Zadzwonił tu ostatnio ojciec Antoni i zapytał mnie czy to prawda, że nie można publikować fotografii zabytkowych obiektów stojących na zachodzie i południu Europy, tych zrobionych przez siebie, do których teoretycznie powinniśmy mieć wszystkie prawa. Bo, że są różne ograniczenia dotyczące fotografowania jasne jest dla wszystkich, nawet dla mnie, człowieka, który nie podróżuje. Nie potrafiłem jednak odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli jest to jednak prawda, to oznacza to, że znaleźliśmy się na w dziwnym dość miejscu i momencie. Załóżmy bowiem, że ktoś zwiedza dolinę Loary i chce potem wydać album z fotografiami. I co? Nie może? Musi bulić ministerstwu kultury w Paryżu za możliwość publikowania swojego zdjęcia, czy kupować gotowe fotki od instytucji zarządzającej obiektami? I czy tak samo będzie z przyrodą, to znaczy z fiordami na przykład? Nie będzie można wydać albumu ze zdjęciami fiordów, bo Norwegowie nałożą na to monopol. W końcu dojdziemy do tego, że nie będzie można fotografować niczego, z obawy że ktoś to zobaczy. Albo takie pytanie – czy Polacy powinni płacić za możliwość fotografowania przedmiotów pochodzących z Polski, a znajdujących się w muzeach Sztokholmu? No, ale dziś będzie trochę o czymś innym.
Nie interesuję się sztuką od dawna. Wszystko z tego powodu, że uważam ludzi mających pretensje do znawstwa za oszustów, bynajmniej nie wyrafinowanych. Takich, którzy za pomocą bardzo powierzchownych opinii próbują wpływać na innych, albo to swoje rzekome wykształcenie traktują jako parawan dla nieciekawych zupełnie aktywności. Co już samo w sobie jest żenujące, a jeśli zobaczylibyśmy takiego jednego z drugim w akcji, to niektórzy by mogli zwymiotować.
Jeśli prawdą jest to, co powiedział mi ojciec Antoni, to znaczy, że zawęża się dostęp nie tylko do wartościowych przedmiotów, ale także do wartościowych widoków. No i rezygnuje się z popularyzacji sztuki, która była głównym napędem zysków ciągniętych przez galerie i muzea.
Coś się zmienia. Możemy to oceniać tylko z zewnątrz, a więc ta nasza ocena będzie siłą rzeczy obarczona różnymi błędami. No, ale niech nas to nie peszy, tak samo jak nie powinny nas peszyć opinie znawców na temat tego czy innego przedmiotu albo obiektu. Edukacyjna i cywilizacyjna misja tego co zwykle nazywamy dziedzictwem kulturowym przestaje mieć znaczenie. To znaczy, że przedmioty i obiekty nie mają już oddziaływać na publiczność, bo ta ma wejść i wyjść, płacąc za bilet i to wszystko. No i wysłuchać jeszcze kilku standardowych banałów, które wyemituje w przestrzeni kościoła przewodnik.
On i jemu podobni, nawet jeśli dostrzegą jakąś zmianę, pomyślą, że te utrzymywane dużym nakładem budowle i magazyny przypadkowych przedmiotów zwane muzeami, służyć będą za pretekst do istnienia takich jak oni. No, ale to nieprawda, bo one posłużą za coś zupełnie innego. Sam nie mogłem się zorientować co to będzie, ale pewien znany dość film podsunął mi odpowiedź. Otóż będą one służyć do zabezpieczania naprawdę poważnych transakcji. To jednak oznacza, że rola publiczności w obiegu informacji i wrażeń na temat sztuki i jej historii zostanie zmarginalizowana. A o publikacjach popularyzatorskich – bo inne są raczej nikomu niepotrzebne – nie będzie w ogóle mowy.
Zmieńmy teraz punkt obserwacyjny. Moje dzieci i nie tylko one, twierdzą, że nic mi się nie podoba, szczególnie zaś to co puszczają w kinach. Otóż nie, podobają mi się dwa filmy, których bohaterem jest malarstwo. Pierwszy to „Koneser” z kapitanem Barbosą w roli głównej i Donaldem Sutherlandem w roli jeszcze główniejszej. Sztuka jest tam pretekstem do pokazania emocjonalnych obciążeń bohatera, jest także – jak piszą zdolniejsi ode mnie autorzy – narzędziem wiwisekcji jego psychiki. Wszystko jest ładnie poskładane – zrobione pod dwóch aktorów – suspensy lśnią w świetle latarń odbijających się w mokrym bruku ulicy, widz do końca niemal nie orientuje się o co chodzi. Kiedy zaś mamy finał, jest w pełni usatysfakcjonowany i w zależności od swojej konstrukcji psychicznej, albo płacze, albo śmieje się w głos. I nie ma wątpliwości, że obiekty zwane sztuką są ważne jak jasna cholera, po pokazano mu je poprzez inną sztukę – filmową.
Trochę słabszy, ale też interesujący jest film „Szczygieł”. Tam z kolei mamy emocje dziecka, które konfrontuje reżyser z magią przedmiotów zabytkowych, a także dyskretną bardzo wielkością zapomnianych, ale ważnych obrazów. No i też mamy tę wiwisekcję, wrażliwość i inne gadżety potrzebne, by przekonać widza, że sztuka to w życiu człowieka ważna sprawa. Mamy tam jednak także ruską mafię, pokazaną w sposób niezwykle sympatyczny i zabawny. I ta mafia właśnie mówi głównemu bohaterowi do czego tak naprawdę służy sztuka – do zabezpieczania bardzo poważnych transakcji.
No to teraz idźmy o krok dalej i zadajmy to straszliwe pytanie – przed kim?
Wychodzi na to, że przed tymi wszystkimi wrażliwcami, którzy – powołani przez nie wiadomo kogo – roszczą sobie pretensje do budowania jakichś własnych, indywidualnych relacji z poszczególnymi dziełami sztuki. Co oczywiście można ocenić jako nieuprawnione pretensje, wskazując jednocześnie, że kluczowa jest rola przewodnika. To jednak nikogo nie usatysfakcjonuje, bo każdy był kiedyś w muzeum i wie kim jest taki przewodnik – cholernym, nieautentycznym nudziarzem. A im bardziej się stara, tym gorzej dla niego. Jaka jest więc rola takich filmów? Co one mają ocalić? Film „Koneser”, mam wrażenie, ma pokazać człowieka, który zaprzedał duszę i uwierzył w swoje nadprzyrodzone moce. Mamy tam bowiem pokazany cały proces kuszenia i jego finał, który unieważnia życie naszego bohatera i czyni je całkowicie bezwartościowym, choć pełne było pięknych obrazów i miłości do nich. Nie było w nim jednak miłości do istoty żywej.
W filmie „Szczygieł” mamy sytuację odwrotną, diabeł przychodzi po to, by pozbawić głównego bohatera wszelkich argumentów wobec zła tego świata, czyni z niego narkomana i degenerata, nie radzącego sobie w dodatku z emocjami, a na koniec jednak wypuszcza go z pułapki. Tak, jak nierozważny łowca małych ptaków, wypuszcza z klatki szczygły, zamiast zawieźć je na rynek w miasteczku i sprzedać z zyskiem.
Czy tak się mogło zdarzyć? Nie, to oczywiste, bo z diabłem się nie negocjuje i nie ma on dobrych zamiarów. No, ale mówimy o sztuce, o filmie, i tam mogło się zdarzyć wszystko, nawet rzeczy naprawdę nieprawdopodobne. Relacje bowiem człowieka z pięknem są skomplikowane i osobiste. No chyba, że posłuży owa sztuka za zabezpieczenie naprawdę poważnych transakcji. Wtedy jest inaczej. Na scenę wkracza znawca, pieprzy coś bez sensu, czego nikt nie rozumie i rozumieć nie chce. Ustawia przedmiot w sfingowanych kontekstach, mających nadać znaczenie osobom biorącym udział w transakcji i samemu przedmiotowi. Osoby te nie są zainteresowane tymi informacjami, ale chodzi o rodzaj przedstawienia, które upewni je, że kontrakt jest naprawdę zabezpieczony.
Czy tak samo jest w przypadku zabytkowych obiektów? Myślę, że tak, ale póki co nie ma jeszcze scenarzysty i reżysera, który by pokazał jak diabeł negocjuje kontrakty na takim poziomie, gdzie zabezpieczeniem jest katedra paryska, czy Akropol. Może się taki niebawem znajdzie, ale na razie nie ma na to szans.
Dodajmy jeszcze do tej układanki jeden element – degradacji, poprzez transakcyjne traktowanie sztuki, ulega jedynie publiczność biała, wychowana w tradycji europejskiej, której się wyciąga kawałek podłogi spod nóg, poprzez taką właśnie politykę. Czarnym i muzułmanom instalującym się właśnie w Europie, kwestie te są całkowicie obojętne. Oni umocnią się na innych przyczółkach. Biali zaś zajmą ich miejsce na drabinie społecznej. No chyba, że ktoś wpadnie na pomysł, bo wykreować nową koniunkturę na sztukę, tę wielką i tę małą, a ludzie znów, korzystając tym razem z najnowszych zdobyczy techniki, będą mogli publikować swoje zdjęcia, przedstawiające ważne dla historii i kultury Europy obiekty i opatrywać je autorskim komentarzem. Na to się jednak nie zanosi.
Na dziś to wszystko. Zbliżają się wielkimi krokami dwa wydarzenia, na które można się jeszcze zapisywać.


Coś jest w tym zakazie fotografowania. Za PRL nie wolno było robić zdjęć dworców, mostów i ogólnie obiektów strategicznych.
Ostatnio wpadła mi w uszy informacja, że w publikacjach na YT nie wolno pokazywać zdjęć jako ilustracji wypowiedzi. Dr Szewko opowiedział, że chcąc na swoim kanale coś zilustrować wykupił za grosze zresztą, prawa do zdjęcia. Administracja YT zablokowała materiał. Dowiedział się że skoro on twierdzi że zapłacił, to będą rozpatrywać skargę bez jego udziału i kiedyś mu powiedzą czy uznali.
Jeśli nie, to nastąpi blokada kanału na chyba pół roku?
Dowód, że zapłacił nie interesował ich.
Myślę że musieli by w końcu uznać fakty, ale to dla nich jaka dodatkowa praca. Odstraszają ludzi od dokładnia im zajęć.
W jakiejś dyskusji o sztuce usłyszałam, że przy lotnisku w Bazylei ( słynne targi sztuki) ss6e tzw strefie bezcłowej ogromne magazyny do przechowania towarów w tranzycie. Niektóre skrytki są bardzo długo nie otwierane. Tzw dzieła sztuki, pewnie te kradzione, leżą tam sobie poza jurysdykcją wszelaką.
*są w tzw strefie bezcłowej
Pewnie ktoś je nawet zinwentaryzował i gdzieś krąży katalog