wrz 242026
 

Jak wiemy, poprzez aktywność w sieci każdy chce zwrócić na siebie uwagę. Im mniej potrafi im bardziej jego możliwości ograniczają się do funkcji – kopiuj/wklej, tym większe ma aspiracje i jest przekonany o swojej sprawczości.

Jeden pan na iksie przypomniał dziś na przykład wybitnego historyka Antoniego Prochaskę, którego książki przydałoby się wydać. Czy on je wyda? Nie. On tylko przypomni, że taki człowiek istniał, otrzepie dłonie po skończonej robocie i pokaże z dumą swoje dzieło – kopiuj/wklej. To jest tak zwana popularyzacja. Jak szary człowiek z iksa przeczyta o historyku nazwiskiem Prochaska, rzuci wszystko i popędzi czytać jego książki. Tak będzie – na pewno.

Wydajemy książki Ludwika Kubali, Wiktora Czermaka, a pewnie wydamy coś tego Prochaski. Czy jakaś osoba, korzystająca z internetowych popularyzacji sięgnęła dzięki nim po nasze wydawnictwa? Oczywiście, że nie, bo wpływ tych czynności na ogólny poziom wiedzy w narodzie jest zerowy. W zasadzie gorzej niż zerowy, bo wskazywanie tych wszystkich bohaterów, tego dorobku naukowego, osiągnięć na niwie kultury i cywilizacji, dołuje wszystkich, albowiem nie ma autentycznego sukcesu. To wszystko jest lista porażek, albo lista wymagań nie dających się spełnić, albowiem odbiorca tych komunikatów nie wie, po co miałby spełniać jakieś wymagania. Po co miałby czytać Prochaskę, bo z samego faktu, że on istniał niewiele wynika.

No tośmy sobie omówili w skrócie popularyzację historii i wiedzy w ogóle, do której niektórzy ludzie czują przemożny pęd, wręcz powołanie. Pod warunkiem, że to nic nie kosztuje, to oczywiste. Bo jak pojawia się kwestia nakładów, dystrybucji, promocji innej niż opisana, wszyscy wzruszają ramionami i zadają ważne pytanie – a po co? Żeby był dorobek – odpowiadam. No, ale co to za dorobek, jak to wznowienia starych tekstów? I tu właśnie drogi moje i popularyzatorów rozchodzą się ostatecznie. No, ale prócz popularyzacji mamy także specjalizację, czyli system, który pozwala młodym badaczom robić kariery. Poprzez specjalizowanie się w jakiejś dziedzinie. Oni też są obecni w sieci, to trochę dziwne, ale jednak tam są. Dlaczego? Bo chcą być popularni i dla swojej aktywności, która nie interesuje nikogo, no chyba że wywoła skandal, znaleźć jakąś publiczność. I ta się znajduje. Tworzą się fora, rankingi, wtajemniczenia i kanony. Wszystko to jednak nie ma nawet znaczenia lokalnego, bo tych ludzi jest za mało. I nikt nie ma sposobu, by grupę tę powiększyć. Dochodzimy więc do sytuacji, w której duże ilości popularyzatorów i specjalistów szukają gwałtowne odbiorcy. Ten zaś, jeśli się już pojawia, sam jest albo popularyzatorem, albo specjalistą i zaczyna nie od wyrażenia entuzjazmu, ale od krytyki, często podstępnej albo głupiej. I na pewno wcale nie oczekiwanej. Żeby utrzymać swoją pozycję specjaliści podpierają się autorytetami, najlepiej by byli to politycy. No, ale takich, których dałoby się wykorzystać do promocji jest trzech na krzyż. I co teraz? Trzeba się chwalić nagrodami, które ktoś tam kiedyś przyznał jednemu z drugim za działalność naukową. No, a wszyscy wiemy, jak to jest z pochwałami. Człowiek wracał ze szkoły po rozdaniu świadectw, miał to z czerwonym paskiem, a w domu już czekała rodzina przy stole. Przyjechała ciotka z kuzynami, z których jeden był w poprawczaku, a drugi ma upośledzenie w stopniu lekkim i jest bardzo agresywny. Tak bardzo, że psy ze wsi, w której mieszka, uciekają na jego widok. Matka zaś od razu wyrywała świadectwo z ręki i głośno, wprost do ucha ciotki, odczytywała jakie to też oceny dostał jej kochany pączuś. Kuzyni słuchali tego z rosnącą wściekłością. I tak samo jest dzisiaj w sieci. Ludzie zajmujący się wąskimi specjalizacjami próbują się lansować poprzez swój dorobek, który jest albo nudny, albo promowany w opisany wyżej sposób. I wszyscy oni oczekują, że ktoś wreszcie uczyni ich autorytetami i to oni będą urabiać nowych adeptów nauki na swój obraz i podobieństwo. Pejzaż ten jest więcej niż przykry. Bo nikogo takiego, kto rozdawałby prawdziwe charyzmaty nie ma. Polska nauka zaś to jeden festiwal zaniechań, kłamstw, przeinaczeń, fatalnych interpretacji i lizusostwa. I ten stan się pogłębia.

Od wczoraj trwa jednak dyskusja nad jego naprawą, nie od końca humanistyczno-historycznego, ale całkiem innego. Oto sławnym badacz latających żab, Jakub Wiech, który z całą powagą ogłaszał nam, że im zimniej tym cieplej, bronił wczoraj doktorat. Okazało się, że doktorat jest, pardon, do dupy i nic z obrony nie będzie. I wiecie co się okazało? Tak, zgadliście, że są równi i równiejsi. Podczas gdy historycy kłócą się o to, kto z  nich zrobił lepsze przypisy i bibliografię, recenzenci pracy doktorskiej Wiecha wskazują na fragmenty splagiatowane w oczywisty sposób. Sam doktorant jednak nie bierze tego nawet do bani, jest spokojny i zupełnie wyluzowany. Kiedy zaś przez sieć przelewa się fala krytyki pod jego adresem, na scenę wchodzi Terlikowski – cały na biało i mówi – ja wiem, co to znaczy hejt i podłość, współczuję Jakubowi. Jakby tego było mało Jakub Wiech należy do teamu sławnego popularyzatora nauki, smażącego jajka na karoserii samochodu – Tomasza Rożka. On także bierze w obronę sławnego badacza płonącej planety.

Jeśli ktoś tu nie widzi podwójnych czy nawet potrójnych standardów, nie potrafię mu pomóc. No, ale może choć je zilustruję. Oto szczerze zainteresowana polską historią, kulturą i nauką ludożerka, dostaje jakieś ochłapy, z których ma wyciągnąć dokładnie nie wiadomo jakie korzyści. Nie ma co ryzykować dla nich nawet półgroszkiem, bo i tak wiadomo, że nic nie znaczą. Oto adepci nauki szykujący się do robienia karier, z których płyną takie same satysfakcje, jak z oglądania filmów typu „Widziadło”, z cyckami Doroty Kwiatkowskiej, w czasie kiedy człowiek na 13 lat i chodzi, świątek, piątek czy niedziela, w sweterku po starszym bracie. Rozmowa zaś z koleżanką starszą o trzy lata wywołuje w takim postępujący paraliż kończyn. Żeby tego uniknąć ambitni naukowcy szukają odzewu na swoje publikacje w sieci. No, ale tam już siedzą popularyzatorzy kopiuj/wklej, miejsca więc jest mało. No, ale to miejsce – w sieci i poza nią – zawsze się znajdzie dla ludzi, którzy posiadają fundację lub z jakimiś fundacjami współpracują. Oni mogą nawet napisać doktorat o tym, że księżyc jest z sera i chodzi po nim imć Twardowski z jednym kapciu w drugim bucie, a gdzieś pod kraterem Kopernika, zaparkowany jest jego międzygwiezdny kogut, na którym tam przyleciał. I nikt nawet nie mrugnie. Na najsłabszy głos krytyki, powstaną autorytety, których nie ma nigdzie indziej i zaczną bronić teorii, że księżyc jest z sera, a Twarowski ma tam wykupioną działkę. I powiem Wam w tajemnicy, że wszystko to nie ma najmniejszego związku ze stanem polskiej psychiatrii. Tworzy za to bardzo ładne tło, na którym wyraziście malują się intencje lewicy i sił postępu. Te zaś są jasne – unieważnić wszelką konkurencję, wszystkie zawody mają być oszukane i muszą wygrywać w nich ci, co zawsze. I do tego chętnie przyłączą się publicyści prawicowi, pod warunkiem jednakowoż, że zostaną zaliczeni do grupy tych, co zawsze wygrywają.

Ktoś powie, że takie rzeczy były już wcześniej. To prawda, ale wcześniej można było wskazywać na istnienie jakiegoś wyższego porządku. I mówić, że zapraszanie na rekolekcje do kościołów kogoś takiego jak Terlikowski czy Hołownia, to jednak przegięcie. Wmawianie ludziom, że ostra zima to wynik ocieplenia klimatu, podważanie przy tym badań czynnych na uniwersytetach profesorów, zajmujących się takimi zagadnieniami w sposób nie wymagający udziału publiczności internetowej, to dobry powód do degradacji. No, ale czasy te minęły, a rozpoczęła się kontrofensywa agresywnych idiotów uwiarygadniających jeden drugiego. Publiczność zaś patrzy na to z rozdziawionymi gębami, albowiem nie ma już nikogo, kto by przeciwko temu szaleństwu zaprotestował.

No, ale, jak napisał poeta – jest gdzieś świat, obce języki…lecz nie tu. I może w tym świecie jest jakiś porządek, który unieważni zbijane tu z desek po europaletach absurdy? Ponoć Elon kupił TVN, w pakiecie z jakąś większą menażerią. Ludzie patrzą w jego stronę z nadzieją, ale ja myślę, że jak ktoś kupuje ogródek, nie czyni tego po to, by omawiać kwestie upraw z zamieszkującymi ją dżdżownicami. Szczególnie, że należą one do dwóch nie potrafiących się porozumieć gatunków. Nawet jeśli Elon zmieni hierarchię w TVN, nie wiadomo na co ją zmieni. Jeśli myślicie, że będzie się przejmował słupkami sprzedaży i postawi na prawicę, bo ta zapewni oglądalność, możecie się przeliczyć. Prawica bowiem, jak i cała reszta marzy dziś tylko o jednym – żeby ją zaangażowali do tych ustawionych biegów przez płotki i zagwarantowali trzecie miejsce na podium, zaraz po komunistach i ekologach.

Możecie oczywiście brać w tym wszystkim udział. Jeśli ktoś jednak nie ma ochoty, może sięgnąć po książki wydawnictwa Klinika Języka. Zwłaszcza, że do soboty są przecenione.

I na koniec żart, rozpychające się od dłuższego czasu wszędzie wydawnictwo Prześwity, które kojarzy mi się z przesianymi na tyłku majtkami, z jakiegoś powodu zablokowało mnie na iksie, choć nigdy nie napisałem na ich temat ani słowa. Chyba powinienem to uznać za komplement, bo oni wydają książki o najważniejszych zagadnieniach współczesnego, dynamicznie zmieniającego się świata. Jak myślicie?

A tu lista przecenionych książek. Do soboty – pamiętajcie….

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rydwany-bojowe-boguslaw-sujkowski/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-brandenburska-ludwik-kubala/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/historia-wojny-chocimskiej-1621/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-48-hohenzollernowie/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/zmierzch-izraela/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/historia-komunizmu-w-starozytnosci-i-w-sredniowieczu-karl-kautsky/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/maryna-mniszchowna-aleksander-hirschberg/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dymitr-samozwaniec-aleksander-hirschberg/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/basn-jak-niedzwiedz-polskie-historie-tom-1/

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  6 komentarzy do “Księżyc jest z sera i mieszka na nim Twardowski czyli o specjalizacji i popularyzacji”

  1. Od dłuższego czasu mam wrażenie, że to wszystko jest zbędne. Oszukuje się tzw ogół, że może być wykształcony ogólnie, jako tzw kulturalny człowiek.

    To wszystko jest ogółowi naprawdę nie potrzebne. Wpędza ów ogół w stres. Wywołuje reakcje zaprzeczenia każdej ponadstandardowej, poza szkolnej informacji. Wysiłek zostania człowiekiem wykształconym i kulturalnym został podniesiony przed laty i chodzi o utrzymanie statusu. A ty przychodzisz ze stosem książek, których nikt ze znajomych owego człowieka nie zna. Obrażą się na niego, że się wynosi ponad innych. W dodatku mówi rzeczy wskazujące na grubą warstwę folii aluminiowej na głowie. Bo przecież nikt w mediach o tym nie mówi. Ani też dziecko, co ma same 6 w szkole, nie ma niczego takiego w najnowszych podręcznikach.

    Wiedza którą serwujesz jest elitarna, tylko odbiorców czyli elit nie mamy.

  2. W dodatku wmówienie znacznej liczbie ludzi ze są wykształceni impregnuje ich skutecznie. Człowiek który wie, że nie wie, jest w sposób naturalny ciekawy nowej wiedzy. To immanentna cecha naszego gatunku. Bez niej nie „zeszli byśmy” z drzew.

    Cywilizacja od pewnego momentu zabija ciekawość w imię dostosowania.

  3. https://youtu.be/T52rc6U_2l8?is=9GWnF1UE6gJ8Jyky

    Prezydent Nawrocki na forum sesji plenarnej ONZ o klimacie i sw. Franciszku -:).

  4. Lepiej nie zabijać ciekawości, bo można być następnym w kolejce

  5. Jest wyraźnie rozbawiony, że mówi to w tym miejscu. Przesunęłam z ciekawości, bo tegoroczna sesja ogólnie ciekawa -:)).

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)