Chciałem już przestać pisać o książce Jana Piotrowskiego, ale nie mogę. Może jutro zrobię przerwę, ale dziś jeszcze nie. Są tam bowiem dodatki, które zacząłem czytać. To jest wprost instrukcja tego, jak przygotować atak na umocnione obiekty nie mając w zasadzie żadnych środków. Jan Piotrowski, człowiek z wielkim wyczuciem szczegółu, napisał to tak, że w zasadzie rzecz można potraktować metaforycznie i zastosować do wielu życiowych sytuacji, kiedy nie ma Niemców, czołgów, samolotów i kanonady. Sami popatrzcie. Spróbuję to jakoś tu zaprezentować, zbliżając się trochę do tego metaforycznego stylu, ale nie tracąc nic ze szczegółów pola walki, czyli znanych dobrze Warszawiakom i nie tylko im, ulic – Świętokrzyskiej, Czackiego, Traugutta i Krakowskiego Przedmieścia. Przypomnę może jeszcze tylko, że w Domu Technika przy Czackiego mieliśmy spotkanie w maju. To ten teren. Wylot Czackiego na Traugutta, czyli na obecny hotel Victoria, zamknięty był barykadą.
Najważniejszym zadaniem jest zmylenie przeciwnika. Co w warunkach pełnego oblężenia, w mieście, kiedy ten przeciwnik ma znaczącą przewagę jest bardzo trudne. Żeby to zrobić należy upozorować natarcie na jego pozycję, ściągnąć na nie cały ogień i wyprowadzić drugie natarcie, główne i całkowicie zaskakujące. Ono powinno być wzmocnione trzecim natarciem, mniejszą ilością sił, ale dokonanym w kluczowym punkcie i momencie. Do tego służył podkop.
Zanim do tego wszystkiego w ogóle dojdzie należy odizolować atakowany obiekt lub obiekty. Co było bardzo trudne, albowiem nie można było ich odizolować od Krakowskiego Przedmieścia, za którym byli Niemcy. Można było jedynie ustawić barykadę na wylocie ul. Traugutta. Zaopatrzyć ją w możliwie dużo broni i butelek z benzyną, a następnie ustawić drugą barykadę na wylocie Czackiego, przy Traugutta. Trochę słabszą, ale także dobrze zaopatrzoną w broń. Ta zaś byłaby wzmocniona posterunkami znajdującymi się w budynkach przy Czackiego – na piętrze. One byłby uzbrojone już raczej symbolicznie, w same butelki i śladowe ilości broni. Tak to wyglądało. Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem. Powstańcy byli oddzielnie od Niemców tylko ulicą Traugutta. Niemcy znajdowali się na terenie pałacu Czapskich-Raczyńskich, czyli w obecnej ASP. Atak więc na Kościół, budynek zwany księżówką, czyli chyba plebanię i Komendę Policji, stanowiące jeden zwarty kompleks, musiał być przeprowadzony z zaskoczenia i przy wielkim ryzyku. Tak, jak już to napisałem poprzedziło go rozpoznanie, a to znaczy, że Powstańcy wiedzieli gdzie jest najwięcej Niemców, a gdzie jest ich najmniej.
I tam właśnie zaczął się właściwy atak. Najpierw jednak, o 4 nad ranem rozpoczęła się kanonada od ulicy Czackiego w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, czyli natarcie pozorowane. Trwało ono 10 minut, a w tym czasie natarcie główne – biorący w nim udział żołnierze – mieli wysadzić furtkę od Kościoła św. Krzyża, znajdującą się od strony ul. Traugutta. Potem boczne drzwi od Kościoła, następnie wtargnąć do wnętrza i rozpocząć atak od lewej strony prezbiterium do nawy.
Żołnierze wychodzili na pozycje z piwnicy domu przy ul. Traugutta, do torowania drogi wysyłano dziewczyny – minerki. One zakładały ładunki i je odpalały. Potem wycofywały się z pozycji i do akcji ruszali żołnierze. W ataku na Kościół św. Krzyża wzięło udział 80 Powstańców, w samym kościele było około 30 Niemców. Czas, w jakim tych 80 znalazło się na pozycjach wyjściowych, czyli opuściło podziemie, wynosił 6 minut. To chyba był jakiś rekord świata w tej dyscyplinie.
Atak na nawę odbywał się w ciemnościach, nie było widać przeciwnika, Niemcy nic także nie słyszeli, żadnego z dwóch wybuchów za swoimi plecami. Wszystko zagłuszała kanonada od strony ulicy Czackiego. Niemcy z nawy zaczęli uciekać na Krakowskie Przedmieście, przez wybity w drzwiach Kościoła otwór, ustawiła się do niego kolejka, która majaczyła w ciemnościach. Jeden próbował rzucić granat, ale został zabity, W nawie zostało 6 trupów, wzięto dwóch jeńców. Na chórze cały czas ujadał karabin maszynowy. Próbowano go uciszyć granatami. Bez skutku. Obsługa w końcu uciekła na wieżę, skąd nie mogła już ostrzeliwać nawy. O 6.30 Kościół był zdobyty – bez strat.
No, ale teraz zaczęły się kłopoty. Na zewnątrz, było już widno. Niemcy walili z Pałacu Czapskich-Raczyńskich do wszystkiego co znajdowało się po drugiej stronie ulicy Traugutta, na atak jednak się nie zdecydowali. Powstańcy musieli zawalić czym się dało główne wejście do kościoła, żeby nie nastąpił kontratak od Krakowskiego Przedmieścia i ruszyć w lewo, podziemiami, na księżówkę i Komendę Policji. Okazało się, że żadnego przejścia nie ma. I to był dramat. Natarcie nie mogło się zatrzymać, bo każda sekunda przybliżała klęskę. Niemcy mogli się zorientować, co do celu akcji. Kościół został wyizolowany, i w razie kontrnatarcia Powstańcy mogli teoretycznie wrócić tak jak przyszli, ale była to mrzonka, bo zmasowany atak niemiecki na pewno zniszczyłby barykadę zamykającą wylot Traugutta i wszyscy w Kościele by zginęli.
Pomiędzy Kościołem, a tak zwaną księżówką powinno być przejście, ale nikt nie wiedział, gdzie ono się znajduje. W końcu wskazał je jeden ze starszych księży. Miało ono szerokość od 35 do 45 centymetrów i prowadziło „pod kaloryferami”. Nie wiemy co to znaczy, w każdym razie przejście nim było nie lada trudnością. Żołnierze przedostali się tam w upiornej ciszy i ciemnościach, kiedy dotarli do budynku księżówki, zaskoczyli Niemców całkowicie. W ogólnym huku, jaki rozbrzmiewał wokoło nie mogli się oni zorientować, że trwa atak od tyłu na ich pozycję. Powstańcy likwidowali więc stanowiska ogniowe w poszczególnych pomieszczeniach księżówki jedno po drugim. Czynili to za pomocą granatów i broni palnej. O godzinie 11.00 księżówka została zdobyta. Rozpoczął się atak na Komendę Policji. O tym, jak przebiegał, przeczytacie sobie w książce.
Ja zaś rozwinę wątek metaforyczny. Każde życiowe zadanie można opisać w sposób wskazany przez porucznika Piotrowskiego. Jego opis jest modelowy i powinien być przedmiotem analiz oraz znaleźć się w podręcznikach skutecznego działania. Zamiast tych amerykańskich dyrdymałów, które są tam teraz. Cała akcja trwała od 4 rano do 14.00. I zakończyła się sukcesem. I to mimo niemieckiego kontrataku ogniowego – z odległości kilku metrów, od ulicy Traugutta i kontrataku czołgowego od strony Krakowskiego Przedmieścia. Pozycja została zdobyta i utrzymana do 4 września, kiedy zaczął się zmasowany, niemiecki atak na cały kwartał. Autor tego projektu, bo trzeba rzecz nazwać, pomyślał o wszystkich, nawet bardzo drobnych szczegółach. Na przykład – żołnierze biorący udział w głównym natarciu wybiegli z podziemia w butach owiniętych szmatami. Na ulicy Czackiego, wśród oddziału pozorującego natarcie, znajdował się wydzielony oddział „podpalaczy”, zaopatrzonych w beczkę z ropą i jakiś szlauch z pompą, który posłużył do zapalenia budynków Komendy Policji. Kłopot był tylko z łącznością, bo główny planista prowadził natarcie na Kościół i wysyłała – przez łączniczki – wiadomości do dowódcy operacji, które niestety nie dochodziły.
Plan – powtórzmy – składał się z następujących elementów – wyizolowanie problemu, zmylenie przeciwnika pozorowanym atakiem, podzielenie natarcia na trzy fazy, cały czas koncentrując uwagę wroga na natarciu pozorowanym. Zdobycie poszczególnych budynków etapami. Odizolowanie oznaczało również to, że wróg nie słyszał – w ogólnym huku – co się wokół niego dzieje i skąd wyprowadzane są natarcia. Nie ułatwiali Niemcom tego rozpoznania także inni Niemcy, strzelający z terenów dzisiejszej ASP i z drugiej strony Krakowskiego Przedmieścia. Wszystko zostało wcześniej rozrysowane i opisane. Nie można pominąć jeszcze jednego wątku, mianowicie psychologii postaci, do czego Jan Piotrowski wraca uporczywie, co kilka stron. W dodatkach zaś wręcz podkreśla i wskazuje palcem, że kiedy oddział ma do dyspozycji niewiele broni, a główną siłę stanowią granaty samoróbki i butelki z benzyną, a przeciw czołgom otrzymany z dowództwa dzielnicy Piat z pięcioma nabojami, kwalifikacje dowódców, ich przyrodzone cechy oraz umiejętności stają się bronią równie skuteczną i ważną, co karabiny. Mnóstwo czasu poświęcił Jan Piotrowski na analizy charakterologiczne swoich podwładnych i kolegów. Znał ich dobrze i narzucił taki styl dowodzenia – poprzez skrócenie dystansu – by wychwycić ich najlepsze cechy i zrozumieć predyspozycje charakteru. Czyli stwierdzić do czego się nadają, a do czego nie. Miał na to niecałe trzy tygodnie. I wszystko zrobił jak należy. Poustawiał ich tak, jak trzeba. I o tym – myślę – o tym jacy to byli ludzie i czym się odznaczali powinien opowiadać wielki film o Powstaniu, który może ktoś kiedyś nakręci. Mam na myśli charakterystyki bojowe, a nie szkolne, poetyczne, czy uczuciowe, na których koncentrują się rozmaici autorzy piszący o Powstaniu dzisiaj. Módlmy się wszyscy, żeby taki film kiedyś powstał.
Na dziś to tyle. Przypominam, że wydałem specjalny numer nawigatora, poświęcony Powstaniu w Warszawie, z nigdy nie publikowanymi materiałami. I zamierzam w przyszłym roku powrócić do cyklicznego wydawania kwartalnika „Szkoła nawigatorów”.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/
I jeszcze ogłoszenia
W sobotę 5 września będzie konferencja w Drzonkowie (a nie w Zatoniu jak podawałem wcześniej) pod Zieloną Górą, a w piątek 4 września o 15.00 wystąpię, jak w zeszłym roku w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem i opowiem o okolicznościach śmierci króla Stefana Batorego.
Niestety mój kolega Sasza, dzięki któremu nagrywam pogadanki i promuję przez nie książki, nie poradzi sobie sam, z wynajęciem lokalu w kolejnym sezonie. Opisywałem jego sytuację wiele razy. Na razie udało się nam uzyskać tyle, że może płacić za lokal z miesiąca na miesiąc. Ja oczywiście rozumiem, że wszyscy są wkurzeni postawą polityków ukraińskich i zachowaniem niektórych uchodźców, ale te kwestie nie dotyczą naszej sprawy. Tak się złożyło, że Bóg doświadczył mnie opieką nad tą rodziną i ja nie za bardzo mam wyjście. Nie zostawię ich na bruku. Relacji z rodakami Sasza w zasadzie nie ma bo czas wolny poświęca dla córki, którą samotnie usiłuje wychowywać, pracując jednocześnie na Żeraniu w jakiejś ukraińskiej firmie. Do tego pomaga mi w promocji. Stosuneczki w tej firmie możecie sobie wyobrazić. Jeśli więc ktoś ma ochotę wspomóc moją zrzutkę, bo sam naprawdę nie dam rady tego uciągnąć, zważywszy na stale zmniejszającą się sprzedaż, będę wdzięczny.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification
Niezwykłe rozumienie wagi rozpoznania możliwości i umiejętności swoich ludzi. Czego można się spodziewać po każdym z nich. Bez wiedzy z kim ma się do czynienia, wszystkie akcje to tylko marnowanie środków. Strzelanie kulą w płot.