w dowództwo. Trzeba bardzo uważać, by nie stanąć w zogniskowanej sowieckiej narracji i jej nie powtarzać bezmyślnie. To nie jest łatwe, przyznajmy, ale dlatego właśnie mamy liczne relacje i pamiętniki z Powstania, by takich pułapek uniknąć. Takie, jak wspomnienia Jana Piotrowskiego, z walk w kwartale ulic Krakowskie Przedmieście, Świętokrzyska, Mazowiecka i Traugutta.
Tymczasem publicyści zajmujący się Powstaniem zachowują się jak ci, którym pan Musashi zaproponował udział w nocnym biegu na orientację. Tworzą hierarchię wokół spraw najważniejszych w ich mniemaniu, czyli wokół decyzji dowództwa i ewentualnego śledztwa, post factum, mającego wykazać kto był, a kto nie był zdrajcą. Przede wszystkim należy powiedzieć, że owo dowództwo przyjęło optykę wroga i do niej dostosowało strategię. Jeśli w Londynie nie postawiono ich przed sądem, my tego czynić nie możemy, albowiem zachowamy się jak ludzie biegnący za Musashim w świątyni Ichijoji. Pokusa jest jednak wielka, albowiem wokół takich kwestii, jak – wina dowództwa – buduje się hierarchie publicystyczne w Polsce.
Wróćmy teraz na chwilę do strategii pana Musashiego. Były one, z naszego punktu widzenia, mało rycerskie. I mało widowiskowe. Dwa z najsłynniejszych pojedynków pana Musashiego to walki, w których zwyciężył on pokonując przeciwnika drewnianym mieczem, czy wręcz kijem. Narzędzie to było panu Musashiemu potrzebne do odwrócenia uwagi przeciwnika i przekonania, go że wszystkie atuty są po jego stronie. Najlepsze jest to, że wielu szermierzy wierzyło w tak szczęśliwy układ zdarzeń, będąc całkowicie świadomymi tego, jakimi metodami posługuje się pan Musashi. Pycha ludzka bowiem jest bezgraniczna. I fakt ten zawsze powinien być elementem każdej strategii.
Kolega unu zamieścił tu wczoraj wywiad z generałem Borem, który przeprowadzono po Powstaniu w Londynie. Nie można tego czytać ze spokojem. Gdyby na miejscu Bora, był ktoś podobny choć trochę do pana Musashiego, zmieniłby sytuację w pięć minut. Kazałby powstańczej żandarmerii wyaresztować wszystkich dowódców w sztabie i za pomocą serii awansów podniósłby znaczenie oficerów młodszych. Potem zaś podjęto by decyzję – co dalej. Podobny los musiałby spotkać politycznych sojuszników z AL. Tak to sobie wyobrażam. Myślę, że jako jedyny, nikt bowiem nie próbuje nawet układać takich scenariuszy, koncentrując się na obarczaniu winą i odpowiedzialnością wszystkich tylko nie Niemców i sowietów.
Jestem przekonany, jak to napisałem wczoraj, że istniało kilka wariantów przebiegu zdarzeń opracowanych w sztabie sowieckim. Nie ważne przez kogo i gdzie. Można było to przewidzieć, tym bardziej, że w Warszawie byli doświadczeni oficerowie. Czy jednak rzeczywiście byli oni doświadczeni? Jeśli bowiem nie zajmowali się takimi kwestiami to czym się zajmowali? Myśleli, że biorą udział w wyścigu po trofeum, jakim będzie opanowanie stolicy. To znaczy tyle, że nie powinniśmy szukać winnych w pojedynczych osobach, ale w systemie kształcenia kadr dowódczych oraz w hierarchiach lojalności międzyludzkiej, tak przed wojną, jak i w czasie okupacji. Idąc za tą myślą – powinniśmy – im szybciej tym lepiej, odrzucić cały polityczno-wojskowo-towarzyski folklor, jakim wielu ludzi ciągle się w Polsce ekscytuje, w przekonaniu, że to takie malownicze i podnosi poziom patriotyzmu. Jest dokładnie na odwrót – takie narracje degenerują kadry. I jeśli jakaś pańcia pisze dziś kolejną biografię Wieniawy, a wstęp do niej jest autorstwa prezydenta Nawrockiego, to ja mogę tylko wzruszyć ramionami i powiedzieć – pojedynek w świątyni Ichijoji.
Jeśli nikt nie próbuje interpretować zdarzeń i postaw, za to każdy biegnie do pointy w swojej publicystyce, bo jest przekonany, że czeka tam na niego nagroda, to śpieszę z wyjaśnieniem – nie czeka go tam nic dobrego.
Jeśli ktoś cytuje książki komunistycznych autorów, powołuje się na nie, albo stawia za wzór książki zawołanych mitomanów, uwodzących ludzi potoczystym stylem i chce na tej podstawie budować jakieś narracje wojenne, a także kolportować je dzisiaj, przypominam – przy każdej sadzawce z kwiatami lotosu ukryty jest miecz wakisashi.
Jeśli w biogramie generała Pełczyńskiego zamieszczonym w wiki czytacie zdanie – W latach 1940–1941 komendant Okręgu Lubelskiego ZWZ. Rozpracowany przez tamtejsze Gestapo powrócił do Warszawy i objął funkcję szefa sztabu KG ZWZ-AK (lipiec 1941 – październik 1944). I zdanie to nie wywołuje w Was wielkich emocji, to lepiej byście się w ogóle się takimi problemami nie zajmowali. Pan Musashi bowiem, po otrzymaniu takiego komunikatu, zrobiłby to, co wskazałem wcześniej – wydał nakazy aresztowania i nie dyskutował już z nikim ze swoich byłych kolegów. Po wojnie zaś, nie wymieniałby nawet ich nazwisk, szczególnie jeśli sprawy ułożyłby się po jego myśli. Dlaczego tak? Albowiem w strukturze AK było wystarczająco dużo zdolnych i niezdeprawowanych oficerów, którzy mogli stać się wizytówką całej formacji. Trzeba im tylko było dać szansę. Tymczasem cała strategia dowództwa polegała na tym, by tym ludziom szansę odebrać. W imię tak zwanej wielkiej polityki, która z chwilą podpisania układu Sikorski-Majski była już złudzeniem.
Jeśli w tym momencie, ktoś chce powiedzieć, że Bór nie mógł zrobić nic, bez aprobaty naczelnego wodza, niech się lepiej powstrzyma. Bór zrobił wszystko bez aprobaty naczelnego wodza, a potem jeszcze sam został tym naczelnym wodzem mianowany. Mimo klęski, za którą był współodpowiedzialny. To zaś oznacza, że naczelnym wodzem – realnie – był kto inny niż nam się zdaje.
I robi się jeszcze dziwniej, kiedy czytamy w biogramie Bora taki oto fragment:
12 maja 1945 przybył do Londynu. Na lotnisku został przywitany okazale i owacyjnie przez premiera Tomasza Arciszewskiego z ministrami, przedstawiciela prezydenta RP i wyższego wojskowego brytyjskiego z ramienia szefa Sztabu Imperialnego. 28 maja 1945 objął obowiązki Naczelnego Wodza. 20 września 1945, „wobec nieuznawania przez władze brytyjskie stanowiska Naczelnego Wodza” przekazał szefowi Sztabu Głównego „ogólne dowodzenie wojskiem oraz koordynację zagadnień wspólnych dla wojska, marynarki wojennej i sił powietrznych”[49]. 8 listopada 1946 Prezydent RP zwolnił go ze stanowiska Naczelnego Wodza
Przypomnę, że Arciszewski to jest ten facet, na którego próbuje się stylizować Maciej Świrski. Czytamy to i zastanawiamy się kim byli ci wszyscy dobrzy socjaliści z epoki przedwojennej? Kogo reprezentowali? Bo, że nie naród i armię to pewne. I nie możemy nie zadać pytania – po co niektórzy w ogóle próbują ich naśladować? Czy to tylko taka zabawa? Sam nie wiem.
Dodam jeszcze tylko na koniec, że generał Bór-Komorowski zajmował się po wojnie w Londynie tapicerowaniem mebli. No, ale chyba nie zachowało się ani jedno zdjęcie z jego tapicerskiej pracowni.
Pan Musashi zaś, w chwilach kiedy nie walczył, malował parawany. One też się nie zachowały, ale ich istnienia nie kwestionuje nikt w Japonii, są one poza tym widoczne na licznych grafikach eksploatujących temat życia pana Musashi.
Polecam oczywiście książkę Jana Piotrowskiego, a także trochę rzeczy ściągniętych z rynku
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/amerykanski-konserwatyzm-na-progu-xxi-wieku/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sasiedztwa-iii-rp-czechy-zagadnienia-spoleczne/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/sprawa-chodorkowskiego/
No i ogłoszenia
W sobotę 5 września będzie konferencja w Drzonkowie (a nie w Zatoniu jak podawałem wcześniej) pod Zieloną Górą, a w piątek 4 września o 15.00 wystąpię, jak w zeszłym roku w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem i opowiem o okolicznościach śmierci króla Stefana Batorego.
Niestety mój kolega Sasza, dzięki któremu nagrywam pogadanki i promuję przez nie książki, nie poradzi sobie sam, z wynajęciem lokalu w kolejnym sezonie. Opisywałem jego sytuację wiele razy. Na razie udało się nam uzyskać tyle, że może płacić za lokal z miesiąca na miesiąc. Ja oczywiście rozumiem, że wszyscy są wkurzeni postawą polityków ukraińskich i zachowaniem niektórych uchodźców, ale te kwestie nie dotyczą naszej sprawy. Tak się złożyło, że Bóg doświadczył mnie opieką nad tą rodziną i ja nie za bardzo mam wyjście. Nie zostawię ich na bruku. Relacji z rodakami Sasza w zasadzie nie ma bo czas wolny poświęca dla córki, którą samotnie usiłuje wychowywać, pracując jednocześnie na Żeraniu w jakiejś ukraińskiej firmie. Do tego pomaga mi w promocji. Stosuneczki w tej firmie możecie sobie wyobrazić. Jeśli więc ktoś ma ochotę wspomóc moją zrzutkę, bo sam naprawdę nie dam rady tego uciągnąć, zważywszy na stale zmniejszającą się sprzedaż, będę wdzięczny.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification
I jeszcze pogadanka