Gru 162018
 

Zarządzenie kulturą polega na tworzeniu i kontrolowaniu, na ile można, bo nie zawsze można, koniunktur na rynkach zagranicznych. Do tego trzeba mieć pieniądze, a także determinację, znać odpowiednich ludzi, ale przede wszystkim trzeba mieć towar, który znajdzie nabywcę. Towar, który wchodzi zakres tego co nazywamy dorobkiem kulturalnym. Ponieważ ja tutaj ze sześćdziesiąt osiem razy pisałem o malarstwie III Republiki, nie zaszkodzi jeszcze raz tego wszystkiego powtórzyć, a do tego jeszcze dopisać coś nowego, ale w podobnym duchu, o innym rynku i innych walorach.

Najpierw jednak zdradzę powód ponownego podjęcia tego tematu. Już się za to zabieram, ale opowiem jeszcze dykteryjkę. O Johnnym von Neumanie krążyła w środowisku poważnych fizyków taka anegdota – Johnny stawał przed tablicą, w sali pełnej mędrców i mówił – goim udowodnili następujące twierdzenie….po czym zaczynał pisać coś na tablicy. Przy czym goim udowadniający twierdzenie to zawsze byli jego byli koledzy z Węgier kończący tak jak on sławne gimnazjum Fasori. Ja teraz zacznę podobnie, choć przecież nie dorastam von Neumanowi do pięt – „nasi” zaczęli znów dbać o kulturę. I to jest groza prawdziwa. Przeczytajcie sobie co jest pod tym linkiem:

https://kultura.onet.pl/ksiazki/by-bylo-wiecej-kompetentnych-czytelnikow-ministerstwo-kultury-powolalo-nowe-pismo/t1n1swg

Pamiętam czasy kiedy cała szlachetna część polskiej publiczności korzystającej z dóbr kultury wyła z wściekłości, bo rząd SLD wyłożył kasę na periodyk o nazwie „Wiadomości literackie” dokładnie po to, by Krzysztof Teodor Toeplitz mógł sobie poredaktorować w jakimś poważnym piśmie. Sensu niem miało to żadnego albowiem ilość czytelników periodyków literackich była w połowie lat dziewięćdziesiątych znikoma, a samej literatury polskiej nie było wtedy wcale. Z tym całym „Napisem. Liryka, Epika i Dramat” będzie podobnie jak z „Wiadomościami”, zostanie z tego tylko dramat. Dlaczego ów projekt ma jedynie sens pozorny wyjaśnię poniżej.

Kiedy Francuzi sprzedawali obrazy przedstawiające współczesną im Francję bogatym Amerykanom, najważniejszym politykiem republiki był Georges Clemenceau, ożeniony z Amerykanką. Ja nie napiszę tutaj tego co się wprost ciśnie na usta – agent Waszyngtonu, ale chyba mnie zrozumiecie. Pan Clemenceau znał osobiście większość tak zwanych impresjonistów. Otworzył on, wraz ze swoimi kolegami z rządu, drogę do wielkiej kariery dla ludzi takich jak Monet, Manet, Renoir i cała reszta. Ktoś powie, że tę drogę otworzył tak naprawdę cesarz Napoleon III przed ogłoszeniem republiki. Można to tak interpretować, ale ja myślę, że cesarz jedynie wyznaczył kierunek. Nie wskazał rynku, na którym obrazy przedstawiające Francję i jej niezwykłość, będą prezentowane. Jego następcy zaś to zrobili. I teraz zobaczcie, co się stało. Prekursorami nowego kierunku w sztuce, tworzonego przez urzędników państwowych, wbrew akademii, która w ogóle nie rozumiała o co chodzi, byli ludzie tacy jak pan Manet, syn urzędnika ministerialnego i pan Degas, członek rodziny handlarzy bawełną, który żadnym impresjonistą nigdy nie był. Pan Monet i jego zażyłość z ministrem Clemenceau pozostaje dla mnie zagadką, ale faktem jest, że ona była. O co chodzi? O to, że ludzie z rządu III Republiki tak samo jak „nasi” wiedzą, że trzeba zaczynać robotę od swoich i dać zarobić swoim. No, ale oni wiedzą też, że ci „swoi” nie mogą kantować, to znaczy mają malować naprawdę i pisać naprawdę. Mają coś tworzyć, żeby przyrastało, żeby to można było umieścić w katalogu wystawy artystów niezależnych od nikogo poza rządem, albo wystawić w teatrze, albo wydrukować w ładnej oprawie. „Nasi” zaś rozumieją tyle, że Krzysio z Jurkiem, kuzyni Grażynki, muszą wydrukować w nowym periodyku wydawanym za pieniądze ministerstwa opowiadanie o odzyskaniu niepodległości, albo o żołnierzach wyklętych. Jeśli oderwiemy się na chwilę od naszych i popatrzymy na „onych” to zauważymy, że tamci z kolei rozumieją tyle, że Krzysio z Jurkiem kuzyni Grażynki mają napisać w kwartalniku „Brulion” opowiadanie obsceniczne o zbiorowym gwałcie młodych mężczyzn na dojrzałej kobiecie. Jedni liczą przy tym na entuzjazm publiczności, a drudzy na jej wściekłość, a oba te uczucia powinny według nich zastąpić zorganizowaną dystrybucję. Zważywszy nędzę dystrybucyjną przygotowaną dla obydwu wydawnictw efekt zawsze będzie ten sam – całkowita obojętność publiczności. Kiedy owa obojętność publiczności się ujawni, Krzysio z Jurkiem, kuzyni Grażynki wtargną do jej pokoju w ministerstwie i zrobią tam karczemną awanturę, bo wszak Grażynka obiecywała im sławę i pieniądze, a tu nie ma ani jednego ani drugiego. I jak tu żyć? Co takiego malował Manet w początkach swojej twórczości? Myślicie pewnie, że rzekę, ptaki albo obłoki. A gdzie tam – on maluje martwego torreadora. To są rzeczy dla „naszych” niepojęte – zaczynający karierę w sztuce syn urzędnika, zamiast robić w żołnierzach wyklętych, albo obscenie maluje martwego torreadora? Czy to jest w ogóle do pomyślenia w Polsce?

Wracajmy do III republiki. Kiedy otwiera się koniunkturę na jakieś produkty nie można jednocześnie zamykać jej dla „nie swoich” to znaczy nie można zaczynać od kontrolowania rynku. Krzysio zaś z Jurkiem – kuzyni Grażynki, tego właśnie się od Grażynki domagają. Chcą, żeby ona im załatwiła sławę i pieniądze, a także żeby nikt poza nimi nie miał na kreowanym przez ministerstwo rynku żadnych szans. Czy tak się zachowywali politycy III republiki? Nie. Oni co prawda nie pomagali „nie swoim”, ale przynajmniej im nie przeszkadzali. Co robią „nasi”? I „oni” zresztą też. Pracowicie przez całe dekady dewastują dystrybucję wpuszczają w nią męty takie jak Twardoch, Żulczyk, Chutnikowa, a wcześniej Stasiuk i te wariatki, co liczyły na Nobla, a potem mają pretensje, że nikt nie czyta książek. Owszem ludzie czytają, zawsze uda się parę osób uzależnić od treści wywołujących kontrowersje lub wymioty. Nie uda się jednak zorganizować wokół tego dyskusji. No chyba, że dotyczącą tego jedynie, kto ma po artyście posprzątać. Odpowiadam – nie ja….I mamy teraz ten „Napis. Liryka, Epika i Dramat”, który będzie dystrybuowany centralnie do bibliotek, gdzie stanie na najbardziej zakurzonych półkach. Nikt tego nie weźmie do ręki, a wywołanie dyskusji wokół nowej prozy polskiej, prozy odpowiadającej polityce rządu, czyli prymitywnie-patriotycznej zakończy się klęską. Polityków III republiki interesowały, w zakresie polityki kulturalnej, trzy rzeczy – rozwalenie Kościoła i tym zajmowali się literaci oraz poważni akademicy, namalowanie Francji od nowa i sprzedanie jej bogatym Żydom z Ameryki, a także przyciągnięcie kapitałów tych Żydów nad Sekwanę, co miało skutkować w dłuższej perspektywie zniwelowaniem przewagi Niemiec. Czego chcą nasi? Nie wiadomo. Grażynka chce zapewne, żeby Krzysio z Jurkiem w końcu się od niej odchrzanili i zabrali ze stołu te rzekomo kontrowersyjne śmieci, które piszą po nocach martwiąc się o swoją przyszłość. Czego chce reszta pozostaje tajemnicą. Nie ma dystrybucji, bo ta została wprost zatkana, unieważniona poprzez likwidację księgarni, wpuszczenie książek do Biedronki i wprowadzenie centralnego rozdzielnika dla bibliotek. To miało zapewnić sukces tym właściwym artystom. Przyniosło im klęskę, na razie mało widoczną, ale już wkrótce będzie ona widoczna w całej okazałości. Będziemy obserwować tę katastrofę. Nie ma konkurencji, bo o tym kto jest pisarzem a kto nie jest decydują gremia, których nie jesteśmy w stanie rozpoznać. W dodatku gremia te maja zwyczaj szczegółowego ingerowania w pracę artysty, albo – jak ludzie z ASP oceniający te dziwne kartki zamówione przez ministerstwo – zaczynają bronić tych śmieci z pozycji akademickich szamanów. To przeciwko takim jak oni, wkurzony Clemenceau wylansował Maneta i resztę, ale ci durnie tego nie rozumieją, bo im się zdaje, że cała rewolucja w sztuce przebiegała oddolnie, a jej celem było ustanowienie nowego kanonu, którego oni będą strażnikami. Kanonu polegającego na tym, że im większe i tańsze, pardon, gówno, będzie lansowane, tym dla nich lepiej. I przyjrzyjmy się teraz relacji pomiędzy artystą a urzędnikiem w III republice. Cytowałem tu kiedyś pamiętniki Vollarda, szczególnie ważny ich fragment dotyczył tego, jak to na proszonym obiadku u państwa doktorostwa, paryskich burżujów, spotyka się wiceminister wyznań, decydujący o tym kto we Francji będzie biskupem, sam Vollard oraz znany artysta-skandalista Felicien Rops, rysujący gołe baby przybite do krzyża. Wszyscy oni dyskutują w najlepszej zgodzie o perspektywach rozwoju malarstwa nad Sekwaną. Jak są traktowani urzędnicy ministerstwa kultury przez ludzi z akademii? Proszę bardzo oto stosowny link: https://grafika.asp.krakow.pl/komentarz-na-temat-wynikow-konkursu-mkidn-na-kartke-swiateczna/

To jest list, na który Georges Clemenceau odpowiedziałby wysłaniem żandarmów, a ci co go napisali zostali by wyekspediowani na wyspę Reunion, żeby tam pouczać miejscowych czym jest, a czym nie jest sztuka. To są, proszę Państwa, w poważnym kraju, rzeczy nie do pomyślenia, żeby jakiś pacykarz z akademii, jakiś nie rozumiejący celów rewolucji kulturalnej zatabaczony ćwok, mówił ogłaszającemu konkurs urzędnikowi państwowemu, co jest a co nie jest wartościowym dziełem. I z tą myślą Państwa tu zostawiam. Aha, jeszcze jedno – pisałem już o tym, ale żart ten ciśnie mi się pod palce ponownie. W sławnym w latach osiemdziesiątych periodyku pod tytułem IDT publikowano na ostatniej stronie rysunki satyryka Sawki. Jeden z nich, moim zdaniem najśmieszniejszy wyobrażał trzy rolki papieru toaletowego. Pierwsza – gruba w kwiatki podpisana była słowem „liryka”, druga – zwyczajna, szara, ale też pełna oznaczona była słowem „epika”, trzecia, na której wisiał ledwie strzęp jakiś to był dramat…teraz już naprawdę kończę.

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl gdzie po południu umieszczę wywiad z prof. Kucharczykiem.

  20 komentarzy do “O zarządzaniu kulturą”

  1. Ale czemu ta pani Zwinogrodzka taka podobna do Leśmiana, to siostrzenica czy bratanica poety?

    Natomiast co do grafiki karty świątecznej to jest ona rzeczywiście nie stereotypowa.

  2. To są chyba kartki na święto morza albo święto lasu

  3. W przyszłym roku,  p. Zwinogrodzka powinna zalać rynek kartą świąteczną z obrazem F. Goya pt „Dwie staruchy jedzące zupę” – jako wyraz tego tak wygląda fragment kolacji wigilijnej w chrześcijańskim, wielopokoleniowym domu . Polecam nie upominam się o kasę.  Zwinogrodzka jako destruktor chrześcijańskich standardów.

  4. Oficjalne czynniki nie sprawują żadnej kontroli nad kulturą, chociaż skuteczna i dość agresywna cenzura istnieje nadal i ma się świetnie, tylko przeniosła się do organizacji pozarządowych. Mamy zatem bezprawie do kwadratu – to jest tak, jakby przebierańcy kontrolowali kierowców i nakładali mandaty wg swojego uznania.

  5. Wow. Martwy torreador? Trzeba naświetlić, że w tamtych czasach, francuska akademia, zajmowała się kopiowaniem wzorców sztuki hiszpańskiej. Na ulicy popularne były najnowsze stroje z Hiszpanii. Spiewano hiszpańskie piosenki, oglądano tańce flamenco. Kult cargo na całego. I ktoś maluje martwego torreadora a za paręnaście lat zamykają akademię.

  6. Apelacja.

    Sytuacja w kulturze jest alarmująca, dlatego intensywnie myślę i wyciągam ogólne wnioski na swój użytek, jednak personalnie nie osądzając nikogo.

     
    Janusz Korwin-Mikke powiedział, że po 1989 roku powinno się zostawić zamordyzm, a zlikwidować socjalizm, jednak uczyniono na odwrót, to znaczy zamordyzm i autorytaryzm zlikwidowano jako źródło wszelkiego zła, a socjalizm znacznie rozwinięto pod kierunkiem zachodnich ideologów. Za tym, jak widzimy to teraz, niefortunnym rozwiązaniem, optował największy autorytet tamtych czasów – św. Jan Paweł II.
     
    Zaskakująca, ale logicznie uargumentowana konkluzja każe się zastanowić, który z wpływowych Polaków był większym i lepszym: św. Jan Paweł II czy gen. Wojciech Jaruzelski? Który był nam, Polakom, bardziej potrzebny? Odpowiedź nie jest jednoznaczna.
     
    Karol Wojtyła z pewnością kochał Polskę, Polaków, wiernych i był w tym niedościgniony, natomiast przekazywał treści w warstwie doktrynalnej i prawnej przesiąknięte modernizmem. Fascynował się prekursorami modernizmu jeszcze przed II soborem i z pewnością później znajdował się pod wpływem otoczenia, doradców, agentów, którzy dbali o tzw. „zdrowy rozsądek” i właściwy kierunek w papieskich poczynaniach. Z tego powodu nieświadomie przeniósł do Polski z Zachodu dżumę modernizmu, a skutki choroby ujawniły się w pełni dopiero w naszych czasach.
     
    To OD NAS zależy, co z dorobku obu panów (wszak byli ludźmi, jak my) przyjmiemy jako godne kontynuowania, wartościowe i słuszne. Nasz przemyślany i stawiający wymagania wybór powinien akceptować przykład życia i miłości św. Jana Pawła II, jednak z wyraźnym zastrzeżeniem co do Jego skażonej modernizmem nauki w zakresie teologii i w rezultacie zmian prawa i doktryny, jakich dokonał oraz powinniśmy akceptować pewne uzasadnione ograniczenia swobody w życiu społecznym, to znaczy pewien rygor i dyscyplinę oraz zwykłe przestrzeganie prawa, co reprezentował symbolicznie generał (Jaruzelski, Pinochet, Franco). Z WYGODY ekonomicznej, intelektualnej i duchowo – moralnej przyjęliśmy jednak modernistyczny sposób myślenia i etapami zlikwidowaliśmy wszelki (poza ekonomicznym) przymus i autorytaryzm (zabrania się zabraniać, róbta co chceta, równość i niedyskryminacja, zrównoważony rozwój etc.), więc jest to ostatecznie nasza wina, że jest tak, jak jest.
     
    I teraz oburzamy się na kartki i rozwydrzenie euro-nastolatków?

  7. Co najwyżej można porównywać, który był wyższy. Rozumiem, że kolega reinkarnował i prowokuje?

    Ja popieram dyskusję i zabawę formalną, ale takie posty powinno się oznaczać przymrużonym oczkiem.

    Tak jak napisała wyżej nebraska – Jan Paweł II był siłą Polaków, gdy go zabrakło sflaczeliśmy i śmielej rzucili się nam do gardeł.

    Oczywiście nie jest zabronione analizowanie pontyfikatu i osobowości Karola Wojtyły. Moim zdaniem był to jedyny człowiek, który po 89 roku mógł PRÓBOWAĆ pchnąć Polskę w lepszym kierunku. Ryzykowałby wiele, może świętość, ale teraz tego nam brakuje.

    A grzeczność kazała mu wziąć na pokład papa mobile Kwaśniewskiego, może przez przypadek, ale został pięknie zaszachowany i sprawy wręcz odwróciły się. Szkoda.

  8. Ok, może być przymrużenie oka 😉

    Ten post jest próbą wyjścia z intelektualnego impasu.

    Dobry ojciec (narodu) kocha i czasem karci, więc nie możemy sobie wybrać tylko fajnego, a niefajnego zdegradować i wyrzucić z domu. Potrzebne są obie cechy. Naród dostał do zabawy demokrację i jak dziecko, wybiera na zmianę lody albo frytki. Autorytet ojca został zniszczony zaraz na początku przemian.

  9. Statystycznie, Jan Paweł II był częściej wymówką i przykrywką dla podłych gierek, niż motywacją do mądrych działań. Dla wielu z nas jest nieskazitelnie doskonały i ja to szanuję. Sprawa prosta nie jest.

  10. Zauważyłem, że każda próba podkreślenia wartości patriarchalnych jest sekowana przez czujne czytelniczki, które pozdrawiam 🙂

  11. i tak to już jest…

    a co Pan sądzi o takim promowaniu polskiego patriotyzmu ? czy takie projekty mogą sprawić że prawica wygra w przyszłym roku ?

    tutaj link :

    https://www.youtube.com/watch?v=TE6ckR6gzcw

  12. Możesz wziąć na wstrzymanie Alfred czy chcesz podzielić los Waltera?

  13. Przyjmuję propozycję.

  14. Alfredzie, czy przedtem, czyli do wczoraj, nie komentowałeś jako Walter ?

  15. Wydaje mi się, przez ponowny wątek z Janem Pawłem II, że Walter = Alfred

  16. Kamraci i katedry. Tak miałem zatytułować ilustrację, ale naraziłbym się i Francuzom i Niemcom. Wyjaśniam więc, że dwóch kompanów z pierwszego rzędu ilustracji (Monet i Clemenceau) spotykało się co tydzień o Maneta (zakładam, ze nie o suchym pysku) na Rue de Saint-Petersbourg (nazwa trochę dziwna) z takimi „compagnons” jak m.in. Gambetta, Emile Ollivier, Antonin Proust,De Banville, Baudelaire, Duranty, Zola, Mallarme, Abbe Hurel i wieloma różnymi impresjonistami.

    Dalsze ilustracje podpisałem tytułem zaczerpniętym z książki o sztuce francuskiej, który rozumiem tak, że że sztuka jest jedna w wielu gatunkach. Tak rzeczywiście było, gdy malarze czerpali natchnienie z przyrody i dziedzictwa. Katedra w Rouen była natchnieniem wielu, a Monet namalował ponad trzydzieści obrazów katedry bawiąc się jej grą światła. To zainteresowanie, nazywane niekiedy fiksacją, znalazło także odbicie w artykule Clemenceau „Révolution de cathédrales”.

    Zamiast tego domorosłego krytyka polecam inną wersję Katedr (na którą polskiego Ministerstwa Kultury nie stać – korzystajmy, dopóki policja UE nie zdążyła zabronić):

    Le Temps des Cathédrales

  17. Nie grzeczność ale kapelan obecnie kardynał, nie zamienili ani słowa, a kapelan się tłumaczyl

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.