lis 212021
 

W fantastycznym zupełnie zbiorze listów Johna Quincy Adamsa, z jego podróży po Śląsku, przeczytać możemy, że w Bolesławcu spotkał on dwóch geniuszy. Jeden był stolarzem, a drugi tkaczem. Mniejsza o tkacza, ale stolarz wymyślił coś, co wprawiło przyszłego prezydenta USA w osłupienie. Oto stworzył poruszaną mechanicznie, złożoną z bardzo pięknie wyrzeźbionych figur historię Męki Pańskiej. Nie było to coś w rodzaju szopki, która jest nakręcana, ale prawdziwe widowisko, albowiem mechanizm był skomplikowany poszczególnym scenom towarzyszyła muzyka, figury miały do wykonania określone czynności i były wykonane w sposób niezwykle atrakcyjny. Finałem było złożenie do grobu. Adams obejrzał to przedstawienie kilka razy, a potem napisał, że był bliski łez. Żaden bowiem tekst opisujący Pasję nie zrobił na nim tak ogromnego wrażenia, jak ten pokaz. Rozumiecie? Kilka drewnianych figur obracających się na zębatych kołach, z dołączonymi pozytywkami wywołało tak wielkie wzruszenie, że nie mógł się z nim równać żaden opisujący mękę Chrystusa tekst! Co by powiedział prezydent Adams po obejrzeniu Pasji Mela Gibsona!?

Po sieci krążyło niedawno zdjęcie przedstawiające grupę dzieci w stanie najwyższej, emocjonalnej ekscytacji. Komentarz do tego zdjęcia był taki, że oglądają owe dzieci przedstawienie ulicznego teatrzyku kukiełkowego. Rzecz działa się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kino istniało już od dawna.

Zmierzam do tego, że pokaz, nawet najbardziej prymitywny, budzi o wiele większe emocje niż tekst, nawet bardzo dobry tekst. Nie wymaga bowiem wysiłku. Można go po prostu chłonąć, wyłączając umysł. Pokaz to czysta ekscytacja. No, ale jakże często zapominamy, że aranżowana. Nierzadko z wielkim wysiłkiem i w różnych intencjach. Ludzie przygotowujący pokaz mogą się napracować lub nie, ale widz nie męczy się nigdy. On się wyłącznie wzrusza. I nie musi się nad niczym zastanawiać. Dlatego też, z chwilą kiedy nowe technologie, podniosły jakość i głębię pokazu, został on praktycznie zmonopolizowany. Na świecie jest kilka monopoli kontrolujących widowiska, wszyscy wiedzą o jakie instytucje chodzi, nie ma potrzeby ich wymieniać. To jednak nie unieważniło dawnych form widowiska, czyli przedstawień ulicznych i wszystkich innych, montowanych środkami prymitywnymi. One – jeśli są odpowiednio zrobione – także wywołują efekty. W pokazie najlepsze jest to, że on sam może udawać coś, czym w istocie nie jest. Na przykład demonstrację uliczną. Może być zaaranżowany w całości, w części jedynie, poprzez rozstawienie w odpowiednich miejscach ludzi kontrolujących pokaz i wtajemniczonych, albo może się opierać, jak monodram w teatrze, na jednej tylko postaci.

Tu zróbmy pauzę i zastanówmy się nad tym dlaczego pokaz, jak alkohol zupełnie, został zmonopolizowany przez instytucje? Dlaczego monopolizacji pokazu nie traktujemy jak zamachu na wolność słowa, a kiedy ktoś próbuje manipulować przy ustawie o publikacji wołamy od razu – cenzura! Pokaz generuje olbrzymie zyski. To było wiadome już dawniej, w czasach teatralnych trup, które instalowały się na dworach, a także objeżdżały miasta. Nie wierzę w to, że kiedykolwiek istnieli biedni aktorzy. To jest jeden z mitów, którymi się karmimy, zupełnie bez związku z rzeczywistością. Zyski te nie mogły być pozostawione bez kontroli i nie chodzi tylko o to, że w produkcję widowisk włączyli się w pewnym momencie producenci technologii, którzy chcieli mieć wpływ na formę pokazów. Zyski generuje każdy pokaz, nawet ten, który oglądał późniejszy prezydent USA w Bolesławcu, w roku 1802 i ten, którego czarowi uległy te dzieci z popularnej dziś fotografii. Tekst nie ma żadnych szans z pokazem, to jest oczywiste, dlatego pozostawiono go w spokoju, w naszym systemie i możemy się cieszyć tą, tak zwaną wolnością słowa. Czyli w istocie świadomością, że do spraw naprawdę rozbudzających emocje nie dopuści nas nikt, albowiem są one zmonopolizowane. Dyskusja o wolności słowa w obszarze druków generuje ponadto taki ruch, taka ilość ludzi zaczyna pisać, że w zasadzie od razu zacierają się kryteria oceny tekstu i na wierzch wypływa to, co jest najłatwiej rozpoznawalne. Zwykle są to deklaracje bez pokrycia. Mamy z tym do czynienia cały czas i całe dekady ludzie się potem zastanawiają, czy ten albo inny oszust, kiedy coś tam pisał, to miał szczere intencje czy też nie. To w zasadzie załatwia wolność słowa w rozumieniu politycznym. Samym pisaniem nie można zrobić krzywdy żadnej władzy i żadna rewolucja z powodu opublikowania jakiegoś tekstu nie wybuchnie. Co innego pokaz. Przykłady można mnożyć – Lenin na trybunie, Hitler w Hali Stulecia we Wrocławiu, itp., itd., żeby wymienić najbardziej charakterystyczne. Przypomnę w tym miejscu raz jeszcze – pokaz jest zmonopolizowany – zawsze. Nie wiemy tylko, od którego momentu w dziejach. To znaczy nie wiemy dokładnie, bo spekulować można.

Przejdźmy teraz do funkcji pokazu. Jest to aranżacja, która ma oszukać ludzi i wywołać w nich określone, pożądane dla aranżerów emocje. Te zaś mają z kolei wywołać inne emocje, które spowodują polaryzację wśród widzów. To wszystko jest planowane, w dodatku od dawna, bo tak działa pokaz. Tylko widowni wydaje się, że jest inaczej, albowiem odbiera ona, czyta i analizuje wyłącznie swoje emocje, nie zaś intencję uczestników pokazu, która jest dla nich tajemnicą. I teraz uwaga, jeśli pokaz wywołał określone emocje widownia, choć w części świadoma, że wzięła udział w pokazie, nie zrezygnuje z frajdy, jaką dało jej to uczestnictwo. Nawet jeśli wykaże się jej, czarno na białym, że została oszukana. Nawet jeśli uczestnicy pokazu zostaną zdemaskowani i zaśmieją się jej prosto w nos, publiczność znajdzie zawsze jakiś obszar, na którym bronić będzie pokazu. Można to porównać do syndromu uwiedzionej, ale rzecz ma charakter poważniejszy, albowiem przeznaczona jest do segmentacji rynku znajdującego się poza monopolem nałożonym na widowiska. A taki rynek ciągle istnieje, albowiem monopol ma to do siebie, że firmowane przezeń widowiska tracą wiarygodność.

Dziś mamy do czynienia z obroną pokazu na gruncie wolności słowa. Mówię więc wprost – bronicie kłamstw ustawionych w piramidę, a nie żadnej wolności. Bronicie swoich oszukanych emocji, sentymentu wywołanego prostymi bardzo chwytami, znajdującymi się całkiem poza sferą intelektu. Swoją postawą próbujecie te emocje zracjonalizować, ale jest to kolejne oszustwo wywołane przez pokaz. Są ludzie, którzy do dziś wierzą, że Czterej pancerni i pies to serial ukazujący prawdę o wojnie, a w najgorszym wypadku, opowieść o przygodach czterech przyjaciół na froncie. I nie da im się wytłumaczyć, że to propaganda, w dodatku wycelowana w samo serce niewinnych dzieci.

Dlaczego tak się dzieje? Bo ludzie nie rozumieją, że każdy pokaz jest zmonopolizowany, szczególnie zaś pokaz poruszający kwestie różnych ortodoksji, politycznych i religijnych. Nie rozumieją też, że za każdym takim pokazem jest koniunktura. Można powiedzieć, że pokaz to objazdowa kopalnia złota. Pod warunkiem oczywiście, że zostanie on przygotowany tak, by rozgrzać odpowiednie emocje.

Po sieci krążą różne legendy dotyczące zysków generowanych przez bardzo prymitywne i proste pokazy. Jedyni mówią, że pół miliona na dzień, inni, że trochę mniej, różnie ludzie gadają. Ci sami ludzie, albo ich koledzy, lubią powtarzać informację, że w Polsce zysk, który nie podlega niejawnym podatkom, niejawnym, czyli narzucanym przez gangi, urzędnicze lub zwyczajne, oscyluje gdzieś wokół 5 milionów. Rozumiem, że na miesiąc? To jest oczywiście takie bajanie, nikt nie wie jak to jest naprawdę, albowiem mało kto zarabia 5 milionów na miesiąc. Mamy jednak okoliczność pozostającą poza wszelkimi wątpliwościami – pokazy są zmonopolizowane. Jak myślicie? Czy pokazy generujące zyski bez wysiłku właściwie, lub poprzez sprzedaż gadżetów, są poza tym monopolem? Jeśli zaś generują zysk, to co w ogóle mówić o intencjach, które za nimi stoją? I w takiej sytuacji ludzie aspirujący do ilorazu, nierzadko posłowie na Sejm, pozujący na mędrców rozeznających przedwieczne jakieś prawdy, zaczynają mówić o wolności słowa, w chwili kiedy taki pokaz zostaje zatrzymany? Dlaczego uparliście się ubliżać sobie i swojej inteligencji? Mojej nie ubliżycie, o to obaw nie mam. Celem pokazu nie jest utrzymanie i ochrona wolności słowa, ale coś dokładnie odwrotnego. Wolność słowa kryje się w słowie, czyli w tekście. Ten zaś nie ma takiego oddziaływania, jak pokaz, dlatego właśnie jako ostatni pada ofiarą cenzury i różnych aranżacji. Poza tym wolność pisania, można zakwestionować łatwo, poprzez szereg fałszywych kreacji i uaktywnienie różnych pożytecznych idiotów, czego dowodów wokół jest aż nadto. Gdyby ktoś zdecydował się na samodzielny pokaz uliczny, z jakąś treścią, która wymyka się kontroli monopolisty, nikt by mu na takie występy nie pozwolił nawet przez tydzień. No chyba, że byłby dyrektorem cyrku. Pokazy cyrkowe jednak prezentowane są w wyznaczonych miejscach. Jeśli więc na ulicy odbywają się jakieś pokazy, to znaczy, że są one częścią monopolu. Pokaz zaś – z istoty – nie ma nic wspólnego z wolnością słowa. Wolność zaś pokazu nie istnieje już od dawna, a pewnie nie istniała nigdy. Tyle, że my o tym nie wiemy. Być może wiedzą coś na ten temat absolwenci teatrologii, ale póki co żaden pary z gęby nie puścił.

Przyjrzyjmy się na koniec schematom koniunkturalnym, które kryją się za pokazami. Do czego to jest podobne i co nam przypomina? Musimy odnaleźć w pamięci jakąś sytuację, w której istniał jawny monopol na wszystko, dystrybucja była kontrolowana, a mimo to pojawiały się nowe, nieznane produkty, których intencja była zafałszowana. Pisaliśmy tu swego czasu o filatelistyce, jako sposobie na ściąganie przez monopolistę nadmiaru gotówki z rynku. Całe to oszustwo kryte było legendami o złotych Mauritiusach i szlachetną pasją kolekcjonerską. Ostatnim momentem, jaki pamiętam, w którym szlachetna pasja kolekcjonerska została wykorzystana do ściągnięcia z rynku pieniędzy przez monopolistę, były lata osiemdziesiąte. W kioskach pojawiły się wówczas takie zeszyty z napisem Nowość dla kolekcjonerów. Trzeba było zebrać komplet zeszytów, które były tematyczne – poświęcone jakiemuś zagadnieniu, na przykład starym samochodom – następnie zaś kupować naklejki, które potem wklejało się w odpowiednie miejsca w tym zeszycie. Naklejki nie były zebrane tematycznie, ale rozrzucone w różnych konfiguracjach i sprzedawane na oddzielnych planszach. Tak więc „szlachetny kolekcjoner” musiał je ciągle kupować, żeby zebrać komplet. Towarzyszyła temu kretyńska zupełnie wiara, że czynności te mają jakiś sens. Nie wiem kto stał za tym projektem, czy był to jakiś mniejszy, partyjny gang, czy może sama Krajowa Agencja Wydawnicza, postanowiła poprawić sobie wyniki. Rzecz pojawiła się nagle i nagle zniknęła pozostawiając myślących emocjami i naiwnych kolekcjonerów ze stertą bezwartościowego śmiecia. Oni zaś byli gotowi bronić swojej nowej pasji, albowiem nie mogli uwierzyć, że ktoś mógł ich tak na chama okantować, zabierając pieniądze w zamian za bezwartościowe gadżety. Bronili też swoich szlachetnych emocji i pasji do zbierania, która w klasyfikacji promowanych przez PRL-owski aparat monopolowy uczuć plasowała się na jednym z pierwszych miejsc, zaraz za entuzjazmem dla odbywania zasadniczej służby wojskowej. Ktoś powie, że te szmatławe zeszyty były też przecież wypełnione tekstem. No, tak, ale miał on funkcję wtórną w stosunku do obrazka i był po prostu skądś przepisany. Nie miał znaczenia samoistnego.

Gdzieś w tamtych okolicach szukałbym inspiracji dla współczesnych pokazów ulicznych, które wywołują tak wielkie emocje, a także tak wielkie złudzenia, bynajmniej nie szlachetne, że ludzie gotowi są owe pokazy stawiać na równi z autorskim tekstem i występując w ich imieniu, broniąc piramidy kłamstwa i monopolu, opowiadać, że bronią wolności słowa. Oprzytomniejcie. Jeszcze jest czas.

Czy to wszystko co napisałem znaczy, że pokaz, nawet najnędzniejszy ma przewagę nad najlepszym nawet tekstem? I ludzie o słabych umysłach, a nawet i tacy o nieco tęższych, zawsze się nań nabiorą? A jeśli nawet nie, to ulegną złudzeniu, że dzięki włączeniu się w obronę pokazu zyskają coś, wprowadzą jakiś korzystniejszy element do swoich własnych pokazów? W zasadzie tak. Tak jest, tekst nie ma szansy z pokazem, najlepszy nawet tekst nie ma żadnej szansy z pokazem całkowicie aranżowanym, oszukanym, a przy tym nędznym i prymitywnym. Pozostaje tylko jedna kwestia, która ratuje tekst. Może on się obronić bez klaki, albowiem w przeciwieństwie do pokazu ma charakter osobisty. Pokaz, zanim stanie się akceptowany przez wszystkich musi być wskazany przez klakę, ta zaś jest częścią działań monopolisty. Kłopot w tym, że bez klaki obroni się tylko bardzo dobry tekst. Pokaz zaś, nawet bardzo słaby może się obronić zawsze, jeśli chce tego monopolista, albowiem nikt nie odróżni na pierwszy rzut oka klakiera od entuzjasty. Mam w tej chwili na myśli pokazy aranżowane w tym obszarze, gdzie nie ma konkurencji, a monopol normalnie działa, na przykład na ulicy.

Jutro, jeśli nic mi nie wypadnie, napiszę kilka słów o eskalacji koniunktur, które zwiększają zyski z pokazów.

  17 komentarzy do “Obrońcy tajemniczej piramidy, ukrytych koniunktur i objazdowa kopalnia złota”

  1. nie mam opinii w sprawie bo, materiał empiryczny jakim dysponuję jest prawie żaden a skupiam się na pokazie teatralnym

    Ze cztery lata temu mój ostatni pobyt w teatrze / Guliwer/ z najmłodszym pokoleniem w rodzinie , potem rozszalała się nagonka pt Klątwa, więc zraziłam się do sztuki teatralnej, dałam sobie spokój, potem pandemia wyjęła nam kilkanaście miesięcy z życiorysu i wreszcie /minione wakacje/ chciałam obejrzeć Rinaldo w teatrze królewskim w Łazienkach ale już pierwszego dnia wywieszenia ogłoszenia bilety były wyprzedane a były /chyba/ 3 przedstawienia.

    nie mam szczęścia, albo mnie pokaz zrazi albo jest nie dla mnie…….

  2. Zbliżają się po prostu do kulminacyjnego punktu eskalacji promocyjej w myśl zaleceń monopolisty. Przez to tracą zainteresowanie widzów.

  3. no tak, zajrzałam na SN, tam komentarz  Jolanty Gancarz, że pokaz ma uderzać w emocje

    czyli  nazwisko skandalizującej  Julii Wyszyńskiej /Klątwa/, potrzebne było do zdezawuowania procesu beatyfikacyjnego prymasa . Zdawaliśmy sobie sprawę ze zbieżności nazwisk, ale nikt z nas nie wiedział na jakim jest etapie i kiedy się skończy  proces beatyfikacyjny prymasa.

    Teraz po zakończeniu procesu widać tę klątwianą teatralną podgotowkę.

    Ze 4 lata przed beatyfikacją w widoczny sposób walono w nasze emocje i przez teatr, przez film, przez eventy z niszczeniem pomników, chyba pandemia trochę to wyhamowała…

  4. Jest taka prosta metoda, by sprawdzić w co grają i co grają. Sprawdzić co się samo zniknęło. Były pewne tematy naglaśniane do przesytu i nagle łups, nie ma … to znaczy one są, ale nikogo już nie interesują. I im więcej rozrzuconych informacji się pojawia tym milczenie uporczywsze…

    O Prymasa się nie martwię. Nie jest mu potrzebna głupawa reklama. Dobro działa zawsze po cichutku.

  5. Mnie to nikt nie oszuka, jest to według mnie deklaracja idioty. Swój optymizm popiera listą obejrzanych przedstawień. Seriale są także pokazami degradującymi i demoralizującymi. Podniecają się niektórzy prawicowcy w mundurkach lub inny materiał  wybuchowy, jest to emocjonalny onanizm, rozruchami w Holandii czy innej Francy, przeciw eliksirowi życia wiecznego, a przecież w tak spacyfikowanym społeczeństwie, kto może występować publicznie, jeżeli nie wyznaczeni przez władze lub siły. Podobnie za drugiej komuny,koncerty rokowe ile zaabsorbowały energii młodych ludzi i zamieniły ją w narkotyki, gorzałę, rozpustę a ciekawość  świata rozmieniali na pudełka po papierosach,puszkach po napojach z Pewexu i Nowość dla kolekcjonerów  czy Relax i in. Nadwyżki finansowe ściągane są także tzw turystyką,dwa dni na lotnisku trzy dni z drunkiem.

  6. Pokaz, igrzysk i chleba, jak się chleb przeje ludziom to trza dać im igrzysk. Po przegrzaniu igrzysk, podczas których obcięto ilość chleba, rzuca się ludzi po chleb, na który trza będzie trochę dłużej pracować niż przed igrzyskami.

    Ci co mają zarobić , zarobią na igrzyskach a potem sprzedadzą droższy chleb.

  7. Siła pokazu. Film „kod da Vinci”. Jak czytałem to wyłapałem bzdury i pułapki.

    Potem obejrzałem film i zrozumiałem że nieczytajacy widz wpadł we wszystkie pułapki.

    Dla mnie najgłębsza to scena z Soboru na którym stare, krzykliwe, obdarte dziady „wyklócily” Boskość Jezusa.

  8. Po co chodzić tracić czas i pieniądze na takie gnioty?

    Wiele lat temu TVP zaczęła promować Nergala. Na drugi dzień oddałam telewizor na śmietnik, wyrejestrowałam i tyle. Nie ma kasy na takie dyrdymały. Dzwonią do mnie z promocją takiej czy inne linii telefonicznej, to się z mety pytam czy ten x nadal ich promuje i czy nie znają głupszego i pięknie dziękuję za ofertę.

  9. raz byłam na przedstawieniu gdzie ktoś zmonopolizował dostawę prądu, chodzi o poznańską trupę z przedstawieniem Męki Pańskiej na pl. Piłsudskiego w stolicy,  słyszany był proces Jezusa , a potem kiedy upłynęło 1/4 Drogi Krzyżowej wyłączono nagłośnienie i nie odzyskano go do końca tego przedstawienia . ktoś kto to obsługiwał przecież dokładnie wiedział co ma zrobić i jak zniechęcić aspirujące do misyjności  trupy teatralne.

    Ratusz  /i pani prezydent/ siedział na krzesłach wzdłuż /tuż/ tej Drogi , tylko oni  słyszeli  co sie działo przy poszczególnych Stacjach …

    reszta poczuła sie zmarginalizowana i ludzie się rozeszli, zostali aktorzy i ratusz

  10. Nergal niebawem nie będzie mógł oddać nawet moczu, więc niech się trochę powstrzyma w tych swoich zapędach

  11. Otóż to, na granicy z Białorusią też jest pokaz.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)