cze 212026
 

Wspomniałem tu wczoraj o Mikołaju Jazłowieckim i jego wyprawie na Krym. Jeden z czytelników zadał sobie trud i odnalazł wzmianki o nim w Kronice Heidensteina. Nie uwierzycie, ale Mikołaj Jazłowiecki był tym człowiekiem, który pierwszy, a polecenie króla Zygmunta Augusta, sporządził rejestr kozaków. Miał wówczas 22 lata. Uznał zapewne, że przygotowanie wojenne tych ludzi gwarantuje pewny sukces przy każdej militarnej operacji. Dwadzieścia lat po śmierci króla Zygmunta, już jako dojrzały człowiek, wpadł na pomysł, żeby poprowadzić wyprawę na Krym. Napisał nawet w tym celu do Zamoyskiego, który uważał, że takie przedsięwzięcie nie może się udać, albowiem słabość Tatarów jest pozorna, a poza tym na kozaków nie ma co liczyć. No i lepiej by było gdyby taka wyprawa firmowana była przez króla.

Jazłowiecki nie posłuchał, w czasie kiedy czambuły wyruszyły na Węgry by wesprzeć armię turecką, uderzył na Krym, ale chyba nawet nie zdołał niczego tam dokonać, bo został zdradzony przez kozaków, których na tę wyprawę zabrał. Nie wiemy dokładnie co to znaczy – zdradzony, bo nie zamordowano go na miejscu, zmarł dopiero w następnym roku. Przypuszczać można, że po prostu ograbiono go i uwięziono, a cała wielka, polityczna impreza zakończyła się rabunkiem przygranicznych osiedli.

W tym i w innych opisach zdumiewa ich powierzchowność. Nie wiemy kim byli kozacy, ilu ich było, jak się nazywał dowódca i jego podwładni. I ciągle zmagamy się z tym samym problemem – obiecali i zdradzili. No tak, a wszystko przez to, że innym obiecali właśnie tę zdradę. Poza tym nie rozumiemy, także dzisiaj, jak wielkie korzyści osobiste płyną z generowania konfliktów. Ludzie nie rozumiejący i nie akceptujący hierarchii, z którą mają współpracować, albo uważający ją za słabszą, zawsze będą zdradzać i psuć plany, albowiem z tego płyną korzyści osobiste dla nich samych. I te, jeśli połączyć je z jakimś większym planem i porządkiem, zdecydują o postawie, czy to wojska, czy to dyplomacji. I to jest moment szalenie niebezpieczny, albowiem dla owego „większego planu” zdrada może okazać się daniną zbyt małą, a tą właściwą może stać się zbrodnia na wielką skalę.

W sieci trwa dziś dyskusja na temat postawy polityków ukraińskich i ich solidarności wobec decyzji prezydenta Nawrockiego. Ludzie szukają do tego jakiegoś klucza, oceniają słowa i gesty polityków ukraińskich, a Leszek Sykulski wręcz mówi o tym, że Ukraińcy przygotowują listę proskrypcyjną, na której znajdują się nazwiska polskich polityków i działaczy, w tym także jego nazwisko. Lista ta jest jawna, dostępna i znajduje się na portalu Myrotworeć. Wszystko bardzo pięknie, pan Leszek zdobywa przez te rewelacje wielkie zasięgi, a do tego jeszcze straszy Stanisława Żaryna, że będzie – rozumiem, że po sukcesie Brauna w wyborach przyszło rocznych – rozliczał tych polskich urzędników, którzy współpracowali ze służbami Ukrainy. Zarzut jest ciężki oczywiście, ale trzeba zdać sobie sprawę, że na portalu Myrotworeć Leszek Sykulski jest w towarzystwie takich osób, jak Julia Tymoszenko, która także została uznana za wroga Ukrainy. W sprawie tego Myrotworća odbywają się jakieś polityczne tańce, a Sykulski, sugeruje, że ostatnie zabójstwo w Białej Podlaskiej, gdzie ofiarą był jakiś rosyjski niby artysta, nie jest oczywiste, albowiem dokonał do nie Rosjanin a Gruzin – w domyśle – na pewno stali za tym Ukraińcy.

Odnoszenie się w taki sposób do informacji jawnych i powszechnych, w mojej całkowicie subiektywnej ocenie, unieważnia te informacje i czyni je bezwartościowymi. No, ale nie usuwa momentu najważniejszego, czyli osobistych korzyści płynących z zaogniania konfliktu. Ludzie zaś całkowicie bezpieczni, których nie ma liście portalu Myrotworeć, z zapałem będą kibicować panu Leszkowi, bo a nuż SBU go odstrzeli i dopiero się zacznie zabawa. Nie mam zwyczaju żartować sobie z zagrożeń, a wszystko dlatego, że mam rodzinę. Jeśli jednak ktoś uważa, że takie zachowanie jest stosowne, nie powinien unikać wniosków ostatecznych. W razie czego, na pogrzeb pana Sykulskiego przyjdą tysiące ludzi. Zaangażowanie widać już dzisiaj, pod jego wpisami na iksie.

Postawa ta, jakże ryzykowna, ma wbudowany pewien chytry mechanizm. Oto natychmiast znajdują się usłużni doradcy, którzy wskazują, że Ukraińcy zawsze likwidowali tych, co dążyli do pojednania – na przykład Tadeusza Hołówko. W tym  momencie histeria się przelewa, bo nikt nie chce być zlikwidowanym Tadeuszem Hołówko, więc każdy porzuca myśl o jakimkolwiek dialogu. I na ten moment rzeczywiście nie ma co o tym mówić, bo chwila jest stosowna dla nakręcania prowokacji, a nie dla jakichś dialogów.

Wróćmy teraz do Jazłowieckiego. Jego impreza się nie powiodła, albowiem – jak twierdzi Heidenstein – kozakom zależało na tym, by konflikt był chroniczny, bo czerpali zeń korzyści. Jego likwidacja i przesunięcie granic Rzeczpospolitej oznaczało, że samo istnienie kozaków zostałoby zakwestionowane. I to jest prawda. Wobec tak postawionej kwestii wszelkie późniejsze próby porozumienia się z kozakami, nawet te wyglądające na najlepiej rokujące, to jedynie prowokacje i wyłudzenia. Nic więcej. Po jednej stronie bowiem mamy – istnienie Kozaków, zagrożone przez Rzeczpospolitą, która jest ich głównym wrogiem. Po drugiej – istnienie Turcji jako takiej, która – w myśl deklaracji składanych przez kozaków – jest stosunkowo prosta do podbicia. Kozacy w to wierzyli, choć nie ma ani jednej przesłanki, która by na to wskazywała. No, ale jest format, który stanowi pożywkę i atraktor dla części elit politycznych w Rzeczpospolitej.

Podsumowując – polska racja stanu to zajęcie Krymu, wyrzucenie stamtąd Tatarów i ucywilizowanie Ukrainy, tak jak już ucywilizowano województwo Bracławskie. Następnie wypracowanie nowego status quo z osłabioną po utracie Krymu Turcją.

Kozacka racja stanu to – chroniczny konflikt i wyciąganie ręki po pieniądze do kogo się da, w przyszłości także do Turków, albowiem obrotowy charakter ich organizacji daje osobiste korzyści starszyźnie. Ta zaś rządzi Siczą i całym wojskiem zaporoskim na zasadzie znanej z cel więziennych. I przypomnijmy tu opis rozliczenia się Rzeczpospolitej z Sahajdacznym. Pieniądze, które przywiózł poseł polski zostały rozdzielone na dwie części – połowa dla starszyzny liczącej około tysiąca kozaków, a druga połowa – dla czerni – liczącej około 40 tysięcy ludzi.

Jak to się przekłada na sytuację obecną. Polski prezydent nie unika konfliktu, co moim zdaniem jest najważniejsze. Jego decyzja doprowadziła do histerii na Ukrainie, a co za tym idzie do rozdmuchania po całym świecie informacji na temat działalności UPA na Wołyniu i w Galicji. Sieć pełna jest głupkowatych memów produkowanych przez Ukraińców, w których wskazują oni, że Order Orła Białego wręczono także Mussoliniemu, albo że udekorowani nim byli carowie Rosji. Powtórzę – prezydent dobrze zrobił, albowiem jego decyzja obnażyła modus operandi ukraińskiej propagandy. To znaczy – wszystko prócz osobistych korzyści jest na niby. I to widzimy dziś właśnie, kiedy oni oddają te ordery, które są dla nich śmieciem, podobnie zresztą jak ordery Jarosława Mądrego. Gdyby w ich hierarchii one coś znaczyły, albo gdyby Polska była istotnym elementem polityki ukraińskiej, przynajmniej dla jednej opcji w Kijowie, nie byłoby takiej solidarności. A jest. I mamy demaskację. Od czasów Mikołaja Jazłowieckiego żaden ukraiński polityk nie postawił korzyści kraju ponad korzyściami własnymi i własnej – że się tak wyrażę – bandy. I to jest polityczna tradycja, a także największym problem Ukrainy. Wyraża się ona w zasadzie we wszystkim. Oto Chmielnicki, który podporządkował Ukrainę Moskwie jest jej najważniejszym bohaterem. Doroszenko i Wyhowski – tureccy agenci – to kolejni bohaterowie. Najmniej znaczącymi bohaterami Ukrainy są ci politycy i wojskowi, którzy współpracowali z Polską. Największymi zaś ci, którzy chcieli rewolucji i do rewolucji, także bolszewickiej się przyłączali. Bo udział w rewolucji, to udział w rabunku ideologicznie uzasadnionym. To pomieszanie hierarchii nikomu na Ukrainie nie przeszkadza, bo ma jedynie uwiarygodnić stan obecny, czyli korzyści płynące z obecnego konfliktu. Co tam sobie myślą ludzie gdzieś na dole, nikogo nie obchodzi.

Polacy zaś, jak zwykle chcą coś ustalać na sztywno i kwestionować rzecz najważniejszą dla ukraińskiej polityki od czasów wyprawy Mikołaja Jazłowieckiego – chroniczny konflikt. Ktoś powie, że nie było przed 2022 rokiem żadnego chronicznego konfliktu. Był, i jest dzisiaj – chodzi o ekshumacje. To jest istota chronicznego konfliktu obecnie i właśnie oglądamy jego kolejną odsłonę.

Co jest wobec tego najważniejsze dla nas? Żeby w otoczeniu prezydenta znaleźli się ludzie, którzy taki konflikt będą potrafili wykorzystać dla dobra nas wszystkich. Bo Ukraińcy na pewno nie zechcą go wyciszyć, nie na tym bowiem polega ich polityczna tradycja. I nie będą chcieli pojednania nad grobami. Ten konflikt będzie zaogniany, a w naszym interesie leży, by było to czynione nie naszymi rękami, przy naszej pełnej obojętności na prowokacje.

Te zaś będą się mnożyć. To znaczy, ktoś – Niemcy, albo Rosjanie – będzie próbował ów konflikt przeskalować, czyli  doprowadzić do sytuacji, w której wymknie się on spod kontroli i stanie się źródłem osobistych korzyści dla grup naprawdę bardzo wpływowych. Bardziej niż cały ukraiński rząd.

Jeśli więc Leszek Sykulski potrzebuje zarobić na lepszy pogrzeb niż miał Bucholz, nie ma sensu mu w tym przeszkadzać. Jestem jednak przekonany, że będzie on żył długo i szczęśliwie, podejmując, wraz z innymi jemu podobnymi, próby przekonania Polaków, że wszyscy są zagrożeni śmiercią. Politycy zaś i urzędnicy, tacy jak Stanisław Żaryn, to współpracujący z SBU zdrajcy. To jest tym dziwniejsze, że prof. Jan Żaryn odebrał ostatnio jakiś medal od pisma zatytułowanego Myśl polska.

 

Ono zaś produkuje treści bliższe, przynajmniej przy powierzchownej ocenie, takiej jak moja, Leszkowi Sykulskiemu.

Jedno jest pewne. Polska tradycja polityczna, to tradycja poświęcania życia i majątku dla dobra publicznego. Nie mówię tu oczywiście o socjalistach, bo im jest bliżej do tradycji ukraińskiej, choćby nie wiem jakimi frazesami napchali sobie gęby i nie wiem jak głęboką nienawiść do Ukraińców deklarowali, tak jak obecnie Leszek Miler.

Łatwo jest więc, dzięki temu kluczowi, rozpoznać ludzi którzy działają w imię polskiej racji stanu, od tych którzy działają w imię jakiejś innej racji stanu. Ci drudzy osiągają osobiste korzyści w różnych wymiarach. Mam tu na myśli także sieciową popularność, którą, o czym gadamy tu od paru dni, zdobywa się niesłychanie łatwo – garbate nosy, kulisy judaizacji, listy proskrypcyjne, jestem zagrożony, ABW nic nie robi, urzędnicy są sprzedajni.

Nie ze swojej winy zostaliśmy w to wciągnięci, choć przecież wiemy, że kibicowanie w ustawionym meczu nie ma sensu. Jako Polacy i jako ludzie mamy tylko jedną opcję do wykorzystania obecnie – słuchać co mówi prezydent i nie wtrącać się w walki w politycznym kisielu, gdzie keczup zastępuje krew lejącą się z ran postrzałowych. Nie zwracajmy na nich uwagi, to sobie pójdą – może….

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)