lip 142026
 

Obejrzałem wczoraj chyba ze dwadzieścia minut filmu dokumentalnego Jacka Międlara zatytułowanego Sąsiedzi i zawierającego wypowiedzi ostatnich świadków rzezi wołyńskiej. A do tego nieznane do tej pory archiwalia. Myślę, że na tym filmie i fali emocji jaką wzbudził, PiS może wiele stracić. No chyba, że przyjmie Jacka Międlara w swojej szeregi i uczyni go skarbem narodowym, czołowym dokumentalistą patriotycznej Polski, do czego – myślę – wiele nie brakuje.

Ja po tych 20 minutach byłem ciężko zszokowany. Nie widokiem okropności jednak, bo te były celowo zamazane, a dla ciekawskim wskazano miejsce gdzie można je obejrzeć bez cenzury, ale ja jakoś tego miejsca nie znalazłem. Byłem zszokowany strukturą filmu. Ten odcinek – bo to miniserial – który widziałem zaczyna się od współczesnych całkiem zdjęć z pogrzebu żołnierzy walczących teraz na Ukrainie, z całym prawosławnym ceremoniałem i flagami – zarówno państwowymi, jak i banderowskimi. Potem był dłuższy fragment poświęcony ludobójstwu żydów, które dokonało się rękami Niemców i Ukraińców, a potem przeplatane relacjami świadków archiwalia dotyczące współpracy Ukraińców z Hitlerem. I to był szok. Pokazali bowiem film, gdzie na stoku wzgórza siedziało pewnie z pół tysiąca hucułów w odświętnych strojach, a jakiś Niemiec do nich przemawiał. Nie ma do tego żadnego komentarza, poza standardowym, dotyczącym współpracy Ukraińców z okupantem. Nie wiemy więc co przedstawiają filmy, poza tym że słyszymy jak osoby w niemieckich mundurach przemawiają do cywilów po ukraińsku i po rosyjsku. Wszystko przeplatane jest wybijanymi na ekranie fragmentami odezw antypolskich ogłaszanych przez Szychewycza i Banderę oraz zamazanymi zdjęciami zwłok. Dlaczego więc byłem tak zszokowany? Ponieważ do tej pory żyłem w przekonaniu, że Zbrodnia Wołyńska nie była dokumentowana. O jej okrucieństwie i skali zaś świadczyło kilka niepodpisanych zdjęć ze zwłokami i zeznania ludzi, którzy z Wołynia się wydostali, pracowicie nagrywane przez różne osoby od wielu już dekad. Dziwiło mnie nawet to ubóstwo. No i nagle, na fali ostatnich wydarzeń i deklaracji, zaczęły się pojawiać w sieci całe pakiety fotografii, bez autora i oznaczenia zbioru, z którego pochodzą, przedstawiające a to uchodźców z Wołynia, a to same zbrodnie. I zrobiło się tego naprawdę sporo, choć przecież w istocie nie wiemy co te zdjęcia przedstawiają, bo nie mają żadnych oznaczeń. Jacek Międlar jednak, który swój film przygotowywał pięć lat, patrząc po napisach końcowych w zasadzie sam, z pomocą instytucji o nazwie Matejko project, której nie sposób zlokalizować w sieci, pokazał tego materiału tyle, że chyba należałoby rozliczyć z licznych zaniechań wszystkich szefów instytucji państwowych zajmujących się pamięcią. Jak to jest możliwe, że Instytut Pileckiego przez prawie dekadę zajmował się wypuszczaniem na rynek skarpet z wizerunkiem rotmistrza, a prywatna osoba – Jacek Międlar – zebrał tak obfity materiał archiwalny? I przede wszystkim kto mu go wręczył, a także za jaką kwotę? W czasie oglądania filmu cały czas widzimy numer konta, na który Jacek Międlar zbiera fundusze przeznaczone na pokrycie kosztów przedsięwzięcia i dalsze jego rozwijanie. Patrzymy i oczom nie wierzymy, a wiara nasza umiera całkiem, kiedy na końcu filmu dostajemy informacje skąd reżyser i autor scenariusza owe archiwalia pozyskał. Oto z Narodowego Archiwum Ukrainy, z Narodowego Archiwum Rosji i z Bundesarchiv. Bez pośrednictwa instytucji polskich. Jeśli prywatna osoba zgromadziła taką ilość nie widzianych wcześniej przez publiczność materiałów, to ile tam tego jeszcze jest? I dlaczego żadna polska instytucja państwowa, na przykład IPN nie stara się o pozyskanie tych filmów i zdjęć? Przecież nie powinno być z tym żadnego problemu. Skoro prywatne osoby mogą robić takie rzeczy? Co to za kwestia?

No, według naszej, być może powierzchownej, a na pewno potocznej wiedzy, takie rzeczy jak pozyskanie archiwaliów dokumentujących jakąś zbrodnię, czy nawet kontrowersyjne wydarzenie, w ogóle nie jest możliwe. Wiemy to, bo sami staraliśmy się wydobyć z POSK w Londynie materiały na temat majora Zbigniewa Sujkowskiego. Nie można ich tak po prostu dostać. To dyrekcja i pracownicy decydują co mogą dać, a za każdą kserówkę pobierają opłatę w wysokości jednego funta. Z archiwaliów dotyczących majora Sujkowskiego można było pozyskać jedynie 20 procent losowo wybranych kartek. Być może coś się przez ostatnie lata w tej kwestii zmieniło na lepsze, ale ja nic nie słyszałem. Poprawcie mnie jeśli okaże się, że sytuacja się polepszyła. Powtórzę – państwo polskie nie może otrzymać archiwum londyńskiego, bo nie. Prywatne zaś osoby mogą dostać, za wysoką opłatą, jakieś tam fragmenty.

Mam też w pamięci gawędę prof. Kucharczyka o jego pobycie w archiwach niemieckich, kiedy to on, czy też jego kolega, próbował pozyskać listę jurgieltników wielkiego elektora, spis nazwisk z XVII wieku. Był on dostępny i widoczny, ale w tamtym momencie zabrakło funduszy. Grzegorz Kucharczyk, czy też jego kolega, postanowili wrócić później. No, a później okazało się, że dokument, którym są zainteresowani i który widzieli na własne oczy spalił się w czasie wojny. Wot kakaja sztuka…jak mówią słowa sławnej piosenki.

W przypadku jednak Jacka Międlara było zupełnie inaczej. Zjawił się on sam, bądź wysłany przezeń pośrednik w archiwach państwowych Ukrainy, Rosji i Niemiec, tam zadeklarował, że przygotowuje film o Zbrodni Wołyńskiej i dostał, pewnie z jakąś zwłoką, może nawet kilkuletnią, potrzebne materiały. No nie. W świecie rzeczywistym takie rzeczy nie mają miejsca. Wiem to, bo słyszałem opowieści historyków jeżdżących do archiwów rosyjskich. To się w ten sposób nie odbywa. Dokumenty są chronione i prywatna osoba ich nie dostanie, szczególnie zaś do komercyjnego wykorzystania.

Musimy się więc na coś zdecydować – albo wszczynamy śledztwo w sprawie zaniechań dotyczących pozyskania ważnych dla historii kraju archiwaliów i ich upowszechniania, albo przyglądamy się uważniej filmowi Jacka Międlara. Ja byłbym jednak za tym pierwszym rozwiązaniem. Jeśli nie rozumiecie dlaczego, już tłumaczę. Instytucje państwowe nie mogą realizować celów partyjnych i nie mogą działać w dynamicznej, politycznej rzeczywistości, jak mucha w smole. To jest nadużycie i zaniechanie w jednym. Zakładam optymistycznie, że Jacek Międlar jest tą osobą za którą się podaje czyli byłym księdzem, co złamał śluby wieczyste i został dziennikarzem oraz filmowcem. Teraz zaś radzi sobie sam. Jeśli on potrafił dokonać takiej sztuki, dlaczego nie zrobiły tego instytucje państwowe? Bo realizowały interes partyjny, lekceważyły wagę problemu i działały na zlecenie polityczne. To jest skandal i degradacja osób zainteresowanych historią. I to widać w komentarzach pod filmem Międlara. Ludzie są oburzeni, wściekli i reagują bardzo emocjonalnie, ale żaden z nich nie zrozumie tekstu, który właśnie piszę. Bo to w ogóle nie jest dla nich problem. Pomijam ten drobny fakt, że w Polsce wszyscy niemal reagują emocjonalnie kiedy słyszą o Wołyniu. No, ale takiej ilości archiwaliów do tej pory nie pokazał nikt. W dodatku pozyskanych oficjalną drogą, jak to można przeczytać w napisach końcowych.

Jeśli porównać film Jacka Międlara z filmem Reset, wyraźnie widać, kto traktuje publiczność poważnie. I nie jest to ani prof. Cenckiewicz, ani dziennikarz Rachoń. Oni z publiczności drwią, choć nie mają takiego poczucia. Jacek Międlar zaś, z całkowitą i absolutną pewnością zawłaszcza wszystkie emocje widza.

Ja mu oczywiście nie wierzę, co jest chyba zrozumiałe dla wszystkich, mam jednak nadzieję, że takie działania obudzą wreszcie ludzi, którzy z racji pełnionych funkcji powinni poszerzać naszą wiedzę o przeszłości, choćby przez wprowadzanie do sfery komunikacji takich archiwów jak te  pokazane przez Międlara.

Ten film, przypuszczam, po raz kolejny obnaży ospałość umysłową i gamoniowatość czołowych polityków PiS, którzy zapewne zechcą, jak nadmieniłem na początku skaptować w jakiś sposób Międlara. Jak to już bowiem pisaliśmy wiele razy fetyszem jest oglądalność. Problem PiS polega na tym, że oni nie mają oglądalności i chcą pojechać na jakiejś wypożyczonej, kupionej bądź zawłaszczonej. Tak się niestety nie da. Choć cały czas próbują.

Koniecznie obejrzyjcie ten film. Ja może za parę dni też do niego siądę ponownie. Na dziś to tyle.

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  8 komentarzy do “Wielki sukces Jacka Międlara”

  1. No proszę.

    Myślę że dostał te materiały właśnie dlatego że jest narodowcem.

    Tak to wygląda. Gdyby dostał IPN to pies z kulawą nogą by ich nie poznał. Nie było by efektu.

  2. Tak się składa, że wszystkie trzy wspomniane kraje czyli Niemcy w strategicznym sojuszu z Ukrainą i Rosja(także w sojuszu strategicznym z Niemcami, lecz chwilowo utajonym) są żywotnie zainteresowane zablokowaniem wszelkich możliwości powstania w Europie Środkowej nowego podmiotu geopolitycznego czyli sojuszu Polski i Ukrainy (niebanderowskiej). Narzędziem tej polityki od zawsze jest „Wołyń” i  w takim też celu został w latach czterdziestych sprokurowany. Dlatego podgrzewanie emocji związanych z tą tragedią jest realizowane także za pomocą takich „artystów” jak pan Międlar. Stąd, moim zdaniem, taka łatwość w dostępie do archiwaliów. Jak będzie trzeba to znajdą się następne. Decydować będzie użyteczność w prowokowaniu wzajemnej niechęci Polaków i Ukraińców. Wydaje mi się, że wszyscy to rozumieją i, że piszę banały.

  3. Jakim znowu narodowcem? Kto to jest – narodowiec?

  4. Nie, nikt tego nie rozumie, bo ludzie myślą emocjami i chcą stać po stronie szlachetnych i pokrzywdzonych. I żeby im wskazano łatwego do pokonania wroga. Ten wróg jest w istocie trudny do pokonania, ale o tym większość z widzów Międlara nigdy się nie dowie.

  5. Pięcioletni okres pracy Międlara nad tym filmem wskazuje, że cała ta operacja była już dawno zaplanowana i weszła w fazę realizacji. Wojna Rosji z Ukrainą trwa cztery lata więc plany powstawały wcześniej i wcześniej przystąpiono do ich realizacji.

  6. A sorry, nacjonalista..ja się na nich nie znam. W każdym razie dlatego coś mógł dostać z obcych archiwuw.

  7. Chyba „szutka”-sztuczka panie Gabrielu?

  8. Dykta to tani, tandetny, tymczasowy, zastępczy  materiał.  Idealne określenie na kulejące państwo.

    Podstawowa funkcja państwa to nasze bezpieczeństwo. Druga – to nasza wygoda w każdej obsługiwanej przez państwo dziedzinie.

    Jeżeli te funkcje są tak zorganizowane jak KseF, który, poza inwigilacją, jest poważnym utrudnieniem w działalności, to jest źle. A nie mam wątpliwości, że poza małymi wyjątkami, jak np Piorun czy Krab, nasze państwowe funkcje wojskowe przypominają przedwojenną produkcję i organizację lotnictwa. Czyli perły przeplatane z głupotą lub wręcz sabotażem.

    W efekcie nie wiemy, czy film Miedlara to efekt przedsiębiorczości, czy działań służb.

    Wiemy, że działania muzeow, instytutów i innych placówek państwowych to pogranicze skrajnej nieudolności.

    W Domostawie Czarnek odpierał zarzuty, że oni przeznaczyli 160 mln na muzem ludobójstwa ukraińskiego, które KO wstrzymała. Mało mieli czasu – hipokryci szemrani?

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)