Miałem dziś pisać o czymś innym, ale muszę wrócić do Powstania w Warszawie. Wydawnictwo Poznańskie wydało w roku 2017, a więc już jakiś czas temu, wspomnienia z Powstania, które w zasadzie przeszły bez echa. To znaczy w sieci nie podniósł się żaden szum po ich opublikowaniu, a moim zdaniem powinien. Rzecz reklamowana była, jako cudem odnaleziony, autentyczny pamiętnik z walk powstańczych. Jego autorem zaś jest Janusz Rola Szadkowski, który służył w kompanii chroniącej komendę główną AK przy ulic Jasnej. Czyli trochę po skosie od kwartału ulic zajętego przez kompanię Lewar i opisywanego przez jej dowódcę Jana Piotrowskiego.
Różnica pomiędzy tymi książkami jest kolosalna i szokująca. Rola-Szadkowski pisze swoje wspomnienia rok po Powstaniu, kiedy jest w amerykańskiej strefie okupacyjnej i służy w amerykańskim wojsku. Można mu wiele wybaczyć, albowiem jest młody, ma 21 lat, a w czasie Powstania był o rok młodszy. Jego jedynym zainteresowaniem zaś w początkach sierpnia 1944, było wzięcie udziału w akcji oraz nawiązanie znajomości z dziewczętami. Zastanawiam się czy rzeczywiście te pamiętniki były „cudem odnalezione” czy może ktoś je przetrzymał, przez tyle lat, by nie wywołały zbyt dużego szoku u czytelników, w tym u samych Powstańców, być może walczących z Rolą-Szadkowskim na jednym odcinku.
Nic tu nie jest takie jak u Piotrowskiego, ale pewnie dlatego, że Rola-Szadkowski nie jest dowódcą, a zwykłym żołnierzem. Jak na żołnierza jednak, strzegącego komendy głównej zachowuje się trochę zbyt swobodnie. Przeczytałem kilkanaście pierwszych stron książki i jestem może nie w ciężkim, ale jednak w szoku. Powstańcy plądrują magazyny, rekwirują czy też kradną, bo do końca nie można się zorientować, ubrania i buty. Po drugiej stronie Świętokrzyskiej – trochę po skosie – Piotrowski organizuje szwalnie, w której krawcy, znajdujący się w jego kwartale szyją z dnia na dzień, a raczej z nocy na noc, granatowe mundury dla żołnierzy – bo nie ma innego materiału. Inny fason dla mężczyzn inny dla kobiet. Oczywiście, materiał pochodzi z zarekwirowanych magazynów, ale nikt nie pisze, że zagarnął tyle a tyle jakiegoś dobra i zaniósł to na kwaterę. Kiedy powstańcy przy Czackiego dostają trochę wina, zostaje ono podzielone pomiędzy dowódcę, a oddział, który je zdobył. I pozostaje do dyspozycji oficerów, na szczególne okazje. Do czego były powstańcom z Jasnej potrzebne te wszystkie rzeczy trudno dociec, albowiem na kolejnych stronach pisze Rola Szadkowski i bombardowaniach i płonących budynkach w śródmieściu, o trupach, gruzach i pożodze.
Nie mam zamiaru podważać autentyczności pamiętnika, zwłaszcza, że na skrzydełku okładki znajdują się fragmenty rękopisu, a na drugim zdjęcie autora, ale z daleka, tak że nie można w ogóle rozpoznać twarzy i postaci, pozwolę sobie jednak na kilka uwag. Rok po Powstaniu, jego uczestnik pisze, że kilka dni po wybuchu chodzili w patrolach na Wolę, żeby sprawdzić co się tam dzieje. Pisze, że plac Starynkiewicza został zdobyty przez Powstańców, a po kilku dniach opuszczony, uczestniczy – w początkach Powstania – w ataku mającym umożliwić żołnierzom ze Starówki przebicie się do Śródmieścia. Pisze, że bombardowania koncentrowały się na północ od Alei Jerozolimskich, w rejonie Ogrodu Saskiego, a przecież sam się znajduje na północ od Alei Jerozolimskich, dwie przecznice od tego ogrodu.
Powstanie na Ochocie nie wypaliło, Niemcy i żołnierze jednostek kolaboracyjnych zajęli okolice Placu Starynkiewicza i zachodnią Część Alei Jerozolimskich, wiem to od osoby, która tam wtedy była. Na Woli bronione były cmentarze, z których Powstańcy wycofali się do 11 sierpnia.
Wola, w ciężkich walkach broniła się więc niemal do połowy miesiąća, być może żołnierze ze Śródmieścia mogli tam chodzić i badać sytuację, ale wydaje się to trochę dziwne, szczególnie jeśli czytamy, że autor wspomnień służył w ochronie Komendy Głównej. No i jako członek tej ochrony, już w pierwszych dniach walk został aresztowany i skazany na karę, którą opisał jako stójka, za samowolne opuszczenie posterunku. Potem zaś jeszcze na jeden areszt, za to samo przewinienie.
Wpisy w pamiętniku datowane są na rok 1945, na wrzesień. Z rocznym poślizgiem – powtarzam – autor przywołuje z pamięci różne wydarzenia, których niedokładność jest zaskakująca.
Nie brałem nigdy udziału w walce, ale jak czytam, że ktoś otrzymał postarzał w ramię z rykoszetem na szczękę, to się zastanawiam czym on dostał w to ramię? Szklaną kulką? Inny powstaniec, co autor odnotowuje z nienaturalną ciekawością, być może właściwą dla jego wieku po prostu, oberwał odłamkiem w najbardziej intymną część ciała, całe spodnie miał we krwi, a opatrywały go dwie łączniczki, jedną z nich była Wanda Traczyk-Stawska – pseudonim Pączek. Wszystko to działo się podczas ataku mającego ułatwić Powstańcom ze Starówki przebicie się do Śródmieścia. Być może nie rozumiem systemu, w jakim spisywane są te wspomnienia, ale ich swobodny charakter, mieszanie zdarzeń i czasów nie jest po prostu przeznaczony dla takich czytelników jak ja. Szczególnie, że mam za sobą lekturę książki Jana Piotrowskiego, która jest napisana w całkowicie innym duchu. Okay, Piotrowski pisał po latach, mógł nie pamiętać, że w pierwszych dniach Powstania na Mazowiecką wjechał Tygrys. Na pewno jednak pamiętał, jak się wówczas pisało o kobietach. I czyni to odruchowo, używa słowa – niewiasta. Dziś już całkowicie archaicznego. Być może dlatego, że jest po prostu starszy od Roli-Szadkowskiego i ciąży na nim odpowiedzialność dowódcy. Rola-Szadkowski zaś jest młodym żołnierzem, skłonnym do żartów i różnych szaleństw.
Przedziwna wydaje mi się też opowieść o wyprawie do szpitala przy ul, Kopernika, mieszczącego się przecież naprzeciwko Komendy Policji, wyprawie, która nie przeszła kanałami, ale normalnie ulicami. W tym czasie mniej więcej Jan Piotrowski wydał rozkaz wykopania przejścia podziemnego pod ul. Mazowiecką, żeby uchronić ludzi wychodzących z jego kwartału przed ostrzałem. Rozumiem, że czytając tekst wielu rzeczy nie można sobie wyobrazić, wszystko wydaje się inne i nie ma mowy, by siedzący przy biurku i czytający książkę człowiek zrozumiał co się działo w Warszawie latem 1944 roku. No, ale jeden fragment muszę zacytować, bo wiąże się on bezpośrednio ze wspomnieniami Jana Piotrowskiego. Janusz Rola Szadkowski pisze tak:
„Około drugiej nas budzą. Major Wola. Przedstawiamy się. Grupa specjalna na rozkazy i do ochrony majora. Idziemy. Dochodzimy do Czackiego 14. Cel ataku: komenda policji. A jeśli pójdzie szybko – Uniwersytet. Cudnie. Podwórko tego domu wygląda jak po bombardowaniu. Cegły, belki, gruz, meble, coś się pali – idziemy do piwnicy. Dostajemy amunicję i granaty. O czwartej ma się zacząć. Data 23 sierpnia 1944. Mógł to być przełomowy dzień. Tak czy inaczej sytuacja poprawiła się dziś znacząco, bo komenda to był taki wrzód nie dający spokoju, a tego dnia padła i komenda i PASTA na Zielnej. Uniwersytet z braku koordynacji – niestety nie. Na początek idzie trzech: Wojtek Bergman i Boguś ze Zdziśkiem. Peem i 2 kb. Zadanie: bezustanny ogień w okna przemysłówki – komisariat policji przemysłowej – tylna ściana komendy.”
Autor jakby nie zdawał sobie sprawy, że uczestniczy w pozorowanym ataku na komendę policji. Należał do tych oddziałów, które sprowadził major Wola, czyli teoretycznie do zgrupowania „Harnaś.
Dalej jednak opis rozwija się w kierunku takim, jakby autor znalazł się w głównej grupie uderzeniowej atakującej komendę od strony Kościoła św. Krzyża, przez podziemia. No nic, nie mnie oceniać. W końcu w opisie wymieniony jest też porucznik Lewar, dowódca „od św. Krzyża”, a także porucznik Harnaś.
W pewnym momencie autor pisze – najpierw szabrujemy w mieszkaniach (…) potem na pozycje. Nie wiem, jak Wy, ale ja ten cały fragment kojarzę z tym momentem w opisie Jana Piotrowskiego, kiedy natarcie z Kościoła Św. Krzyża trafia na dużą grupę Powstańców, którzy wzięli się nie wiadomo skąd, a zajmowali się pozyskiwaniem broni. Być może moje skojarzenia są błędne, ale upierałbym się, że jednak nie. No, ale PASTA-a padła jednak 19 sierpnia, a nie 23. I teraz kwestia następująca – wspomnienia Lewara spisane w roku 1984, wydane 10 lat później, jakoś tam rozprowadzone, ale w sumie bez echa, dystrybuujemy dzisiaj my. Wspomnienia Roli Szadkowskiego, promowane jako autentyczny kawał powstańczego realizmu, odnalezione cudem, w sumie też przeszły bez echa. Piotrowski nie wspomina ani razu o Wandzie Traczyk Stawskiej i jej pseudonimie – Pączek. Być może była ona nieznaną mu łączniczką z innego odcinka. Muzeum Powstania zaś planuje wydać w tym roku antologię komiksów o powstańczych epizodach. Biorą w tym projekcie udział także nasi koledzy graficy. Nie sądzę, by znalazło się tam miejsce na epizod opisany przez Jana Piotrowskiego i Janusza Rolę-Szadkowskiego. Może szkoda, bo mogłaby być z tego jakaś dyskusja. Nieco głębsza niż powierzchowne ekscytacje, na które – jak przypuszczam – liczył wydawca wspomnień Roli-Szadkowskiego.
Co ciekawe, jego siostra – Renata – w wywiadzie dostępnym na stronach Muzeum Powstania nie potrafi sobie przypomnieć ani gdzie dokładnie brat walczył, ani też jaki miał pseudonim. Janusz Rola Szadkowski wrócił do kraju w roku 1946, zmarł w roku 1982, w wieku 57 lat.
No nic, na dziś to tyle. Teraz ogłoszenia.
Prócz starych ogłoszeń mam jeszcze jedno nowe – do każdego zamówienia powyżej 200 złotych dokładamy memiks „Świat w ciemnościach”.
Zostało nam jeszcze 37 egzemplarzy książki Jana Piotrowskiego
Mamy nowy numer nawigatora, specjalny, poza prenumeratą, poświęcony Powstaniu Warszawskiemu
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/
No i ogłoszenia. Jeśli ktoś chce pogadać z Valserem, powinien zapisać się na konferencję 5 września, która odbędzie się w Drzonkowie pod Zieloną Górą. Wczoraj Valser zapowiedział swoje przybycie. Można się też zapisywać bez względu na niego.
Dzień przed konferencją wygłoszę pogadankę w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Temat – Czy król Stefan Batory został otruty? Początek o godzinie 15.00 bo muszę się spieszyć do Drzonkowa.
Jakiś pan zwrócił mi uwagę, że zbieram pieniądze na Saszę, a przecież powinien on iść do pracy. Nie wiem co powiedzieć w takiej chwili. Mam zamiar wyrzucić tego czytelnika ze swoich profili i blogów. Sasza bowiem jeździ do pracy, na Żerań. Praca ta jednak nie pokrywa kosztów jego życia tutaj, w tym kosztów wynajmu i utrzymania dziecka. Jesteśmy więc jak w sytuacji z wczesnych lat siedemdziesiątych, tyle że nie ma mamy, bo umarła. No, ale dziecko z kluczem na szyi, chodzi wokół domu, a ojciec w robocie – 30 km dalej, bez samochodu. I na to przychodzi do mnie człowiek i mówi – pan propagujesz socjalizm. Na razie czekam na przeprosiny. Jeśli nie nastąpią – do widzenia. I podobnie będzie ze wszystkimi, którzy tę kwestię postrzegają w taki sposób.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification