W znakomitym filmie „Admirał”, opowiadającym o życiu holenderskiego admirała Michaela de Ruyter, mamy taką oto scenę – szef rządu niderlandzkiego, znakomity matematyk, specjalizujący się w ubezpieczeniach, Jan de Witt, mówi w zaufanym gronie, że nie może zdradzać narodowi metod, jakimi się posługuje w polityce. I do tego jeszcze się tajemniczo uśmiecha. To piękna scena, bo de Witt jest pewny siebie, stanowczy i przekonany o swoich racjach.
Wszyscy wiemy, jaki był koniec Jana de Witt i jego brata Cornelisa, widzimy to na obrazie – „Szubienica braci Witt”, gdzie obaj wiszą za nogi, wykastrowani i wypatroszeni. Lud bowiem, któremu Jan de Witt nie mógł zdradzać tajemnic zarządzania państwem, postanowił wyjaśnić swojemu premierowi, co myśli o jego rządzeniu. Oczywiście – można powiedzieć, że to nie lud, a bojówka lud udająca, sfinansowana przez oligarchię i Londyn, przy milczącej aprobacie Paryża. Nie zmienia to jednak faktu najważniejszego – Ja de Witt, człowiek skuteczny, ale też grzeszący nadmierną wiarą we własne możliwości, zaniechał komunikacji z ludem, przeznaczając dla tego ludu, jedynie konsumpcję i igrzyska. Ci zaś, którzy lud przeciwko niemu poburzyli nawet nie wyszli z cienia. I do dziś opowiada się żarty o tym, jak to wściekli Holendrzy wypatroszyli i zjedli swojego premiera. Opowiada je w Polsce Redbad Klynstra, związany z PiS reżyser i aktor pochodzenia holenderskiego, wskazując przy tym na Tuska. Ja zaś uważam, że żart ten dotyczy przede wszystkim Mateusza Morawieckiego, który jest nawet trochę do Jana de Witt podobny. Jakby mu tak zdjąć okulary i założyć perukę…sami sprawdźcie.
Jeśli na jednym krańcu politycznego spektrum postawimy Jana de Witt, na drugim musimy postawić Churchilla. On obiecywał Anglikom krew, pot i łzy, oni to otrzymali rzeczywiście i byli bardzo zadowoleni. Bo tak naprawdę Winston Churchill obiecał im triumf. On to także rozumiał, albowiem był w posiadaniu zaklęć, które umożliwiały mu komunikację z narodem. Jan de Witt postawił wszystko na międzynarodowe gwarancje. I nie zauważył, jakie zmiany zaszły w układzie, co – przyznajmy – trochę go degraduje, jako specjalistę od ubezpieczeń.
Premier, który odstawia lud na boczny tor, nie ma dla niego żadnej oferty, poza dobrobytem, może skończyć na haku. Ten, który nie boi się mówić prawdy i straszyć, zawsze ocaleje. To jest zasada obowiązująca w każdych okolicznościach. Ten pierwszy bowiem, nieświadomie i mimowolnie, odejmuje sobie sprawstwo zdarzeń. Kokietowanie zaś publiczności, wyborców, narodu, ludu wreszcie, jak zwał tak zwał, zawsze kończy się źle. Bo publiczność zawsze wyczuje kiedy prowadzący show będzie próbował ją zdegradować i zemści się za to srodze, nawet jeśli początkowo okazywać będzie entuzjazm. Na pewno – podkreślam – zostanie ten entuzjazm przejęty przez organizacje wrogie i wykorzystany do zmiany układu. Dlatego właśnie z emocjami tłumu nie ma żartów.
Jeśli więc ktoś sądzi, że próba kokietowania młodzieży za pomocą Skolima ma sens polityczny, powinien się leczyć. Najlepiej od razu. Ludzie bowiem, którzy dziś słuchają Skolima, jutro wybiorą na swojego idola innego jakiegoś gamonia, a potem zaczną być uświadamiani politycznie od dołu. Przez cwaniaków, albo agitatorów, których istnienia nikt w Polsce nie przyjmuje do wiadomości. Cała bowiem uwaga skoncentrowana jest na próbach przypodobania się polityków i urzędników narodowi, szczególnie jego młodszej części. Próbach nieszczerych, przeszacowanych, przepłaconych i nieskutecznych. A do tego jeszcze doraźnych, bo nie wierzę, że ktokolwiek wierzy w trwałość sojuszu ze Skolimem i jego ambasadorskie właściwości, które ma demonstrować wśród ludzi swojego pokolenia i młodszych. Do udowodnienia, że układ ten będzie działał zużyte zostaną i zdewastowane wszystkie skuteczne do tej pory formaty komunikacyjne, takie jak Stanowski, który już znacznie stracił, a będzie tracił dalej uczestnicząc w tego rodzaju wygłupach, w które nie wierzą sami politycy. To jest jedna z wielu w naszej historii prób zaklinania rzeczywistości.
Lud nie może być gwarantem bezpieczeństwa polityków, to jest rzecz oczywista. Szczególnie kiedy sam czuje się słaby i kiedy nie przyznaje mu się żadnego sprawstwa, bo jego misją jest jedynie oddawanie głosów przy urnie. Lud musi być upodmiotowiony i to właśnie uczynił z ludem Anglii Winston Churchill. To samo uczynił z ludem Gierek Edward i starczyło tej podmiotowości na ładnych parę lat, zanim ludzie udzielający Gierkowi rzeczywistych gwarancji postanowili z niego zrezygnować.
Niczego takiego nie czyni dziś z narodem polskim żadna partia. I to jest, wyznam, zdumiewające. Okazji bowiem jest sporo i każda z nich ma charakter nadzwyczajny. Co robi władza? Jedna degraduje naród, a druga usiłuje się doń łasić nieszczerze, czyli też go degraduje. Bo tak naprawdę szuka partnerów gdzie indziej i z kim innym – godniejszym według niej – chce się porozumiewać. To jest prosta droga do wypatroszenia premiera.
Albo inaczej – Smoleńsk był tym, czym w XVII wieku była szubienica braci Witt. Tyle, że zwycięstwo bojówki udającej lud okazało się połowiczne. Czy ktoś z tego wyciągnął jakieś wnioski? No, raczej nie. Po Smoleńsku zdegradowano lud, zamiast go upodmiotowić i obiecać mu krew, pot i łzy, czyli triumf ostateczny. Wystraszono się ludu i zdegradowano go. Efektem tego zaniechania są dziś wszystkie wygłupy określane jako próby dotarcia do wyborców, młodego pokolenia, czy kogo tam jeszcze. Jeśli chcecie pozyskać naród musicie dać mu triumf, nawet jeśli będzie on okupiony krwią…Politycy są po to, by w sytuacjach tragicznych krwi tej popłynęło możliwie mało. Jeśli zaś oni obiecują jedynie igrzyska i ciekawe eventy, nie ma mowy o żadnym sukcesie. Naród, czy też może narody, chętnie podejmują wyzwania, ale muszą mieć pewność, że nie zostaną oszukane. I muszą mieć pewność, że władza ma odpowiednie gwarancje, gotowa jest jednak je zaryzykować dla dobra narodu. Takiej sytuacji w Polsce nie było chyba nigdy od czasów bitwy grunwaldzkiej. Było zawsze odwrotnie – ryzykowano narodem dla gwarancji, albo organizowano głupkowate występy.
To wszystko na dzisiaj.
Dziś jadę na wieczór autorski do Dzietrzychowic pod Żaganiem. Jutro zaś konferencja w Drzonkowie pod Zieloną Górą.
Po Smoleńsku lud się ogarnął do PiS, wielu próbowało się zapisać. Ale nie chcieli ludu. Za to JK wygłosił Odę do przyjaciół Moskali. Wybrał.
Doradzono mu to. I on w tym miejscu pozostał do dziś
Ten ostro tu krytykowany Żeromski napisał opowiadanie „Rozdziobią nas kruki, wrony…” jest tam kapitalna analiza skutków klęski powstania, nie przyczyn, skutków. Doskonale pasuje do obecnej sytuacji. Obalajmy radośnie ostatnie bastiony i reduty, które się jeszcze bronią. Dobrze nam idzie… za chwilę już nic nie zostanie.
O przepraszam, jest jeszcze Grześ i Bracia Kamraci. Ta siła ruszy Ziemię z posad świata.
My obalamy jakieś bastiony, tak? Kogo to obaliliśmy ostatnio? Może Pani wskazać?
Naprawdę nie ma kogo krytykować? Na placu boju pozostał jedynie Prezydent i Jarosław Kaczyński?
Jasne, oni krytykują Tuska i uważają, że to podnosi ich znaczenie. Mam się do tego przyłączać, tak? I co? Wołać codziennie – aj waj, paliwo drożeje!?
Nikt Panu nie każe pisać czy mówić podobnych bzdur. Poziom Republiki jest taki jaki jest i obawiam się, że lepszy nie będzie. Uważam, że są jednak takie chwile, że nie należy dokładać do pieca. Coś się musi ostać. Nie wszystko, co robi Prezydent czy Jarosław musi budzić zachwyt, jednak z byle powodu nie należy się ich czepiać. To małe.
Nic z tego co robi Prezydent czy Jarosław nie budzi zachwytu.
Nic!!!
Proszę o trochę cierpliwości. Za chwilę marzenia się spełnią. Marszałek prezydentem, zgliszcza po pis i szczęśliwie dołączymy do europejskiego Raju. Z aborcją, eutanazją, surogacją, amnezją historyczną itp. Na pociechę zostaną nam pierogi i głębokie przekonanie, że nareszcie jest jak być powinno.