Wiem, że Was to nie interesuje, ale mnie bardzo. Uważam bowiem, że przed naszymi oczami po raz kolejny odegrany będzie jakiś nieszczery spektakl, który zdewastuje wrażliwość czytelników i odstręczy ich na długo od czytania i konsumowania treści obecnych w sieci.
Pokolenie ludzi, którzy w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych dorobili się na rynku książki SF, próbuje bowiem skonsumować swój sukces raz jeszcze zawalając przestrzeń wspominkami, refleksjami zalatującymi zdechłym szczurem i lamentem po wielkich, którzy odeszli. Jest to sakralizacja biedy. I nie pierwszy raz się to w Polszcze naszej czyni. Na tym też polega niewola, z której nie umiemy się wydobyć, że żyjemy wspomnieniami z lat nędzy i upadku. I za nic nie damy się przekonać, że taka postawa nie ma sensu. Najwyraźniej widać to właśnie w tych momentach, kiedy dochodzi do jakichś ocen estetycznych. I ja nie sięgnę teraz po przykład z literatury, ale z architektury. Mamy masy całe różnych estetów, którzy o odbudowywanych obiektach historycznych, gdzie mieszczą się hotele, jakże przecież przyjemne i otwarte, mówią z pogardą – Disneyland. Na zamek Neuschwanstein też tak mówią, choć powstał on przed Disneylandem zbudowanym na jego wzór. No, ale chodzi o to, by wyszydzić fantazję inwestora i architekta, zrównać ją z budownictwem cygańskich królów i siedząc w jakimś betonowym chlewie cieszyć się swoją rzekomą wrażliwością.
To jest wprost schemat pokazujący jak wrażliwość została zdewastowana przez komunę. I to jest też wyraz szczególnego bardzo nieuctwa.
Takiego wątku żaden pisarz SF nie wykorzysta, nie przeniesie tego w kosmos i nie powie – ludzie, możecie żyć naprawdę! No, nie przesadziłem – Machulski w „Seksmisji” tak zrobił. No, ale to było dawno i żaden prawdziwy wielbiciel fantastyki takich rzecz poważnie nie traktuje. Są to bowiem, wszyscy jak jeden, wielbiciele paździerza. A do tego kłamcy. To bardzo łatwo poznać, oglądając programy i wywiady, których bohaterem jest zmarły przed ćwierć wiekiem Janusz Zajdel, idol wszystkich miłośników fantastyki. Obejrzałem sobie wczoraj program o nim, który prowadził Werner z jakimś zezowatym, a odpowiadał na pytania Gociek i jeszcze jeden pan, którego nazwiska nie zapamiętałem. Wszyscy starali się mówić o Zajdlu jako o skończonym geniuszu. Nieszczerość Piotra Goćka jest jednak tak wyraźnie widoczna na jego twarzy, a słabość warsztatowa Zajdla była tak wielka, że niczego nie dało się ukryć. Do tego jeszcze – jak na urągowisko – puszczali fragmenty niemożliwie nędznej, nie nadającej się do grania sztuki na motywach powieści Janusza Zajdla zatytułowanej „Paradyzja”. Ta bieda polegała na tym, że aktorzy prowadzili ze sobą długie dialogi, z których wyniknąć miało to, że żyją oni w kłamstwie. Też mi spostrzeżenie i odkrycie. Akcja polega na tym, że na tę całą Paradyzję przybywa z Ziemi pisarz i ma opisać jak tam jest naprawdę. Czyli zdemaskować ten niby raj. No i siedzący w studio z wielkim zapałem przekonywali widzów, że chodziło o demaskację komunizmu. Nie, nie o to chodziło. Zajdel pod koniec lat siedemdziesiątych pojechał na stypendium do USA, tam zobaczył plastikowe karty z kodem, którymi otwierało się pokoje hotelowe, zobaczył karty rabatowe do pizzerii, a także inne zdobycze cywilizacji, a potem przeniósł to w kosmos i zdemaskował jako fałszywy raj. Dyrdymały o tym, jakoby walczył z komuną można sobie włożyć wiadomo gdzie. W czasie kiedy autorzy SF „walczyli z komuną” w mieście stołecznym, miejscowa inteligencja podawała sobie do przeczytania, w wielkiej tajemnicy, wspomnienia Edwarda Woyniłłowicza. Choć nawet nie to, bo takie rzeczy miały miejsce w latach dziewięćdziesiątych. Gdyby dekadę wcześniej ktoś takie wspomnienia zobaczył sam poleciałby na milicję i złożył je tam w depozycie, żeby dostać pochwałę i medal.
Janusz Zajdel też dostał medal, można o tym przeczytać w wiki. W roku 1975 otrzymał medal „za zasługi dla obronności kraju”, dostał go za scenariusze do filmów oświatowych. Ciekawe jakie to były filmy? Może ktoś potrafi je znaleźć?
Zebrani w studio panowie cały czas upierali się, że Zajdel oszukiwał cenzurę, a pokazywany w przebitkach Marek Oramus, wręcz upierał się, że cenzura to byli jacyś nierozgarnięci durnie, którym zdawało się, że jak bohaterowie nie nazywają się Stasiek, Mietek i Maurycy, a – na przykład – Mel, Stella i Jo – to sprawy nie ma i można puszczać, bo to nie o Polsce. Dodam w tym miejscu, że wszyscy pokazywani w tym programie – starym przecież, bo sprzed dwóch lat – ludzie uważają siebie samych za wyjątkowo bystrych i przenikliwych. To jest tak żenujące, że aż szczypie w oczy.
Wmawiają nam na przykład, że w roku 1980, Zajdel, przeleciawszy pod radarami cenzury – takich określeń używają – otrzymał od ministra kultury nagrodę za powieść „Cylinder van Troffa”. W roku 1980 ministrowie kultury wręczali pisarzom SF, których dziś publiczność uważa za margines literackiego świata nagrody, rozumiem, że pieniężne? Wszystko przez to, że ten dureń minister i jego słudzy cenzorzy nie rozumieli o czym jest powieść Zajdla. Urzekła ich ona formą literacką i głębią opisanych postaci. Konteksty zaś umknęły im całkiem. Dlaczego współcześni ministrowie kultury tego nie czynią?! Oto zagadka! No, ale dobrze, może sprawdźmy, kto w roku 1980 był tym ministrem kultury. Oto do października tego roku funkcję tę pełnił Zygmunt Józef Najdowski, mniejsza o jego przeszłość, ważne są lata osiemdziesiąte, czytamy co on tam wyczyniał i robi się trochę dziwnie. Oto bowiem: W czerwcu 1981 domagał się siłowych rozwiązań wobec „Solidarności” . Po roku 1989 zaś:
Był członkiem założycielem i pierwszym sekretarzem krajowego Stowarzyszenia Marksistów Polskich. Współtworzył także partię Związek Komunistów Polskich „Proletariat”. Nie ma jednak pewności, że to on dał Zajdlowi nagrodę. Mógł to zrobić jego następca, a był nim Józef Tejchma, który objął stanowisko ministra kultury w październiku 1980 roku. No, ale postaci pana Józefa to nawet nie trzeba nikomu tu przypominać. Jak klikniemy w ten Związek Marksistów, to w końcu się w końcu doklikamy do prof. Kochana, znanego nam dzisiaj ideologa lewicy, który napisał książkę „Życie w Matriksie” nawiązującą chyba do twórczości SF.
No dobra, ale wracajmy do Zajdla. Wszyscy podniecają się tym, że jego twórczość to nurt fantastyki socjologicznej, która krytykowała komunizm. Za oknem strajki, powstaje Solidarność, kolportowane są gazetki i ulotki, a małoletni siedzą i czytają Zajdla bo to taka demaskacja ustroju, tak? Gociek jest z tego samego rocznika co ja, kiedy umarł Zajdel miał 16 lat. O książkach tegoż Zajdla dowiedział się, tak jak i ja z programów telewizyjnych, które lansowały na chama tę całą fantastykę. Półki w bibliotekach były tym zawalone. Pożyczałem to także, ale jakoś mnie ten nurt nie wciągnął. Może przez swoją masowość właśnie. Przypomnę, że Lech Jęczmyk, który był wówczas człowiekiem decydującym o tym co z nurtu SF będzie się ukazywać a co nie, wydał pod patronatem „Czytelnika” sześć tomów antologii SF, gdzie pomieścił autorów radzieckich, amerykańskich, a także kilku polskich. SF była jednym z głównych nurtów w literaturze schyłkowego komunizmu. I jej misja z pewnością nie polegała na tym, o czym durzą nam tu zgromadzeni w studio przed dwoma laty „intelektualiści”.
Nie będę dziś tego zgłębiał, ale jak pójdziemy tropami tych ministrów kultury, wprost w wiki, ujawnią się ciekawe rzeczy. Ja dziś dokonam pewnego porównania. Na YT można znaleźć fragmenty prozy Zajdla w formie audiobooków. Jeden zaczyna się tak, że główny bohater ma sen, widzi w nim jakąś swoją znajomą, bez ubrania, a za nią jakiegoś pana bez twarzy. On sam też nie ma twarzy, ale ma na niej numer. O ile pamiętam – 11, tamten ma numer niższy – 4. Odprowadza mu on tę dziewczynę gdzieś na bok, a w jego kierunku rzuca kartkę, która okazuje się zestawem bonów żywnościowych. Bardzo fajne i ciekawe, w sam raz dla otłuszczonych szesnastolatków szukających spełnienia na obozach harcerskich.
Otworzyłem sobie też wczoraj Herodota, bo różne pomysły chodzą mi po głowie, a do systematycznej pracy jakoś zabrać się nie mogę. Pierwsza księga zaczyna się od ustalenia, kto pierwszy porwał księżniczkę i skąd. A porwania odbywały się w następującej kolejności: Fenicjanie Lidyjczykom, Kreteńczycy Fenicjanom, Hellenowie Kolchom, Trojanie Hellenom. Po co Herodot zajmuje się takimi duperelami? Bo ważne jest kto te dziewczyny zapłodnił. Ten bowiem kto to zrobił może wysuwać roszczenia do władzy nad całym znanym światem. Chodzi więc o ustalenie czy to Europa czy Azja jest cywilizacyjnie, kulturowo i finansowo lepsza. I to są poważne sprawy. Myślę nawet, że mógłbym napisać taką antologię a la Lech Jęczmyk – „Opowiadania fantastyczne na podstawie Herodota”. Co o tym myślicie? Fajny pomysł?
Macie tu link do programu o Zajdlu, ale nie musicie się tym katować. Umieszczam to, żebyście mogli sprawdzić czy mam rację.
https://www.youtube.com/watch?v=UrF3F7ViJAE&t=1995s
Dziś, jak wczoraj mamy nową odsłonę naszej promocji. Trzy tytuły w obniżonych cenach do jutra rana. Jutro znów trzy nowe i tak do końca lipca.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-23/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/piotr-skarga-w-dziejach-i-literaturze-unii-brzeskiej/
porownanie autorow sf z architektami b. trafne. nic dodac. podobanie sie ruinom najlepiej widac na dolnym slasku. nieprawdopodobne ilosci palacow willi kosciolow i innych obiektow architektonicznych w ruinie albo tuz przed ciesz sie nieslychanym wzieciem publicznosci. cos musi w tym byc ze ludzie jakby sie cieszyli i widzieli atrakcje w tych dogorywajacych obiektach. kiedys usprawiedliwiano ta celowa dewastacje socjalizmem i likwidacja prawa wlasnosci dekretami bieruta. teraz jednak niby wlasnosc jest przywrocona a dewastacje architetonicznych dziel postepuja w geometrycznym postepie. zlosliwi twierdza ze to specjalnie na zlosc niemcaom inni ze tylko ruiny satysfakcjonuja intelektualna elite popeerlowska.
moze to zazdrosc tych swiezo upieczonych architektow socjalistycznej proweniencji o cos czego nie tylko nie sa w stanie stworzyc ale nawet zrozumiec. mowi sie ze upadek rzemiosla tez sie temu przysluzyl. no prosze sobie wyobrazic porecz klatki schodowej albo wygodne schody. to juz nie wroci. pisarze sf albo byli pisarze sf sa dokladnie tak jak architekci zepsuci bylejakoscia wyksztalcenia i kultury, wiec byc moze zauwazyli po latach jak zalosna tworczosc to byla i probuja sie usprawiedliwiac antykomunizmem. o ile jednak wypociny sf mozna przemielic o tyle budynek czy obiekt niestety.
To debile nie elita
I fascynacjami jeszcze są zepsuci…
Nie mogę sobie przypomnieć nikogo poza Lemem. O Zajdlu usłyszałam po wielu wielu latach. Chyba nawet coś przeczytałam. Czytało się zachodnie SF. Asimov, kilku innych.
Najpierw taki nurt trochę katastroficzny. Np Dzień Tryfidów.
Ciekawie było by zobaczyć, do kogo, do jakiego pokolenia były adresowane te polskie produkcje.