Wczoraj dowiedziałem się, że wydana przez PIW seria „Poczet władców Polski” nagrodzona została „Oskarem designu”. Wiecie o co chodzi? O tę serię biografii, na której jest zdjęcie monety z epoki danego władcy i trochę niczego. Wszystko to razem, plus czytelny układ tekstu, nazwane zostało dziełem genialnym. Bo jest proste w odbiorze i czytelnik nie zauważa jak dobrze mu się czyta. Takie zaś są kryteria w świecie grafików i projektantów okładek.
Ja może nie powinienem krytykować tego projektu, bo nasze książki często są krytykowane, ale jakoś nie mogę się powstrzymać. Z kilku powodów. Kiedyś zdarzyło się, że pewien kolega, całe życie pracujący w reklamie, zorientował się, co robię i, wiedziony sympatią, zaczął mnie pouczać na okoliczność lapidarności stylu. Ja tej lapidarności nie posiadam i za nią nie tęsknię, albowiem to, co tutaj uprawiamy, nie musi wcale się lapidarnością odznaczać, to nie są zawody w tej konkurencji. Nie chodzi o to, by w dwóch słowach zawrzeć maksimum treści i wspomóc się przy tym prostym obrazkiem, ale o coś innego. O zaprezentowanie nowego punktu widzenia na pewne kwestie, czyli z grubsza o przygodę. I po tę właśnie przygodę ludzie tu przychodzą, a nie po to, by podziwiać zręczność autora w układaniu krótkich historyjek, których bohaterami są produkty żywnościowe czy politycy, czy co tam jeszcze.
Tego mój kolega z dawnych lat nie zrozumiał wcale, albowiem był przekonany, że kryteria, które promuje jego branża obowiązują wszystkich. No, a czy kryteria wskazane przez kapitułę tej nagrody, tego całego „Oskara designu”, też obowiązują wszystkich? Mam wrażenie graniczące z pewnością, że jednak nie. Podkreślono je jednak w taki sposób, jakby dotyczyły one wszystkich projektantów okładek, a także wszystkich produktów. Łatwo jest udowodnić, że to nieprawda. Zacznijmy od przeznaczenia tej serii książek – Poczet władców Polski – rzecz zaplanowana rocznicowo, która ma przypominać o wielkości naszej historii. W jaki sposób? Poprzez nieciekawy projekt, szary i myszaty, czasem złotawy, którego jedyną ozdobą jest jakaś nie do końca rozpoznana blaszka. To znaczy moneta z epoki. Pomijam już kwestię niejasnych atrybucji niektórych monet, ale sam ten pomysł jest chybiony, bo wielkość tej naszej historii położono na ołtarzu typografii i od razu ją zarżnięto. Koncepcja, że seria musi być jednolita, a do tego odbiorca ma kojarzyć wzór na monecie z konkretnym władcą, jest ważniejsza niż historia panowania tego władcy i jego czyny.
Kolejna sprawa – czy ktoś tę serię będzie czytał? W przeważającej masie przypadków zakupowych – nie. Ona zostanie postawiona na półce i będzie tam stanowić dekorację. Czy grzbiety tych książek są dekoracyjne? Nie, wyglądają na pudełka po makaronie pochodzącym z nieznanego jakiegoś kraju na Bliskim Wschodzie.
Walorem serii ma być to, że napisana została ona przez młodych autorów na podstawie najnowszych wyników badań. Gdzie są jakieś zdjęcia tych autorów na okładce? A jeśli nie zdjęcia to jakaś inna forma prezentacji? Nie ma, albowiem wizualna spójność serii została postawiona na pierwszym miejscu. Książki zaś i ich misja na kolejnym, bynajmniej nie na drugim.
Książka to przygoda. Szczególnie książka historyczna. Na tym mechanizmie przez całe życie woził się Paweł Jasienica, doskonale rozumiejąc, że bez zaskakujących treści nie można czytelnika w żaden sposób przekonać do historii. Czy taki mechanizm jest wbudowany w treść tej serii. Zakładam, że nie. I nie mówcie mi, że nie mogę tego oceniać, bo nie czytałem. Wystarczy przejrzeć tytuły rozdziałów. Są one boleśnie przewidywalne i mydlane, podręcznikowe i „poważne” czyli stanowią konglomerat cech, który zniechęca czytelników do historii. Zachęca za to do kupna – taka myśl stała za ideą tego projektu, jestem pewien – albowiem ładnie to wygląda na półce. Moim zdaniem nieładnie. No, ale co kto lubi. Seria jest projektem państwowym i dzięki niej każdy, kto ją zakupi będzie miał w biblioteczce emanację siły państwa. W postaci pudełek makaronów z dziwnych krajów położonych gdzieś na Bliskim Wschodzie. – Można i tak – jak mawiała moja pani od polskiego.
W opisie czy raczej uzasadnieniu, jakie znajdujemy w sieci, przedstawionym przez autora i wydawcę znajdujemy w zasadzie same kurioza. Może je zacytuję, żeby nie było, jak zwykle, iż czepiam się bez sensu. Mamy więc takie oto zdanie na samym początku tej samochwałki:
– Założeniem projektu od początku było niewchodzenie w mocne stereotypy historyczne i podręcznikowe.
Potem zaś znajdujemy w tekście coś takiego:
Książki w płóciennej oprawie nawiązują do starych podręczników – zdanie to nie pochodzi od wydawcy czy też autora projektu, ale od człowieka, który opisywał to rzekome dokonanie. Niczego to jednak moim zdaniem nie zmienia. Wręcz podkreśla chaos jaki panuje w myślach ludzi zajmujących się książkami i pragnących – przy minimalnym wysiłku – wypromować produkt słaby i nieczytelny. Jak można napisać, że założeniem było nie wchodzenie w stereotypy podręcznikowe, a potem, że książki nawiązują do podręczników? No i jeszcze to:
– Inspiracją były dla mnie między innymi »Roczniki Warszawskie«, stara seria PIW-u, na którą trafiłem podczas swoich antykwarycznych poszukiwań. Jej lekko wypłowiała, bardzo subtelna paleta kolorystyczna sprawiała, że poszczególne tomy były różne, ale razem tworzyły niezwykle spójną całość. To zresztą coś, co bardzo lubię w dawnym projektowaniu książek – rozwiązanie może mieć kilkadziesiąt lat, a nadal wydawać się świeże
Naprawdę założeniem projektu było niewchodzenie w mocne stereotypy historyczne i podręcznikowe?
Projektant inspirował się tym:
https://antykwariatwaw.pl/pl/p/Rocznik-Warszawski-VI-Redakcja-Herbst-Stanislaw-1967/162820
I za tę inspirację został nagrodzony. Dowiadujemy się jeszcze, że projektant „świadomie żonglował konwencjami”. Niestety, ja mam już trochę lat i jak słyszę, że autor czy projektant robił coś świadomie, na przykład świadomie żonglował, to wiem, że wszystko robił „na odpieprz się” albo zżynał. I faktu tego nic nie zmieni, albowiem jest on podparty doświadczeniem wielu bardzo ludzi.
Recenzja tej nagrody ma przekonać ludzi nie rozumiejących po co jest książka, do zasadności tego projektu i talentu projektanta. Tymczasem mamy do czynienia z szarym mydłem upakowanym ciasno do kartonowego pudełka. W środku zaś jest jeszcze trochę szarego mydła. Wszystko zaś po to, by Polacy nie interesowali się historią, a także po to, by wydawać certyfikaty jakości na szarym papierze pozyskany z rozpakowanych paczek ze wspomnianym mydłem.
W pewnym momencie w tekście pojawia się takie oto zdanie:
– Chcieliśmy stworzyć książki współczesne, ale nie modne. Takie, które dzisiaj będą wyglądały aktualnie, ale za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat nie staną się przykładem jednego bardzo konkretnego trendu graficznego.
Stworzenie książek współczesnych ale nie modnych jest rzeczą najłatwiejszą na świecie, myślę że nawet ja mógłbym to zrobić. Żyjemy przecież współcześnie, więc wszystko co robimy ma taki właśnie charakter. Wystarczy więc coś wrzucić na okładkę i mamy gwarancję, że będzie to współczesne, ale nie modne, albowiem do kreowania mód nie używa się grafików projektujących okładki. To znaczy nie używa się ich w Polsce. Bo gdzie indziej jak najbardziej, można eksperymentować z projektami, które stają się później trendami w modzie.
Nie przypuszczam też, by za kilkanaście lat ktoś zastanawiał się czy okładki te są przykładem konkretnego trendu graficznego. Co samo w sobie jest bełkotem, bo jeśli okładki mają być niemodne, jak mogą być potem interpretowane jako trend?
Wszystko to są uzasadnienia mające – moim zdaniem – przykryć rzecz najważniejszą – nagrody dla słabych projektów mają wspomagać ich sprzedaż. I tu dochodzimy do konstatacji, która znalazła się już w tekście wczorajszym – żeby zdewastować sztukę, trzeba przesunąć budżet i skierować go ku tym, którzy mało lub wręcz nic nie potrafią. Odmawiając finansowania ludziom zainteresowanym istotnie twórczością i posiadającym talent. Motywacja takich działań jest prosta – jedni są nasi, inni są „nie-nasi”. Innej nie ma. Nie mówię, że tu chodzi akurat o tego konkretnego grafika, który zapewne coś tam dłubie dla PIW-u, ale o istotę zjawiska. Jeśli nagle triumfują brzydkie i głupie dzieła i projekty, ma to związek ze sposobem finansowania sztuki, a nie z tym, że zmieniły się gusty. To jest tłumaczenie dla idiotów, albowiem żeby wprowadzić nowy trend na rynek potrzebne są spore pieniądze. W dodatku dystrybuowane w sposób nieoczywisty i wymagające nieoczywistych uzasadnień, korespondujących ze słabym rozeznaniem odbiorcy w temacie, pełnym sprzecznych, skopiowanych bez zrozumienia formuł. Tak było, jest i będzie.
Żeby zaś zainteresować czytelnika historią trzeba opowiedzieć jakąś historię na okładce. Nie wiedzę innego wyjścia. Seria zaś, rozumiana w sposób tu prezentowany, to produkt z głębokiej komuny. Dobrze rozpoznawany przez tych, którzy poszukując przygody penetrowali księgarnie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Czy ta przygoda była wtedy w księgarniach? Na pewno nie było jej poza księgarniami. To pewne i stąd brały się sukcesy wydawnictw, serii i poszczególnych tytułów. Dziś jednak nie ma księgarni, książka została zdegradowana, o tym że oferowała ona i może nadal oferować świeże i żywe przeżycia wszyscy zapomnieli. Trzeba do tego powrócić i użyć na to wszystkich sił. PIW zaś wypuszcza na rynek serię, gwarantowaną przez państwo, która w całości, bo wliczam tu także treści, wygląda na praca zespołowa naukowców popierających linię partii w czasach środkowego Gomułki.
Ja oczywiście wiem, że naszym książkom też można sporo zarzucić, no ale nie są one tak straszliwie dołujące…
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/rydwany-bojowe-boguslaw-sujkowski/
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/henryk-iv-wobec-polski-i-szwecji-1602-1610/
Książka musi być przygodą. W każdej dziedzinie. Zbiór zadań też może, np Lilavati .
Szkoda tych wszystkich pieniędzy wydanych na durne projekty.
I to nie jest tak, że nie ma w branży wydawniczej ludzi rozumiejących funkcję komunikatywną okładki. Przy różnych popularnych czytadłach nie mających aspiracji do nagród są prowadzone badania fokusowe dotyczące okładki. Zero tytułu czy nazwiska. Pyta się o odbiór obrazka.
Nawiasem, to że nie ma oczekiwań nagród nie znaczy, że nie przemyca się w tekście różnych ideologi. To miękka reklama różnych postaw. Dlatego się to drukuje. I to się sprzedaje nieźle. Bo wielu czytelników oczekuje w powieści ucieczki od codzienności. Nie koniecznie emocjonującej przygody. Często właśnie dobrze się kończącej codzienności. To prosty przepis na bestseller w tej kategorii. Jeśli ktoś akceptuje geya w rodzinie, to finalny obiad rodzinny pod choinką przebiega w atmosferze staropolskiego: kochajmy się. Proste przepisy na szczęście.
Tak, badania focusowe robi się dla Harlekinów, a dla książek poważnych wystarczy okładka z pudełka po butach
Ależ nie każdy ma tę same intencje co ty czy ja.
Chodzi o podpięcie się pod pewną modę na patriotyzm i wzięcie z tego tytułu pieniędzy. Ale z jasnym przekazem do kasjera. My tylko tak na niby, nie będzie żadnych efektów niepożądanych przez wasz, hm, budżet.
Pamiętam kiedyś trafiłam na obchody Radia Maryja na Jasnej Górze. Ojcowie zaprosili Połomskiego by zaśpiewał piosenki pamiętane pozytywnie przez obecnych.
On był chyba już na musie finansowym. Przyjechał, ponarzekał na mikrofony, głośniki itd. kilka razy coś zaczął i zbiegł że sceny do taksówki, która jakoś tak czekała na niego blisko. Ojcowie obaj stali na scenie osłupiali. Jeszcze wołali za nim, że tu bukiet na podziękowanie. Ciekawe czy wziął pieniądze z góry. Czy ktoś inny mu zapłacił za ten cyrk.
Masakra…
Okładki nie są z pudełek po butach. Nie zachowały się wizerunki z opakowań na buty z czasów Bolesława Kędzierzawego. Zachowały się wizerunki z monet. Monety na okładkach są przełamane w zręczny sposób, na serii książek ułożonych obok siebie monety płynnie przetaczają się jedna w drugą. To obraz zmiany czasów i jednoczesnie ich ciągłości. Wizualnie jest to rozwiązanie nowe i pasuje do okładek serii rozpisanej na wiele lat.
Okładka brzydka i koniecznie miękka, a druk na papierze toaletowym. Jeśli wydajemy serię to pomysł banalny i wszystko pod jedno kopyto. Dostaję w „spadku” wiele książek – mam młodzież zaczynającą czytać – najstarszy zaczął szkołę podstawową. Żona dostaje książki od koleżanek, których młodzież już idzie na studia. Te, które mnie interesują o historii to najczęściej w stylu „101 najważniejszych wydarzeń…” i teraz Polski lub Europy, świata. Pełno obrazków, ciekawe ilustracje, ale potem wychodzi na to, że na każde zagadnienie jest jedna strona. Najazd Mongołów z całym rysem historycznym na 1 stronie. Sobór Trydencki na 1 stronie – wszystko po łebkach i potem trzeba i skrótowo, jak ci od reklamy. Co piszą o Trydencie i papież – jak zawsze – reformuje kurię – ale czy jest ta reforma, na czym polega n nie wiadomo. Było coś o Henryku II Plantagenecie – wzmacniał państwo – czyli nakładał podatki.
To jest wszystko pseudoedukacja, bo ta prawdziwa nie jest potrzebna
No i?
-;))no i mają tak stać latami na półce, nie ruszane nie czytane. Bo każde poruszenie zburzy budowany obrazek. Zniknie zapewne ten efekt monet.