O postaci takiej jak Józef Sawa Caliński, nie pamięta dziś nikt prócz Jacka Kowalskiego, który napisał o nim piękną pieśń. Jego wizerunki nie istnieją, a wyczyny poszły w zapomnienie. Poematu Beniowski ludzie już nie czytają, nie czytają także Rzewuskiego Pamiątek Soplicy. Gdyby czytali, zauważyliby pewną prawidłowość. Im bliżej literaturze do czasów postrzeganych jako mityczne, tym mniej opisów heroicznych postaw ona zawiera. To znaczy ludzie są bardziej ludźmi, ze wszystkimi ich przywarami. Dopiero kiedy ci, co ich znali, albo znali tych co ich znali, umrą zaczyna się budowa legend. W Polsce niekwestionowanym mistrzem w ich tworzeniu był Henryk Sienkiewicz, który w swoje własne problemy i frustracje ubrał głównych bohaterów swoich powieści. I na pierwsze miejsce wysunął kwestię, dość w czasach przezeń opisywanych prostą do załatwienia. Chodzi mianowicie o ożenek i niemożność skonsumowania związku, w czym przeszkadzają wojny, najazdy i intrygi osób wpływowych. Tej wizji ulegliśmy na długo i dziś dopiero się spod jej wpływu wydobywamy. I to jest czas najwyższy. No, ale nie o tym będzie dzisiejszy tekst.
Sienkiewicz stworzył malowniczy obraz Ukrainy i Ukraińców, przede wszystkim Bohuna, ale także Chmielnickiego. I ten obraz, akceptowany, ale także odrzucany przez wielu, istniał w świadomości zbiorowej długo. Choć praktyka XIX wieku pokazywała, że żaden Ukrainiec ani tak nie wygląda, ani się w taki sposób nie zachowuje. Przeciwnie, wszystko to są chytre na pieniądze groszoroby, o nisko zawieszonym horyzoncie politycznym, osoby bardziej podobne do Kargula i Pawlaka, dla których otwierają się w Ameryce różne perspektywy. I żaden nie przypomina stepowego watażki. Ich konflikt z Polakami jest chroniczny i wynika z odmiennej perspektywy cywilizacyjnej. Tak, jak to już tu wielokrotnie pisałem, doktrynalnie Ukraińcy są rewolucjonistami. Wynika to z ich historii, która spleciona z polską, ale także moskiewską, była jednak od obydwu tych wersji różna. Siebie samych postrzegają Ukraińcy jako ciemiężony lud, który może wysuwać w zasadzie każdy rodzaj roszczeń. I ten mechanizm możemy obserwować w poczynaniach polityków ukraińskich. Możemy też wskazać, którzy z tych polityków cieszą się popularnością, a którzy nie. Ci, co proponują rewolucję i redystrybucję dóbr i nieruchomości są popularni, ci zaś co chcą się porozumiewać z Polakami i uznać ich za cywilizację wyższą, ale też taką, która może podnieść znaczenie i kulturę samych Ukraińców nie są popularni wcale. Czyli – podsumowując – Ukraińcy woleli bolszewicką rewolucję niż pokojową koegzystencję z Polakami, bo to przeczy uzasadnieniu ich istnienia na ziemi czyli permanentnej rewolucji. Nasi bracia dobrze się czują na obczyźnie, w krajach takich jak Kanada czy USA, bo tam mogą konkurować z innymi nacjami, do których poziomu aspirują i pokazywać całemu światu, że są od wszystkich lepsi. Ani w Rzeczpospolitej, ani w Moskwie nie było to możliwe. Moskwa bowiem proponowała im asymilację oraz wyczuwała potencjał, który był poważnym zagrożeniem, a Polacy chcieli, żeby Ukraina wreszcie się uspokoiła. Ona jednak nie mogła się uspokoić, albowiem stale dostawała propozycje podtrzymujące w duszach jej mieszkańców ogień rewolucji i w nic poza rewolucją nie wierzyła. No, ale wróćmy do tych wizerunków filmowych i literackich. Poza Sienkiewiczem, a wcześniej Słowackim i Rzewuskim w zasadzie ich nie ma. Dziś Ukraińcy opisują historię swojego kraju tak, jakby nigdy nie było tam Polski i Polaków. Polacy zaś, w pewnym momencie przestali w ogóle opisywać siebie i swoje otoczenie na Kresach. Nie wiemy więc do dziś jak kształtowały się relacje pomiędzy dworem a wsią. Nie wiemy bo nie czytamy wspomnień gdzie takie rzeczy są zrelacjonowane. A nie czytamy, bo wystarczy nam wiedza na poziomie Sienkiewicza i opowieści o UPA.
Przed wojną tematy ukraińskie nie były modne, a po wojnie była ruska okupacja i nie można było pisnąć słowa, nawet o Wołyniu. Jako temat literacki, różny od wariantów XIX wiecznych Ukraina nie istniała. Teraz może istnieje w jakichś reportażach, ale ich moc jest znikoma, a podejrzewam też, że są to utwory raczej kokieteryjne i przymilne, a prawdy nie ma w nich za grosz.
Nie inaczej rzecz ma się z filmem. Ukrainiec w polskim filmie to albo kozak, albo banderowiec. Sami Ukraińcy nie są zainteresowani zmianą tego wizerunku, bo Polska, jako punkt orientacji po prostu się dla nich nie liczy. Żyją rozbudzonymi aspiracjami, albo są pogrążeni w jakichś biedach, które przygotowali dla nich ich aspirujący rodacy poprzebierani za stronnictwa polityczne, ale zjednoczeni – jak zawsze – pod leninowskim hasłem „grab zagrabione”. Dodam tu, że poczucie krzywdy ma równie istotne miejsce w świadomości Ukraińców, jak szlachetna rewolucja. I nie muszę już dodawać, że wizje jakie oni produkują w związku z tym poczuciem krzywdy nie mają ani jednego punktu stycznego z realiami politycznymi Europy, ani też z tym, o czym my tu gadamy bez przerwy, to znaczy z takimi redakcjami dziejów, które przybliżają nas do prawdy. W chwili kiedy okaże się, że drogi Ukrainy i Europy jednak nie dają się w prosty sposób połączyć, Ukraińcy na nowo zamienią się w bolszewików. Kiedy to nastąpi, nie wiem, ale Rosjanie na tę okoliczność na pewno wyrychtują dla nich jakąś ofertę.
Kto grał Ukraińców w polskich filmach? Najważniejszą rolę czyli sotennego Chrynia, zagrał u Petelskich Leon Niemczyk. W filmie kręconym przez mentalnych bolszewików Niemczyk zagrał Ukraińca. To nawet zabawne jeśli opisze się rzecz w ten sposób. W zapomnianym już całkiem filmie Śniegi płyną, rezunów zagrali Siemion i Łomnicki, co było dość ciekawe. Nie wiem dlaczego film ten nie pojawia się w serwisie Filmweb, a za to pojawia się inny film, nakręcony na podstawie książki Bratnego – Zerwany most. Dość to zaskakujące. Był to chyba – mam na myśli film z Siemionem i Łomnickim – jedyny poruszający tematy ukraińskie obraz nakręcony w latach siedemdziesiątych. Potem Ukraina przestała w polskiej świadomości istnieć na dwie dekady. Pojawiła się dopiero w latach dziewięćdziesiątych, jako odkrywany przez młodzież folklor. Sami Ukraińcy zaś zaczęli tworzyć różne mity na swój temat, próbując – w swoich własnych wyobrażeniach – dogonić czas, czyli nadrobić różnice kulturowe, cywilizacyjne i w zasadzie każde, pokazując światu, że sroce spod ogona nie wypadli. Miało to ciekawe konsekwencje, często komiczne, a czasem groźne. Podstawy doktryny polityczne jednak się nie zmieniły – rewolucja i poczucie krzywdy nadal w nich dominują. I tłumaczą w zasadzie wszystko, co nie jest cywilizacyjnie i moralnie akceptowane, a obecne jest w historii i polityce Ukrainy. Czy to się zmieni? Nie sądzę, bo ludzie rzadko widzą czyhające na nich pułapki. Chcą za to wierzyć w swój spryt i nieprzeciętną inteligencję. No nic, z tym Was dzisiaj zostawiam i dołączam pogadankę, którą nagrałem w zupełnie innym miejscu niż dotychczasowe.