Autor wspomnień, które tu omawiamy od kilku dni – Jan Piotrowski – zwykle szczegółowo omawia akcje przeprowadzane przez swoich żołnierzy, a także ich morale i motywacje. Od pewnego momentu przestaje to czynić i to jest chyba ta chwila, kiedy porucznik Piotrowski traci wiarę w sens walk, a jedynie wykonuje rozkazy. Opisywany tu atak na Plac Piłsudskiego, nie przygotowany, przeprowadzany przez mur oddzielający przyległe do placu ulice od strony ulicy Traugutta, którego dziś nie ma, nie dawał szans na powodzenie. W zasadzie walczono granatami. Piotrowski posłał żołnierzy do walki i – jak to jest w regulaminie – czekał na efekty lub wycofanie się z atakowanego odcinka. Tymczasem najpierw powrócił ze szturmu żołnierz oderwaną przez granat dłonią, a następnie reszta, która nie mogła się przebić. Wielu było rannych.
Koniec nastąpił następnego dnia, kompania została rozbita, a jej resztki przesunięto na inne odcinki walki. Kwartał zaś – Świętokrzyska, Mazowiecka, Traugutta, Krakowskie Przedmieście, czy raczej to co zeń zostało, obsadzili żołnierze batalionu Gustaw, którzy przyszli kanałami ze Starówki.
Jan Piotrowski opisuje to w sposób lakoniczny, ale na tyle wyrazisty, byśmy zwrócili uwagę na szczegóły uzbrojenia. Oto z kanału przy Wareckiej wychodzą lekko ranni i kontuzjowani żołnierze kompanii Gustaw, którzy muszą się umyć i wyspać, choć przez godzinę, a za nimi wychodzi oddział AL. Wszyscy mają pepesze. I to jest spostrzeżenie niezwykłe. Wobec ogólnych kłopotów z bronią, ciągłego jej braku i niedoborów amunicji. Oddział AL został zaopatrzony w pepesze. Ciekawe, czy również w amunicję do nich, a jeśli tak, to gdzie znajdowały się magazyny tej amunicji?
Zagłada zaczęła się od nalotów i bombardowania. Kiedy żołnierze ruszyli na pozycje, porucznik Lewar spodziewał się, że nastąpi atak piechoty od strony ulicy Traugutta, tam bowiem stanowiska Powstańców stykały się z placówkami niemieckimi. I tam nie zrzucano bomb, koncentrując się na tak zwanym zapleczu, czyli miejscach do spania, szpitalu i kuchni, które zamieniały się stopniowo w piekło. Żołnierze na linii zaś czekali na atak piechoty. Nic takiego nie nastąpiło, a sam porucznik Lewar porzucił myśl o przestrzeganiu regulaminu. Zabrał łączniczkę, cztery butelki z benzyną i udał się do jednego z domów, by oczekiwać czołgów i sunącej za nimi piechoty. Najpierw zszedł do piwnic i tam zobaczył widok niezwykły. Jak gdyby nigdy nic, przy stole siedzieli żołnierze AL, każdy ze swoją pepeszą i nic nie mówili. – Wyglądali jak wyrzeźbieni – napisał Lewar. Nie miał on odwagi, by wydać im rozkaz do szturmu, choć wcześniej bardzo śmiało poczynał sobie z dowódcami NSZ, którzy znajdowali się w jego kwartale, ale nie chcieli się przyłączyć do AK. Być może zrozumiał, że ci, co siedzą w piwnicy i tak go nie posłuchają. Potem ruszył na piętro, by wypatrywać piechoty kryjącej się za czołgami.
Nic takiego nie nastąpiło. Podjechał najpierw Goliat, który bezskutecznie próbował sforsować jedną z bram. Nikt nie miał pomysłu, jak go unieszkodliwić. Padły strzały, posypały się butelki z benzyną, ale bez wyraźnego efektu. W końcu Goliat eksplodował, naruszając mury wokół stanowisk powstańczych. Potem nadjechały dwa czołgi – Pantera i Tygrys. Tygrys zarył w gruzie i kręcił się, jakby załoga nie potrafiła wyjechać z pułapki. Na piętrze znajdowało się pięcioro Powstańców w tym porucznik Lewar. Obrzucono czołg butelkami. Zapalił się. Chyba nikt nie spodziewał się eksplozji, która zawaliła cały budynek. Tygrys wybuchł, a gruzy po eksplozji przysypały wszystkich, którzy próbowali go zniszczyć. Potem porucznik Lewar opisuje już tylko próby wydostania się spod gruzów, co czynił całkowicie świadomie, albowiem nie stracił przytomności.
I teraz opiszmy, co to znaczy – być rannym w walkach powstańczych w Warszawie. Nie trafiony przez nikogo, a jedynie przysypany gruzem opadającego w dół piętra, podłogą i ścianami porucznik Lewar miał wgnieciony w twarz nos, jedno oko całkowicie zatkane kawałkiem cegły. Do tego pozdzieraną skórę z nóg i żebra oderwane od mostka, co stwierdzono później. Jedno z żeber było złamane. Bezpośrednio po zdarzeniu nie mógł chodzić, a potem chodził z trudem. Przeniesiono go do szpitala, a potem pod osłoną wątłej barykady, na pozycje batalionu Krybar, gdzie znajdował się szpital zgrupowania, przy ul. Konopczyńskiego 3/5. W tym szpitalu nie było już miejsca, a jego dowódca odstąpił mu pokoik w swojej kwaterze. Nie na długo, bo w ciągu kilku dni rozpoczęła się likwidacja zgrupowania Krybar. Pewnego dnia do budynków zajętych przez rannych i nieuzbrojonych cywilów, a takiego udawał ranny Lewar, weszli Niemcy. Najpierw palcami wskazali kogo trzeba rozstrzelać, a potem resztę wypędzili na podwórko. Jan Piotrowski wraz z jedną z łączniczek, obandażowany i bez żadnych elementów wskazujących iż brał udział w walkach ruszył na poniewierkę. Nie będę Wam zdradzał szczegółów. Skoncentruję się na tym, co się stało później. W Brwinowie, gdzie odbywała się selekcja ludzi przeznaczonych na wywóz do Niemiec i tych, którzy byli ranni, Lewar i łączniczka Irena, trafili – jako ranni – do transportu, który wyjechał na zachód i zatrzymał się na stacji w Suchedniowie. Tam ludzie wyszli z wagonów i nie wiedzieli co mają robić. Zajęli się nimi przedstawiciele RGO – Rady Głównej Opiekuńczej. Stamtąd Jan Piotrowski przedostał się do Bodzentyna, a następnie do miejscowości Końskie, gdzie znalazł opiekę, bo nie pracę, w nadleśnictwie. Syn nadleśniczego był dowódcą miejscowego oddziału AK. Lewar jednak nie nadawał się do lasu. W takich okolicznościach zastało go tak zwane wyzwolenie. I teraz ważna sprawa, w Końskich pojawił się jego dawny znajomy z Urzędu Miasta, gdzie pracował Lewar w czasie okupacji, komunista z przekonań i praktyki – Tadeusz Chojna -Wojkowski, którego biogramu nie mogłem niestety znaleźć. Został on starostą koneckim i zaproponował Lewarowi pracę w starostwie. Jan Piotrowski przyjął tę propozycję, narażając się lokalnym oddziałom leśnym. Mniejsza o dalsze jego dzieje, bo jak pamiętamy wylądował w końcu w Lęborku, jako przedstawiciele władzy ludowej, która organizowała życie na terenach opuszczanych przez Niemców. Zastanawiałem się wczoraj ilu było komunistów w strukturze urzędniczej stolicy i innych miast, w czasie niemieckiej okupacji? I czym dokładnie się oni zajmowali?
Do wspomnień Jana Piotrowskiego będziemy jeszcze wracać. Ja zaś postanowiłem opanować kryzys jaki nas ogarnął. Dzięki wydatnej pomocy niektórych kolegów, a trochę dzięki opisom działań, jakie znalazłem w książce Jana Piotrowskiego, postanowiłem wrócić do wydawania kwartalnika „Szkoła nawigatorów”. Nie będzie to łatwe, jak się domyślacie. Nie zaczniemy też na nowo naszej przygody od razu od cyklicznych edycji. Najpierw postanowiłem przygotować numer specjalny, potem może kolejny specjalny, a od wiosny przyszłego roku wznowić wydawanie tego periodyku. Zobaczymy czy nam się to uda. Na razie wydaliśmy numer specjalny, poświęcony oczywiście Powstaniu Warszawskiemu. Znajdują się tu nigdy nie publikowane lub publikowane dawno materiały dotyczące walk w Warszawie i postaw poszczególnych dowódców. Musiałem niestety podnieść trochę cenę, ale koszty rosną, przez tę okoliczność też zatrzymałem wydawanie kwartalnika.
Oto fragment tego, co jest w środku. Opis przebijania się oddziałów ze Starówki przez Ogród Saski, czyli ta część operacji, której nie mógł widzieć porucznik Lewar, albowiem jego atak na pozycje niemieckie przy u; Traugutta miał właśnie odciążyć opisywaną tu akcję.
Przebijanie się oddziałów Starówki
W międzyczasie dowódca Grupy Północ opracował plan przedarcia się do Śródmieścia „górą”, wypadem przebojowym przez pozycje niemieckie. Pozycje wypadowe obrano na terenie Pododcinka kpt. Gozdawy, tj. na redutach Banku Polskiego i reducie Matki Boskiej.
Wszystkie większe oddziały uzbrojone zgrupowano w rejonie domów przy ulicy Hipotecznej 3 i 5, Kina Miejskiego i na reducie Matki Boskiej.
Kierunek osi przedarcia obrano: Bielańską, Senatorską, Tłomackie, plac Bankowy, Elektoralna i Hale Mirowskie.
Przy samych Halach miało nastąpić połączenie naszych oddziałów ze Starówki z oddziałami ze Śródmieścia. Na dowódcę oddziałów wypadowych wyznaczono kpt. Gozdawę, zaś dowódcą szpicy bojowej obrano kpt. Prusa, a jego zastępcą por. Domańskiego. Por. Ogórek z por. Bartkowskim, por. Lechem, por. Szczerbą, ppor. Komarem, ppor. Sokołem zajęli pozycje wypadowe na reducie Długa – Bielańska, obok słynnego „otworu”.
Płk Wachnowski, dowódca Starówki, objął swoje m.p. wraz ze sztabem w domu nr 3 przy ulicy Hipotecznej (kwatera Pododcinka Gozdawy), tamże przybył z pocztem mjr Sosna. Kpt. Ognisty wyznaczony został na dowódcę straży tylnej i w tym celu miał pozostać z oddziałami na miejscu tak długo, aż po udanym przebiciu zostaną ewakuowani pozostali ranni i oddziały nieuzbrojone oraz gdy oddziały przebijające się dotrą do Hal Mirowskich.
Dodać należy, że Hale Mirowskie i cały przyległy teren z Ogrodem Saskim i placem Teatralnym były opanowane przez siły nieprzyjaciela.
Uzgodniono, że uderzenie nasze miało być wspierane oddziałami ze Śródmieścia w kierunku Hale Mirowskie.
Na dwie godziny przed uderzeniem wysłany został ze Starówki oddział wypadowy w sile około 90 ludzi drogą podziemną, tj. kanałami, w kierunku na plac Bankowy z zadaniem zorganizowania przyczółka i opanowania placu Bankowego przez zlikwidowanie stanowisk nieprzyjaciela.
Przed rozpoczęciem natarcia kpt. Ognisty melduje się u płk. Wachnowskiego, który poleca mu osobiście sprawdzić wszystkie barykady i stanowiska reduty Miodowa – Senatorska – Ratusz – Kanoniczki – Bank Polski i Długa – Bielańska oraz dopilnowanie, aby załogi (zmniejszone) nie opuszczały stanowisk i trwały tak długo, aż otrzymają specjalny rozkaz oderwania się od nieprzyjaciela.
Tymczasem na podwórkach Hipoteczna 3 i 5 i w okolicznych bramach jest zgrupowana masa wojska.
W tym czasie przeleciały nad ulicą Hipoteczną kilka razy samoloty nieprzyjaciela, lecz chyba nie dostrzegły dużego zmasowania wojska, bo już mrok zapadał.
O godzinie 22 ściągały na ulicę Hipoteczną dalsze oddziały. Zgrupowania ustawiają się według ustalonej kolejności. Napływają również grupy ludności cywilnej, pragnącej przejść pod osłoną wojska do Śródmieścia.
Patrząc teraz na Stare Miasto widać na każdym kroku sterczące szkielety rozbitych domów. To, co przed miesiącem jeszcze tętniło życiem, teraz zostało obrócone w perzynę. Cała roślinność wraz z drzewami przestała istnieć. Nawet psów, kotów, i gołębi nie widzi się na ulicach.
Każdy z utęsknieniem oczekiwał momentu uderzenia, aby połączyć się ze Śródmieściem, gdzie walka będzie łatwiejsza. Każdy z nas zdawał sobie z tego sprawę, że gdy zdołamy zebrać taką siłę ognia, która wyrąbie przejście, wtedy możemy liczyć na powodzenia. Kilka tysięcy wojska i parę tysięcy ludności cywilnej czeka na moment uderzenia i na moment wyruszenia oddziałów do natarcia, ponieważ zjawiły się samoloty i zachodziła obawa, że będą nas bombardować. Saperzy w Banku Polskim przygotowują pośpiesznie materiał wybuchowy do wysadzenia ściany w Banku Polskim na ulicę Bielańską, ale więcej skierowanej na Pałac Radziwiłłów. Sądzę, że wybór miejsca przebicia ściany na stronę Pałacu Radziwiłłów nie był szczęśliwy.
Kpt. Gozdowa sprawdza oddziały i wydaje rozkazy przygotowawcze.
O godz. 3.30 z godzinnym opóźnieniem wystrzelono rakietę, która oznajmiła powstańcom rozpoczęcie natarcia.
Wybuch miny spowodował otwór w ścianie północnej. Kpt. Prus i por. Domański krzyczą: „Naprzód marsz!” Pierwsze oddziały w silnym zrywie sforsowały ulicę Bielańską mimo silnego zaporowego ognia. Zapalone pochodnie w Banku Polskim dają łatwy cel Niemcom z Pałacu Radziwiłłów. Kierują teraz ogień na wybity otwór w murze. Kpt. Prus słania się i krzyczy: „sanitariuszka”. Dobiegła jedna i druga. Znoszą kpt. Prusa – jest ranny w szyję. Pomagam usunąć kapitana z otworu. Oddziały, które sforsowały otwór przy przejściu przez ulicę Bielańską, zostały sparaliżowane ogniem zaporowym. Ci, co przebiegli na drugą stronę Bielańskiej, w ruiny, są wszyscy ranni. Zabitych wielu zostało na samym środku ulicy. Ulica nie była wcale zabezpieczona. Wystarczyło przygotować kilkadziesiąt worków z piaskiem i zrobić z nich ścianę od strony placu Teatralnego i od strony ulicy Długiej i wszyscy kolejno przeszliby gruzami poprzez Senatorską na drugą stronę w kierunku kościoła i Ogrody Saskiego i dalej Zimną na Hale Mirowskie.
Jednemu tylko oddziałowi udało się przejść Ogród Saski. Dowodził tym oddziałem mjr Jan. Kierunek jego natarcia prowadził przez plac Teatralny i Ogród Saski. Była to nieliczna grupa, która dotarła do ulicy Królewskiej tylko dzięki temu, że była prawie identycznie umundurowanie jak Niemcy. Wypad mjr. Jana był tak brawurowy, że żołnierze niemieccy początkowo nie byli zorientowani, sądząc, że mają do czynienia z własnym oddziałem Wehrmachtu.
Grupa wypadowa, która poszła kanałami na plac Bankowy, nie spełniła zadania, bowiem po przedostaniu się na wierzch znalazła się w ogniu nieprzyjacielskich placówek rozmieszczonych w namiotach. Ci, którzy wyszli na plac Bankowy, zginęli wszyscy. Miejsce wyłazu znajdowało się nieomal na środku placu i było odsłonięte ze wszystkich stron.
Również nie udało się natarcie naszych oddziałów ze Śródmieścia w kierunku na Hale Mirowskie. Po otrzymaniu tych meldunków kpt. Gozdawa zameldował Dowódcę Zgrupowania, mjr. Sośnie, że przedarcia zostały zaryglowane niezwykle silnym ogniem nieprzyjaciela.
Oto linki do obydwu wydawnictw:
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/
No i ogłoszenia
W sobotę 5 września będzie konferencja w Drzonkowie (a nie w Zatoniu jak podawałem wcześniej) pod Zieloną Górą, a w piątek 4 września o 15.00 wystąpię, jak w zeszłym roku w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem i opowiem o okolicznościach śmierci króla Stefana Batorego.
Niestety mój kolega Sasza, dzięki któremu nagrywam pogadanki i promuję przez nie książki, nie poradzi sobie sam, z wynajęciem lokalu w kolejnym sezonie. Opisywałem jego sytuację wiele razy. Na razie udało się nam uzyskać tyle, że może płacić za lokal z miesiąca na miesiąc. Ja oczywiście rozumiem, że wszyscy są wkurzeni postawą polityków ukraińskich i zachowaniem niektórych uchodźców, ale te kwestie nie dotyczą naszej sprawy. Tak się złożyło, że Bóg doświadczył mnie opieką nad tą rodziną i ja nie za bardzo mam wyjście. Nie zostawię ich na bruku. Relacji z rodakami Sasza w zasadzie nie ma bo czas wolny poświęca dla córki, którą samotnie usiłuje wychowywać, pracując jednocześnie na Żeraniu w jakiejś ukraińskiej firmie. Do tego pomaga mi w promocji. Stosuneczki w tej firmie możecie sobie wyobrazić. Jeśli więc ktoś ma ochotę wspomóc moją zrzutkę, bo sam naprawdę nie dam rady tego uciągnąć, zważywszy na stale zmniejszającą się sprzedaż, będę wdzięczny.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification
