lip 152026
 

Jak wszyscy, czytający ten blog pamiętają, jedną z finałowych scen powieści Łuny w Bieszczadach, Jana Gerharda jest szarża oddziału ormowców prowadzonych przez starego szlachcica Dwernickiego, na żołnierzy podziemia niepodległościowego dowodzonych przez Antoniego Żubryda. Ci bowiem zaczęli mordować ciężarne klacze. To zaś wywołało wściekłość szlachetnych ormowców.

Nazwanie tego hucpą to jest nieśmieszny żart. Wielu ludzi jednak uwielbia tę książkę,  smakuje ją jak dojrzały owoc i nie chce zrozumieć, że autor to oszust i prowokator. Dotyczy to, rzecz jasna mężczyzn w pewnym wieku, bo kobiety – w większości – są na takie historie odporne. No, ale z facetami jest różnie. Piszę o tym, bo za takimi numerami kryją się niekiedy naprawdę poważne szwindle. Trudno zaś przypuszczać, by ktokolwiek z osób czytających z wypiekami na twarzy książkę pułkownika Gerharda, mógł pojąć jak one działają. A działają przede wszystkim na masy. Jan Gerhard wykorzystał w sposób znamionujący znajomość psychologii wszystkie chwyty, wobec których niewyrobiony czytelnik powieści drukowanej w setkach tysięcy egzemplarzy, jest bezradny. Nikogo bowiem nie interesuje kto szarżuje i na kogo, ale wszyscy widzą tę straszną niesprawiedliwość, czyli śmierć pięknych koni, którą zadają tym koniom bandyci. Jacy znowu bandyci? Oddział Żubryda, to w tej książce Oddział Serca Gorejącego Pana Jezusa. Opisany w sposób szyderczy, podobnie jak samo serce. I co? Nikogo to nie rusza? Powiem Wam, że nie, bo co jakiś czas wdaję się w polemikę na ten właśnie temat. Może i książka Gerharda jest komunistyczna, ale jakie opisy, jakie postaci! No więc przypominam szarżę ormowców na białych koniach, w dół zbocza, ale wtedy okazuje się, że to nie ważne. To znaczy ormowcy nieważni, szarża ważna. Wierzcie mi – książka to potęga, a jej współczesna degradacja następuje, albowiem ludzie, pragnący koncentrować na sobie uwagę tłumów nie potrafią pisać. I na inne metody komunikacji nadszedł czas. Na przykład na pomniki. Jak wiecie jestem krytykiem dzieł Pityńskiego, a pomnik w Domostawie uważam za szkaradzieństwo. I wczoraj w związku z tym musiałem się nawet wdać w obronę tego durnia Wolskiego, bo wystarczyło, że on też zaczął krytykować pomnik, a wokół zjawiła się gromada ludzi, którzy wcześniej zachowywali się normalnie, a teraz gotowi byli go rozszarpać, bo mu się to dziecko na widłach nie podobało. I na tym przykładzie dobrze widać, jak kategorie estetyczne splecione są z emocjami i jakie efekty wywołują. Ludziom się zdaje, że to odlane ze spiżu dziecko jest prawdziwe i oni muszą go bronić, bo każda krytyka spowoduje kolejne zbrodnie. Dokładnie tak samo, jak w przypadku szarży ormowców, w której każdy chciałby uczestniczyć, ale nie rozumie że zanim dojdzie do takiej szarży trzeba się nauczyć jeździć konno, a w czasie samego ataku w dół zbocza można zlecieć, pardon, na dupę i nieźle się potłuc.

Dodam też, że od prawdziwych zbrodni, prawdziwych trupów i prawdziwego męczeństwa wszyscy admiratorzy pomnika w Domostawie odwróciliby się z przerażeniem i wstrętem. Bo ich wrażliwość by tego nie wytrzymała. Na to przebite widłami dziecko gapią się jednak bez lęku, bo uważają, że ono nie dewastuje ich wrażliwości. Otóż dewastuje i jeszcze ma właściwości hipnotyczne. A przypomnę, że nie można oddawać czci bałwanom. No chyba, że samemu się jest bałwanem. Tak, jak napisałem – pomnik w Domostawie to miejsce gdzie gromadzić się będą prowokatorzy i miejsce którym szantażować się będzie polityków. Już do tego dochodzi, bo padają pytania – a dlaczego pan nie był w Domostawie tego i tego dnia? A dlaczego miałby być? Pomnik ten ponadto nie jest hołdem złożonym pomordowanym, ale kpiną z tych pomordowanych. I to jest akurat dość łatwo wskazać, choć pewnie udowodnić trudniej, bo jak ktoś marzył o tym, by szarżować z ormowcami w dół zbocza na żołnierzy z Oddziału Serca Gorejącego, to nie pojmie tego za Chiny Ludowe. Przypomnijmy jednak po raz kolejny, że kiedy przywieziono do plądrowanego przez Moskwicinów Pińska ciało św. Andrzeja Boboli, straszliwie zdewastowane przez kozaków Antona Zdanowicza, przeor kazał je schować w piwnicy, żeby przerażenie nie zainfekowało serc i umysłów młodych zakonników. Nie wystawił go na widok publiczny, nie powiedział – zobaczcie co mu zrobili. I nie dramatyzował przy tym widowiskowo. Bo nie chciał wypełniać serc strachem. Pityński zaś z wielką ochotą wypełnił serca wszystkich ubogich duchem strachem ale z plastiku. Zrobił ten swój pomnik, ponoć konsultowany z politykami, z myślą że będzie on miarą, która oddzieli ziarno od plew. Przy czym ziarno to admiratorzy pomnika, a plewy to jest krytycy. I tyle. Żadnych innych wrażeń i przemyśleń nikt z tego nie wyciągnie. Za chwilę okaże się, że pomnik ma cudowne właściwości i zaczną się wokół niego odbywać rytuały. Pocieranie, dotykanie głową, modlitwy, czyli czysto pogański kult, ale nie nazywany w ten sposób, bo chodzi wszak o pomordowane dzieci, których głowy ponabijano na sztachety w płocie. Czyli o jakość jeszcze bardziej poruszającą serca niż ciężarne klacze. I teraz ważna rzecz – Gerhard, który był zawodowym żołnierzem, do tego Żydem ze Lwowa, cofnął się przed dwoma rodzajami opisu. Myślę, że z tego powodu iż brał udział w walkach, rozumiał czym jest wojna, brał też udział w pacyfikacjach, a pewnie także i egzekucjach. Nie zagrał więc kartą, którą zagrałby każdy kanapowy kawalerzysta – nie opisał męczeństwa dzieci. Nie opisał też męczeństwa oficerów, co dość istotne. W czasie sławetnej egzekucji, kiedy to zabijano polskich żołnierzy na Chryszczatej, Jan Gerhard nie opisał żadnego ścinania głów oficerom, a jedynie ich rozstrzeliwanie. Bo mu się w głowie nie mogło pomieścić, że jakikolwiek oficer, nawet taki jak Stefan Stebelski czyli sotenny Chryń, byłby zdolny to takiego czynu. Ścinanie głów oficerom pokazali dopiero Petelscy w filmie Ogniomistrz Kaleń nakręconym 16 lat po wojnie. I ta scena została najbardziej zapamiętana przez wszystkich widzów tego filmu, bo była prawdziwa, soczysta, oddająca w pełni okrucieństwo wroga. Nie, ta scena była zmyślona i nie miała potwierdzenia w żadnych relacjach. Nie ma jej także w książce, na podstawie której powstał film. Nagromadzenie emocji powoduje, że ludzie przestają widzieć cokolwiek i pędzą w jednym kierunku, nie jak ormowcy w dół zbocza na białych koniach, ale jak stado baranów. Jan Gerhard opisał najczarniejszy z czarnych charakterów tej powieści, czyli Stefana Stebelskiego, jako inwalidę z niewładną lewą ręką. I to ten inwalida właśnie, nie ruszający się ze swojej kwatery, jest postrachem okolicznych gór. Jakoś się to czytelnikom Jana Gerharda w głowie poskładało. Bo nie takie rzeczy potrafią im się złożyć. No, a poza tym – to tylko książka, to tylko film. Co innego pomnik, który wywołuje dreszcze i powoduje, że koniecznie trzeba się zachowywać w określony sposób. Czyli jak? Stale uwiarygadniając się przed wariatami. Do tego dąży z impetem minister Przemysław Czarnek, na przykład. Nie chce być wolny ani decyzyjny, chce zachowywać się wobec pomnika Pityńskiego, tak, by jak najwięcej osób go zaakceptowało.

Na koniec anegdota o Janie Gerhardzie, którą opowiadał mi ś.p. Lech Jęczmyk. Ci, którzy pana Lecha znali, dobrze wiedzą, że miał on silną antyukraińską obsesję. Jak go słuchałem miałem wrażenie, że Ukraińcy odpowiadają za wszystko, co złe na tym świecie, nieważne czy wydarzyło się to w Kalifornii, Oregonie, na Słowacji, Wołyniu, czy w Szwecji. Gerharda jednak podejrzewał o to, że to on był człowiekiem koordynującym zamach na Świerczewskiego. Zostawił go z przodu, zatrzymał auto, poczekał wraz z całą kolumną, aż ukryty w lesie oddział ukraiński, czy też rzekomo ukraiński, zabije Waltera i dopiero podjechał do rozbitej ciężarówki wraz z całą kolumną. Ponoć – tak mówił mi Lech Jęczmyk – po tej akcji urządzono obławę i połapano jakichś ludzi. Zaczęły się przesłuchania. Jeden z tych złapanych śmiało wszedł do pokoju przesłuchań, nie czekając, co powie oficer siedzący za ostro świecącą lampą, usadził się na krześle i odkręcił obcas. Wyjął zeń pismo z licznymi, czerwonymi pieczątkami, które pokazał przesłuchującemu. Było tam napisane, że takiemu, a takiemu oficerowi NKWD należy się wszelka pomoc i odstawienie do granicy wraz z kompletem dokumentów – powtarzam z pamięci.

Na koniec przestroga – nie mylcie opisów, szczególnie bardzo malowniczych z prawdą historyczną i życiową. Nie przywiązuje się do porywów serca, bo może się okazać, że panna, która je wywołała, przypadkowo całkiem spotkana, nie jest ani przypadkiem, ani panną, a zjawiła się w Waszym życiu przysłana przez kogoś, by zwinąć Wam portfel. Nie wierzcie, że kalecy mogą dowodzić w polu oddziałami partyzanckimi, ani w to że polski szlachcic stanąłby na czele ormowców i ruszył do szarży na Oddział Serca Gorejącego. I módlcie się, byście nigdy nie musieli oglądać zabitych dzieci. Aha, i nie oddajcie czci bałwanom, to najważniejsze. W tym sporcie mistrzem jest redaktor Gadowski. I na pewno go nie pokonacie.

Zostawiam Wam dziś jeszcze pogadankę.

https://www.youtube.com/watch?v=tm3jeG7yeq8&t=5s

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)