lip 092026
 

Dziś zjadą do magazynu dwa tytuły. Ponieważ sprzedaż jest priorytetem, muszą przed nim ustąpić Rozmowy rzymskie. Opublikuję dziś po fragmencie z każdej z nowych książek. Pierwsza to – Rydwany bojowe – Bogusława Sujkowskiego, która opowiada o początku Nowego Państwa w Egipcie. Czyli tym momencie w dziejach, kiedy Egipcjanie uwalniają kraj spod panowania Hyksosów. Jak pamiętamy plemiona określane mianem Hyksosów przybyły do Egiptu z ziemi Kaanan i przez Józefa Flawiusza określane były po prostu jako Żydzi. Jak odnosi się do Hyksosów Bogusław Sujkowski, to już sami musicie sprawdzić czytając jego książkę. Dodam tylko, że okładkę projektował Rafał, podobnie jak całą szatę graficzną, bardzo w tej książce rozbudowaną.

Przypomnę też, że w teoriach na temat Hyksosów, zmienianych i modyfikowanych co pół wieku mniej więcej, pojawiają się takie oto hipotezy: wynaleźli rydwan bojowy, miecz sierpowy i łuk. Czy to była prawda? Nie wiem, ale w czasach kiedy Bogusław Sujkowski pisał swoją książkę tak uważano. Większość tych modyfikacji militarnych Rafał umieścił na okładce. Ja zaś zdecydowałem się wydać tę książkę, bo autor wziął się za temat, który mnie zawsze zaciekawia – wpływ zmodernizowanej technologii na politykę. Rydwany bojowe są jednak też powieścią, a przez to nie tracą waloru rozrywkowego. No to zamieszczam fragment i jadę do biura rozładowywać książki.

A co jest tam? — Książę patrzał długo ze szczytu pagórka w stronę zachodnią. Pustynia buro czerwonawa, pofałdowana, jak zastygłe nagle, rozkołysane po burzy morze, ciągnęła się aż do krańców widnokręgu, pusta, bez śladu życia, przerażająca. Książę bezwiednie obejrzał się. Za nim, w płaskim, długim zagłębieniu między Wzgórzami, zamierały resztki małej oazy. Jeszcze tylko parę palm, zasypanych wysoko nawianym piaskiem, zachowało liście; nędzne, półżywe, poszarzałe, ale liście. Jeszcze tylko tamaryszek, uparcie drący się ku słońcu, wystawiał prawie suche czuby spod wydm. Nikt z  orszaku nie odpowiedział. Przyjaciele księcia towarzyszący mu w tej wyprawie — koledzy szkolni czy razem z nim wychowywani — spoglądali na siebie bezradnie. Wreszcie wójt oazy Khargah, który doprowadził na rozkaz księcia orszak aż tu, do tych resztek życia, odważył się przemówić. Książę Ahmes, następca tronu władcy miasta T’opet, który jest przez boga Amona miłowany i bogom równy, zabronił w drodze i  w  zwykłych chwilach życia padania przed sobą na  twarz. Gdy więc milczeli dostojni towarzysze władcy, wójt Hasire, choć dygocąc ze strachu, gdyż zdało mu się niemal, iż popełnia świętokradztwo, pochylił się nisko i odpowiedział: — O, ty, któryś jest pierwszy między pierwszymi, nadziejo całego Kemetu, czy zezwolisz mi mówić? — Zapytałem wszystkich. Niech odpowie, kto wie. Co jest tam? — Nic, panie nasz! Tylko pustynia. Aż po krańce świata. — Kto tam żyje?

— Nikt, litościwy i mądry panie nasz! Chyba lwy, szakale… — Lwy i  szakale żywią się antylopami. A  te — trawą i  liśćmi. Więc muszą tam być oazy. — Nie znamy żadnych! — zapewniał wójt. — Ta tutaj jest ostatnią. Była raczej ostatnią, bo widzisz sam, panie, jak piasek tu zwycięża. Liczne i straszne wiatry wieją od zachodu! — Pytałem o ludzi — przerwał książę. — Jacy ludzie żyją w pustyni. Przecież ty sam, Hasire, prosiłeś mego dostojnego ojca, aby do  oazy Khargah przysłać wojsko dla osłony. Dlatego tu jestem i zbadać mam wszystko. Czegóż się lękasz, jeśli w pustyni żyją tylko lwy i szakale? Ale wójt tylko bił coraz śpieszniejsze i głębsze pokłony, lecz nie odpowiadał. Po chwili książę wskazał szerokim gestem na szczątki zamierającej oazy. — Jak zwie się to miejsce? — Narmer, panie nasz — cicho odpowiedział wójt. — Cóż tu się stało? Czy tu nie było ludzi? Czemu nie bronicie się przed piaskami? Wszak piaski wszędzie grożą zasypaniem studni i roli, lecz ludzie bronią. A tu musi być woda, jeśli palmy jeszcze żyją. — Ty widzisz wszystko, panie nasz. Woda jest pod piaskiem. — A ludzie? — Byli kiedyś i ludzie — szepnął wójt. — Za ojca mego ojca żyło tu, podobno, kilkuset ludzi. — Jakiej krwi? Wójt zwlekał nieco z odpowiedzią. Sam miał kolor skóry zbyt ciemny, zbyt w szarawym odcieniu, jak na czystej krwi Egipcjanina.

Szepnął: — Jak tu, w oazach, wszędzie, nadziejo nasza! Trochę Libii, trochę Wawat, trochę naszych… Po chwili dorzucił pośpiesznie: — Podobno kobiety tu były bardzo piękne. — Aha. To mogło skusić. Kto napadł? Wójt odpowiedział dopiero po wymownej pauzie. Zerknął przy tym ku północy: — Oni, panie nasz. Książę zrozumiał. Od najazdu plemion azjatyckich obejmowanych wspólną nazwą „Hyksosi” minęło już ponad sto lat; od tej pory, jeśli wysłannicy tych groźnych najeźdźców, którzy osiedlili się w  Dolnym Egipcie, pojawiali się na  południu, to tylko władcy małych państewek, na  jakie rozpadł się Egipt, mieli z nimi do czynienia, a przecież strach, aż zabobonny, był powszechny. — Tak? — zapytał usiłując pozostać chłodno-obojętnym. — Przecież tu nie docierają. Oazy nie widziały ich dawno. Czegóż się lękasz? — Od Dakkah przychodzą złe wieści! — szepnął wójt. Dakkah to była wielka i zamożna oaza położona daleko ku północy, słynąca z garncarzy, których wyroby znane były aż w Fenicji. Ale Hyksosi takich zdobyczy nie cenili. — Chyba przesadzasz! — uciął książę, odwrócił konia aby ruszyć z powrotem, ale niepokój, którego już nie ukrywał znany z wierności i doświadczenia urzędnik, udzielił się i jemu. Zapytał więc po chwili łaskawiej: — Czemu więc prosiłeś o żołnierzy?

Wójt ożywił się natychmiast. Nawet zapomniał o należnych pokłonach, tylko zaczął recytować przemyślaną widać dobrze prośbę: — Panie nasz, nadziejo i łasko! Ty, któryś jest wielki przed Ra! Ty, któryś jest bliski sercu Sa-Ra, pana świata, Kamoze — oby żył w szczęściu i zdrowiu! Oto prośba mieszkańców oazy Khargah, którzy są pyłem pod twymi stopami, ale pyłem wiernym i pracowitym: przyślij nam wojsko! Aby ustąpił lęk z serc naszych, abyśmy mogli pracować spokojnie i nasze miecze, okucia, oszczepy — wszystko nieudolnie, ale pracowicie wykonujemy — abyśmy mogli składać na każde wezwanie. A też, aby nasze kobiety mogły rodzić spokojnie dzieci i wychowywać je… Wójt stał nie spuszczając oczu z twarzy zamyślonego wciąż księcia. Wyraźnie odetchnął słysząc łaskawe pytanie: — Ileż chcecie tego wojska i gdzie je pomieścicie? — O, wspomagany przez bogów panie nasz, dwie setki. Dla tylu jest miejsce w budowlach starej kopalni, tej, co za świątynią. I też prosimy, aby byli z pułku Anat! O, tak, z pułku Anat! W drugim i trzecim oddziale są tam ludzie zżyci z pustynią! I czczący, tak jak my, boginię Neftis… Książę popatrzał na mówiącego z ciekawością, pod którą poczynało budzić się jakieś podejrzenie. Ludność małych osiedli zwykle nie lubiła narzucanego sobie wojska. A ten wójt nagle prosi i wyraźnie podsuwa, jakie mają być oddziały. Przy tym — wie chyba dużo! To właśnie pułk Anat stoi po lewej stronie Jotru, w księstwach, które ostatnio przyjęły zwierzchnictwo władcy T’opet, i oczywiście oddziały z tego pułku należy wysłać do odległej osady. Ale czemu drugi i trzeci? Czyżby ta prośba wychodziła nie od wójta, nie od kenbet, staroświeckiej rady zarządzającej osadą?

Te rady zaginęły już w dolinie Jotru, gdzie dawne wspólnoty wiejskie rozpadły się i ziemię posiada albo jakiś bogacz, właściciel wielkich majątków, albo — coraz rzadziej! — samodzielnie gospodarujący chłop, lecz w takich zakątkach jak ta oaza zachowały się, choć już tylko z rolą doradczą. Może to oficerowie tych oddziałów podsunęli wójtowi taki pomysł? Liczą, że daleko od pułku, daleko od oka per’o i wodzów będą sobie żyć wygodnie i odpoczywać. Jacy oficerowie są w tych oddziałach? Drugim dowodzi Kheti, który odznaczył się w  walkach z  Nubijczykami, trzecim — Sankhere, sławny z męstwa i zimnej krwi. Nie, ani jeden, ani drugi nie należą do ludzi, których można by podejrzewać o chęć wymknięcia się spod nadzoru… Ciekawe! Nie odpowiedział na prośbę, zachowując sobie decyzję na później, rozejrzał się raz jeszcze po zamierającej oazie i rozkazał: — Wracamy do Khargah. — Czy nie każesz, panie nasz, napoić koni? — zapytał Montemheb, oficer z pułku Geb, dowodzący orszakiem księcia i będący zarazem jego zaufanym przybocznym. — Droga daleka, przed wieczorem nie staniemy w oazie. — Wiem. Owszem, spoczniemy przez chwilę. — Może tam? — pośpiesznie wtrącił się wójt Hasire. Wskazał na skałę czerwonawą, ciemną, gdyż już jej urwista ściana odwracała się od słońca. U podstawy kładł się wąski pas fioletowego cienia, obiecującego ochronę choć dla głów. Książę skinął dość obojętnie, ledwie spojrzawszy we wskazanym kierunku, i ruszył, a za nim cały orszak, rad odpocząć i choć na  chwilę skryć się przed dokuczliwym nawet dla nich żarem pustynnego słońca. Obok wskazanej przez wójta skały rosły trzy palmy, usychające już i nędzne, ale zawszeć palmy. Miło choć popatrzeć na parę liści wśród tej martwej, żółtej pustki. Książę Ahmes pojechał przodem, oddaliwszy się na  parę kroków od orszaku, rozglądając się wciąż po pustyni. Zdawała się jednakowa we wszystkich kierunkach. Jak mieszkańcy tutejsi trafiają? Jak choćby ten wójt umiał doprowadzić ich tutaj, do tej zamierającej oazy? Wschód jest tam, zachód tam, to można oznaczyć według słońca, ale dokładny kierunek marszu? Doliny między wydmami są wszystkie podobne, a  przy tym kręte, bezładne, rozbiegają się w różne strony, dzielą, łączą. A te wydmy, pagórki suchego piasku, zmieniają przecież kształty i położenie po każdym wielkim wietrze. W pewnej chwili książę wstrzymał konia. Już dojeżdżali do podnóża wybranej skały, już konie poczynały węszyć i lekko chrapać, jakby czując bliskość wody czy ciesząc się z cienia. W tym miejscu — przez jakiś kaprys natury wiatr załamywał się chyba w ostatnich dniach — nawiane stożki piasku nie sięgały pod samo urwisko. Pozostawał pod nim pas równy, twardy, szeroki na jakieś osiem, dziesięć kroków. I  na  tym pasie, już w  szarości cienia, widać było ślady kopyt końskich. — Tent-htor! — zakrzyknął Montemheb, który znał język najeźdźców i parokrotnie już podróżował do ich nadmorskiej twierdzy, stolicy Ha-uart. — To ślad hyksoskiego tent-htoru! Pochylił się nisko z konia, przyglądając się śladom, aż wyprostował się śpiesznie, zdumiony wyraźnie. Ahmes dojrzał to i rozkazał zaraz: — Mów wszystko! — Panie nasz, to… to nie jeden tent-htor tędy przejeżdżał! Wiele!

 

Kolejna książka to Wojna Brandenburska Ludwika Kubali, czyli ta cześć Potopu Szwedzkiego, która zaczyna się od bitwy pod Warszawą, a kończy na najeździe Rakoczego. Tekst jest tak piękny i dramatyczny, że nie ma co za dużo o nim mówić. Oto fragment:

Historiograf szwedzki Samuel von Pufendorf, współczesny Karolowi Gustawowi i wielbiciel tegoż króla, zapisał, nie bez powodów, w swoim wiekopomnym dziele następujące nieprawdopodobne zdarzenie:

„Godne pamięci – pisze – że tegoż dnia, gdy Rakoczy połączył się z Karolem Gustawem, oboźny Eryk Dahlberg, jadąc przodem w towarzystwie kilku jeźdźców, celem oznaczenia kwater, zobaczył na drodze Polaka, który leżał w znak z dwoma kulami w piersiach, oczy miał zamknięte, z ust krwawą pianą toczył. Kazał go z litości dobić, a gdy jeden z towarzyszów przyłożywszy pistolet do czoła, wypalił, ranny palcami prawej ręki w mózgu wypływającym i w krwi brodził. Więc drugi strzelił mu między oczy i wyższą część czaszki zgruchotał, a Polak mimo to obiema rękami za ranę chwytał. Następnie kilkakrotnie przebito mu serce, a on za każdym razem kurczył nogi, rękę do piersi podnosił. Dźgali go sztychami po całem ciele od brzucha aż do gardła, bili z pistoletów w głowę i piersi – on ręce i nogi kurczył, chrapiąc przytłumionym głosem jak gdyby pragnął przemówić ze zdziwieniem wszystkich, że po tylu strasznych obrazach przy zmysłach pozostał. Trwała ta tragedya pół godziny, zostawili go przy życiu, bo go w żaden sposób dobić nie mogli”.

Ten niedomęczony człowiek przedstawiał Polskę, której nieprzyjaciel pokonać nie był w stanie. Była zniszczona – dziki wróg Szwed, Brandenburczyk, Siedmiogrodzianie, Wołosi, Kozacy palili, grabili, tratowali, wszędzie pustkowie zostawiając – dwory szlacheckie w popiołach, zamki spalone w gruzach jak straszydła stały, miasta jak otwarte groby. Zator śmierci drzwiami i oknami wpadał do pustych chałup wieśniaczych. Trupy na podściółce opuszczenia, boje gryzły ziemię, zagłada jak ptak drapieżny zawisła nad tą częścią Rzeczpospolitej, która bez Krakowa, Poznania, bez Prus, Litwy, Polesia, Wołynia, Podola, Ukrainy broniła swego życia uporczywie i zdołała sama bez obcej pomocy uporać się z wrogami, mimo rozterek wewnętrznych, mimo braku jednolitego kierunku, mimo zwątpienia ludzi małej wiary, co oglądając się dokoła siebie, puste garnki przy ogniu stawiali, aby je sąsiedzi napełniali.

„Ich muss aus dem polnischen Wesen heraus – powiedział Karol Gustaw, opuszczając Polskę – mit diesen Barbaren wird nichts ausgerichtet, mag man sie schlagen so viel man will”. Rudawski nazwał okres trzeci Siedmioletniej Wojny Północnej Wojną Brandenburską – o tyle słusznie, że kurfirst w tym okresie staje do boju nie jako lennik pruski Karola Gustawa, ale jako niezależny władca i pan w Wielkopolsce, potężniejszy od Szweda, którego siły w ostatniej kampanii tak stopniały, iż więcej jak 12 000 ludzi nie zdołał wyprowadzić w pole i utrzymać się w polu nie był w stanie wobec wielkiej armii, którą Jan Kazimierz ściągnął pod Warszawę, aby odzyskać stolicę, zagarnąć szwedzką załogę i nagromadzone łupy.

Karol Gustaw, szukając ratunku u kurfirsta, który miał 20 000 gotowego wojska i robił nowe zaciągi w Marchii, na Pomorzu i w Prusach, zawarł z nim nowy traktat w Malborgu 26 czerwca 1656 r. i oddał mu w udzielne władanie województwa poznańskie, kaliskie, łęczyckie, sieradzkie i ziemię wieluńską, całą niemal właściwą Wielkopolskę, byle się z nim połączył i ruszył na odsiecz Warszawie, bo to był wrzód w gardle Szweda. Kurfirst zobowiązał się całą siłą w tym roku na Polskę uderzyć i zawarłszy traktat w Malborgu, wypowiedział wojnę królowi polskiemu. Tłumaczył się, że zagrożony ze strony szwedzkiej i polskiej, zmuszony był połączyć się z Karolem Gustawem, ale zapewniał, że nie zaniecha niczego, co może doprowadzić do pożądanego pokoju, jeżeli się okaże, „że WKMCI więcej leży pokój na sercu, niż niepewne rozstrzygnienie sprawy orężem”[1].

Karol Gustaw żywił nadzieję, że byle dał odsiecz oblężonej Warszawie, będzie mógł cały ciężar wojny w Polsce złożyć na barki swego sprzymierzeńca.

W krytycznym był położeniu: pragnął co prędzej zająć Gdańsk, aby się utwierdzić w posiadaniu Prus Królewskich – a tu Holendrzy wysłali flotę, złożoną z 42 okrętów, które w przededniu bitwy pod Warszawą (27 lipca) stanęły w porcie gdańskim; Dania groziła zerwaniem pokoju, a co gorsza, car rozpoczął wojnę, spustoszył Karlię i Ingrię, ogołoconą z wojska, i lada dzień można się było spodziewać wieści o wkroczeniu Moskali do Inflant. W tym starciu pragnął załatwić się jak najprędzej z królem polskim, więc zawarłszy sojusz z kurfirstem, wyruszył 29 maja z Pasłągu (Pr. Holland) na Pr. Marek, Laszyn (30 czerwca), Brodnicę (1 lipca), gdzie zabawił kilka dni, na Bryńsk (4 lipca), Kuczborg (5 lipca), Szreńsk (6 lipca) do Płońska (7 lipca) i stanął 8 lipca równocześnie z margrabią badeńskim w obozie szwedzkim pod Nowodworem, gdzie go czekała armia, którą był wysłał na odsiecz Warszawy, i gdzie on sam czekał niecierpliwie na przybycie kurfirsta.

Szwedzi stali w dwóch warownych obozach. Większy – królewicza Jana Adolfa i Wrangla, gdzie dziś twierdza Modlin, rozciągał się aż do Zakroczymia, mniejszy – Duglasa, jakie 3 000 kroków na wschód, obejmował wieś Pomiechowo w pobliżu ujścia rzeki Wkry do Narwi. Postawili dwa mosty: pod Nowodworem na Narwi a pod Zakroczymiem na Wiśle, ale zerwali je na wieść o zajęciu Warszawy, bojąc się podjazdów polskich, które im dokuczały. Pułkownik Szembek[2], wysłany przez Gosiewskiego, zajął im 25 czerwca 1 000 koni na pastwiskach, zniósł trzy szwadrony i wziął 60 jeńców; sam Gosiewski zabrał 500 koni, a Szembek twierdził, że Szwedzi od czasu zajęcia Warszawy stracili 3 000 koni i 2 000 ludzi.

Karol Gustaw dowiedział się o kapitulacji Warszawy 4 czerwca w Bryńsku. Stanąwszy w obozie, kazał natychmiast stawiać most na Narwi, a chcąc zatrzymać Polaków, a zwłaszcza Czarnieckiego, pod Warszawą, wysłał na drugą stronę Wisły generał-majora Bötkera, który się pojawił pod Błoniem 10 lipca. Sam król zmuszony był na razie bronić Prus na linii Narwi, zagrożonej przez Gosiewskiego. Najważniejszymi punktami na tej linii były Pułtusk, Ostrołęka i Tykocin, oblegany od dziewięciu tygodni przez szlachtę podlaską. Na odsiecz Tykocina wysłał 10 lipca Duglasa i ks. Bogusława Radziwiłła w 3 000 ludzi; kazał zniszczyć wszystkie mosty i statki na Narwi i wezwał kurfirsta, aby wyprawił część swego wojska celem zasłonięcia Duglasa, a jakie 800–1 000 dragonów do Ostrołęki.

Duglas rozpędził Mazurów i Podlasian, zanim im Gosiewski przybył na pomoc[3], i wrócił z Radziwiłłem i ze skarbami Janusza Radziwiłła, złożonymi w Tykocinie[4], do Nowodworu. Tymczasem w nocy 23 lipca nadeszła wiadomość, że Gosiewski przekroczył ponownie Bug pod Wyszkowem, zajął Ostrołękę i stanął pod Pułtuskiem. Król wyprawił natychmiast feldmarszałka Wrangla, kazał mu połączyć się z Waldekiem i czekać na swoje przybycie półtorej mili przed Pułtuskiem. Ale Gosiewski, przeprawiwszy się spiesznie przez Narew, cofnął się do Warszawy, a Karol Gustaw wrócił do obozu 17 lipca – w tym samym czasie, kiedy kurfirst ze swoją armią nadciągnął do Zakroczymia.

Zaraz następnego dnia postanowili ruszyć pod Warszawę. W razie zwycięstwa chciał Szwed traktować o pokój, w razie niepowodzenia liczył na pomoc Kozaków i Rakoczego.

Do Sztokholmu, do Rady państwa pisał 27 lipca, że w traktatach z Polską zamyśla Kozaków wziąć w opiekę i będzie się starał poróżnić ich z Moskwą, co mu nie mało korzyści przyniesie, bo siła Kozaków ma większe u niego znaczenie niż przyjaźń Polaków[5]. Do Chmielnickiego pisał, że car jest oburzony na Szwedów, że w porozumieniu z Żołtareńką buntują Kozaków, aby ich oderwać od Moskwy, rozpoczął wojnę. Zapewniał, że gotów bronić wolności kozackiej i żądał, aby go hetman jak najprędzej powiadomił o swoich zamiarach i doniósł, czy sobie życzy przystąpić do związku i nawiązać tajemną korespondencję[6]. Posłom szwedzkim w Siedmiogrodzie polecił, aby natychmiast przystąpili do traktatów z Rakoczym, ale nic nie podpisywali, dopóki nie otrzymają dalszych rozkazów[7].

Kurfirst, jak wspomniano, przybył dopiero 27 lipca do Zakroczymia. Szedł powoli, jakby w nadziei, że się wojna zakończy pokojem, jakby się obawiał, że złączywszy się z królem szwedzkim, porwany zostanie prądem bez powrotu. Potrzebował dziesięciu dni, aby przebyć dziesięciomilową przestrzeń ze Szreńska do szwedzkiego obozu. Gdy przekroczył granicę Księstwa, otrzymał był ostatnie napomnienie[8] ze strony Jana Kazimierza; teraz czekał odpowiedzi na list, który wysłał 11 lipca do Warszawy z Królewca z wypowiedzeniem wojny.

Razem z kurfirstem wyjechał z Królewca francuski dyplomata de Lumbres[9], ale pospieszył przodem do Karola Gustawa po instrukcję i udał się spiesznie do Warszawy, aby powstrzymać kroki wojenne.

Tymczasem w Płońsku w drodze do Zakroczymia kurfirst odebrał odpowiedź Jana Kazimierza na list z 11 lipca. Król wyrzucał mu, że posługując się kłamstwem, złamał zaprzysiężoną wiarę i nakazywał, aby w przeciągu trzech dni ustąpił z wojskiem z Królestwa, w przeciwnym razie i on sam, i jego poddani będą traktowani jako nieprzyjaciele Rzpltej. Jednocześnie prymas imieniem senatu zwracał uwagę kurfirsta na następstwa jego postępowania

 

 

 

Rydwany bojowe. Bogusław Sujkowski

 

 

 

Wojna brandenburska. Ludwik Kubala

 

[1] Kurfirst do króla z Królewca 1 lipca (s. k.) 1656. Rudawski, S. von Pufendorf De rebus gestis Friderici Wilhelmi Magni Electoris

[2] Twardowski.

[3] Król do Gosiewskiego 16 lipca 1656, aby szedł pod Tykocin. Akad. Umiej., Rpis Pusłowskiego XXVII, k. 213.

[4] „Gdy o wzięciu Warszawy wieść doszła, Karol Gustaw poszedł pod Nowy Dwór, a mnie wyprawił na odsiecz Tykocina w 3 000 ludzi, skąd najkosztowniejsze rzeczy wyniosłem i wróciłem, kiedy coniunctio armorum (z kurfirstem) stanęła“. Autobiografia ks. Bogusława Radziwiłła.

[5] Karol Gustaw do Rady państwa z Nowodworu 17 lipca 1656 (st. kal.) Archiw. J. Z. R. III, cz. 3, t. VI, s. 128.

[6] „…interiorem aliquam corespondentiam nobiscum instituere et in mutuam societatem venire”. Karol Gustaw do Chmielnickiego z Nowodworu 15 lipca 1656 (st. kal.). Data widocznie błędna, skoro wrócił do Nowodworu 27 lipca, powinno stać 5 lipca st. kal., bo list do Chmielnickiego wysłany był na ręce posłów szwedzkich do Siedmiogrodu. Tamże, s. 127.

[7] Karol Gustaw do posłów szwedzkich w Siedmiogrodzie z Nowodworu 3 lipca i 6 lipca 1656 (st. kal.), A. Szilagyi, Transsylvania et Bellum Boreo-Orientale, t. II, str. 142 i 156, gdzie wspomniano o liście Karola Gustawa z Nowodworu 3 lipca.

[8] Fragstein, Rel. ad Imp. Vars. 14 Julii 1656. Oryg. arch. tajn.; A. Walewski, Historia wyzwolenia Polski, t. 1, str. 230.

[9] „Le plus habile négociateur de son temps“. Böhme, Act. pac. Oliv. I, Observ. VIII; A. Walewski, Historia wyzwolenia Polski, t. 1, str. 239.

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)