Wszelkie dekonstrukcje postaci Chrystusa są z istoty złe, podłe, nieszczere i głupkowate. I wynika to wprost z metody. Chwytają się tego różni spryciarze, ale nie tylko oni. Zacznijmy jednak od metody, której najważniejszą cechą jest zasięg. Jezus jest ważny dla wszystkich. Przede wszystkim zaś ważny jest dla przeciwników chrystianizacji. Sądzę, że on jest dla nich ważniejszy niż dla chrześcijan. I to dość łatwo udowodnić. Chrześcijanie bowiem są stale narażeni na wysłuchiwanie gawęd o tym, jaki naprawdę był Jezus, bo przecież wiadomo, że w Kościele kłamią. I już się do tego brzęczenia przyzwyczaili. Ci, którzy nie mają wiary w sercu, a dopiero jej poszukują, chętnie nachylają ucha dla różnych nowinek, a im bardziej są prymitywni i silniej przekonani o tym, że sami własnym rozumem potrafią rozeznać co w doktrynie jest właściwe, a co nie, tym większymi entuzjastami dekonstrukcji się stają. Zawsze mnie dziwiło, że żaden taki badacz Pisma nie zabierze się za wyjaśnienie jakichś kwestii prostszych, dotyczących składu gleby na jego działce rolnej, na przykład, albo czegoś, do czego nie został przez naturę przeznaczony, a jednak okoliczności zmuszają go do zajęcia się problemem.
No, ale wróćmy do zasięgu. Łatwo jest dekonstruować postać Jezusa, bo to – przy odpowiednim zasilaniu – gwarantuje sukces globalny. Postaci Mahometa nikt nie dekonstruuje, z obawy o życie, a herezje w islamie są to po prostu oddzielne obszary administracyjne, z których jedna próbuje sobie podporządkować drugą, najczęściej bez powodzenia. Herezje w chrześcijaństwie są sprawą wewnętrzną, często wręcz sąsiedzką, albowiem Jezus miał i ma nadal najlepszą ofertę dla wszystkich. I herezjarchowie chcieliby zostać pośrednikami w jej przekazywaniu, a także usunąć z tego miejsca Kościół. Przez swoją masowość wszelkie dekonstrukcje postaci Jezusa zdradzają fałszywą intencję. Bo niby z jakiej racji w ogóle ktoś zabiera się za takie rzeczy? Nie może się zająć dekonstruowaniem jakiegoś zagadnienia lub postaci o mniejszej dostępności? Mniej zrozumiałej dla prostaczków? No właśnie nie, bo chodzi o tych prostaczków. Gdyby ktoś próbował zająć się dekonstrukcją papieża Innocentego III i jego czasów, wyszłyby takie rzeczy, że o matulu…Ale nie wyjdą, bo papież Innocenty i jego czasy nie interesują prostaczków. Szczególnie tych, co aspirują. Do takiej grupy zaś zaliczam pracowników mediów, szczególnie tych zajmujących się publicystyką. Na przykład Patrycjusza Wyżgę. Pisałem już kiedyś o nim. Jest to prostaczek wręcz modelowy, który słuchając herezji prof. Majewskiego, nie potrafi ukryć znudzenia. Nic go to nie obchodzi, ale nie może zaprzestać obwąchiwania tematu, bo ten ma za duży zasięg. I gwarantowaną popularność.
W czasie ostatniej konferencji w Zielonej Górze, zapytałem księdza- wykładowcę, co myśli o teologu Majewskim, który twierdzi, że Jehowa miał żonę. W zasadzie sam musiałem sobie na to pytanie odpowiedzieć, albowiem – takie odniosłem wrażenie – duchowni są bezradni wobec świeckich teologów głoszących herezje. Tę bowiem gwarantuje powaga uczelni. Tylko, że uczelnie w Polsce od dawna nie są poważne, a ja bym się nawet upierał, że nie posiadają tej cechy od co najmniej 300 lat. Mniejsza jednak o nie, oto teolog Majewski, stwierdził najwyraźniej, że Jehowa jest za słabo znaną postacią w świecie chrześcijańskim, a gadanie o jego żonie, którą łatwo bardzo utożsamić z fenicką boginią Astrate, nikogo nie rusza. Trzeba się więc zabrać za syna Jehowy, który w naszych okolicach jest popularniejszy i opowieść o nim na pewno poruszy syczące od nadmiaru rozgrzanej pary mózgi różnych uzurpatorów. Szczególnie jeśli temat podany będzie w odpowiedniej aranżacji. Wyznam, że nawet w to nie kliknąłem. I nie wiem czy jakiś aspirujący prowadził tę rozmowę, czy teolog gadał sam do siebie. Po prostu mam dosyć demonstracyjnego braku pokory u ludzi powołujących się na coś, czego poza nimi nikt nigdy nie widział. A teologowie powołują się na teksty i szpanują znajomością języków starożytnych. A Jezus nie znał, jako człowiek, żadnych języków swoich czasów, poza aramejskim, nie mówiąc już o językach starożytnych. I nie był profesorem żadnej uczelni. Podobnie było z jego uczniami. Nie bardzo więc wiadomo na jakiej podstawie hierarchia teologów zabiera się za jego dekonstrukcję, co jest jawnym bluźnierstwem. I dlaczego z tej dekonstrukcji czyni się telewizyjną rozrywkę? Bo o to właśnie chodzi, by treści heretyckie podać w lekkiej, ale imponującej masom formule. No i żeby masy te zasnęły w poczuciu pogłębienia swojej żałosnej wiedzy. Pozbywszy się jednocześnie sporej części wiary w zbawienie i boską naturę Jezusa. I nawet jeśli ten cały Majewski nie za bardzo bluźni, pomysły jakie podsuwa otwierają drogę złu. Jeśli zaś ma jakieś teksty, na podstawie których dokonuje swoich dekonstrukcji, niech je wyda z odpowiednim komentarzem i wystąpi w programie Wyżgi z innym jakimś teologiem, najlepiej duchownym i najlepiej spoza Polski. Wtedy zobaczymy co warte są jego kompetencje. Wcześniej nie ma w ogóle o czym gadać. Program Majewskiego bowiem nie służy temu, by ratować zagubione owce, ale temu by podmienić pasterza. Bo to jest właśnie jedna z cech herezji, być może najważniejsza. To jest po prostu faryzeizm. Uczeni w piśmie, kwestionują objawienia i tradycję, bo chcą mieć władzę nad Kościołem. Lud zaś, który liznął trochę powierzchownego wykształcenia, przyjmuje to z entuzjazmem albo zaciekawieniem. Z góry uznając za prawdę hipotezę, że Kościół ukrywał przed wiernymi różne sprawy i teraz one ujrzą światło dzienne i przez to właśnie wierni zobaczą prostszą ścieżkę do Nieba. Skąd pewność, że Kościół coś ukrywał? Na podstawie czego wysnuwacie ludzie takie wnioski? Bo Majewski opowiada o jakichś tekstach, których nikt poza nim nie widział? Ta pewność rodzi się z podświadomego uznania, że jest prawda poza Kościołem, a jeśli prawda to także zbawienie, a wobec tego warto podyskutować o intencjach hierarchów, którzy stworzyli tradycję. Tę zaś, po naprawdę niedługiej dyskusji, można zanegować, albowiem Majewski ma dostęp do najstarszych tekstów dotyczących Jezusa i Jehowy, a te są – wiadomo – najważniejsze, choć nikt ich nie widział. To taka wiedza tajemna przed 240 tysięcy lat, którą ukrywano przed nami, ale na szczęście pojawili się ludzie, którzy potrafią do niej dotrzeć i przekazać nam maluczkim. To jest schemat każdej herezji. I on zawsze działa, w mniejszym lub większym zakresie, ale zawsze. Jego celem zaś – i nie ma znaczenia czy ogłasza go certyfikowany, akademicki teolog, czy jakiś oczadziały bąbel z podwórka – jest zawsze zdominowanie i podporządkowanie możliwie dużej grupy ludzi. To jest rzecz powszechnie wiadoma, ale jednak jakby nie wiadoma. Bo ciągle się na to nabieramy. Nie istnieje wiedza sprzed 240 tysięcy lat, tradycja chrześcijańska jest ważna, Jezus jest synem Bożym, a Jehowa nie miał żony. Wiara zaś i zbawienie nie są tematem dla publicystyki.
Chcecie coś dekonstruować? Proszę bardzo. Obudziłem się dziś w nocy, zszedłem na dół i zapytałem groka, czy istniało kiedyś połączenie pomiędzy Cejlonem a Indiami. Choć wiedziałem przecież, że istniało, bo kolega Pioter mi to napisał wprost. Nawet na mapie fizycznej je widać. Grok twierdzi, że w tradycji islamskiej określano to połączenie jako most Adama. To znaczy muzułmanie wierzą, że Adam, wygnany z raju, spadł na Cejlon, następnie suchą nogą przeszedł do Indii i stamtąd ruszył do Etiopii w poszukiwaniu Ewy. Bardzo ciekawa historia. Grok jednak upiera się, że pomost między Sri Lanką a Indiami to twór naturalny, który skrył się pod wodą 7 tysięcy lat temu, wskutek stopnienia lodowców. Mimochodem jednak dodaje, że można było przejść suchą nogą z Cejlonu do Indii jeszcze w roku 1480 i podaje pisane źródło, które na to wskazuje. Po tej dacie pomost zniknął, bo przyszedł wielki tajfun i zalał przejście. W tradycji hinduskiej pomost ten został zbudowany przez Hanumana, boga małpę, który przybył z Himalajów na pomoc Ramie walczącemu z Rawaną.
Moim zdaniem jest tu całe wielkie pole do dekonstrukcji. I nawet ci co wierzą w istnienie wiedzy sprzed 240 tysięcy lat mieliby przy czym podłubać. Jeśli bowiem połączenie było widoczne w roku 1480, to znaczy, że ludzie trochę pomogli przyrodzie i wzmocnili je za pomocą nieznanych dziś technik. A może znanych, ale stosowanych z nieznanym dziś stopniem uporczywości. To zaś skłania nas do poszukiwania innych, podobnych tworów uznawanych za naturalne, a nie będących takimi do końca, a także do podejmowania prób odgadnięcia ich funkcji. No, ale za takie rzeczy nikt się nie zabierze, albowiem są zbyt niszowe, a każdy pragnie przede wszystkim tego, by poprzez swoje przywiązania i zainteresowania zostać wywyższonym i postawionym w grupie ekspertów wiedzy powszechnie ważnej i interesującej każdego. I tu w zasadzie zostają dwa jedynie tematy – Jezus i przeniewierstwa żydów. I w tych dziedzinach głównie usiłują specjalizować się Polacy. Jeśli rzecz jasna nie liczyć tych kwestii, które dotyczą ich bezpośrednio, a które cała reszta populacji ma w nosie. I przez to one nie dają takiego napędu jak Jezus i przeniewierstwa żydów, i za granicą nie za bardzo można się na tym wozić.
Dlaczego w tytule wspomniałem o mecenasie Sile-Nowickim, którego mam nadzieję ujrzeć w nowym filmie o Kuroniach zatytułowanym „Nasza rewolucja”? Otóż dlatego, że dekonstrukcja tej postaci jest jednym z najważniejszych zadań naszej współczesności. Tak uważam. I zwróćcie Wy także uwagę, że do osiągnięcia tego celu nie potrzeba znajomości aramejskiego, ani nawet łaciny. A jednak nikt się nie zabiera za moralną ocenę postaw mecenasa, przyjmując – zgodnie z dekretami różnych publicystów wydawanymi z pozycji uzurpatorskich – że jest to postać świetlana. No, ale nie jest i przekonała się o tym swego czasu Ewa Kurek. Nawet jej książkę ocenzurowano w związku z tym. Czy ktoś w Polsce jest zainteresowany obroną wolności słowa w wymiarach realnych? No, raczej nie. Każdy chce dekonstruować Jezusa, odkrywać wiedzę tajemną sprzed 240 tysięcy lat, albo tropić satanizm w ruchach new age. Powodzenia. Ja wracam do swoich niszowych i nikogo nie interesujących spraw. Promocja się skończyła, ale mamy wznowienie jednej z najlepiej się sprzedających książek, z serii „Biblioteka historii gospodarczej Polski”.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/przemysl-polski-w-xvi-wieku/
Ten teolog to bardzo zacofany. Współczesna nauka klonuje żywe byty -:)).
Te dekonstrukcje wynikają z totalnego przesytu współczesności. Nic już nie budzi z drzemki poza skrajnościami.
No, ale to nie jest żaden stan szczególny, to wynika ze złych zamiarów. Odbiera się istotne sensy istnienia i podsuwa się absurd, w który ludzie wierzą
Ależ oczywiście. Szydzę, bo już nie ma słów.
Jezus powiedział, nie lękajcie się, Ja Jestem z wami aż do skończenia świata.
No jeśli część ludzi woli świat, to ich wybór. Są cały czas ostrzegani.