Postkomuna triumfuje poprzez kokieterię, do jej budowania zaś wykorzystywane są wszystkie dostępne zasoby. Przede wszystkim media, ale też rynek książki. Media, w tym telewizja, stały się w pewnym momencie – za komuny jeszcze – całkiem światowe. Pokazywali tam nawet gołe baby, tak było zagranicznie. No, ale z rynkiem książki było inaczej, bo też jest on bardziej dyskretny. Nie chce mi się już wracać do projektu o nazwie fantastyka naukowa, bo każdy rozumie o co w nim chodzi.
Chciałbym powrócić do projektu, który roboczo nazwę dziś „wrogim przejęciem”. Komuna, całkiem świadomie, produkuje przetrwalniki, które żyją w postkomunie i nabierają tam znaczenia. W oczekiwaniu na powrót prawdziwej komuny. I nawet jeśli te przetrwalniki ostatecznie powrotu nie doczekają, zostanie pamięć po nich. Będą więc ludzie zachwycający się Moniką Jaruzelską i jej wysoką kulturą bycia, a także tacy, dla których aktorstwo Bogusława Lindy, było szczytem kunsztu w tym zawodzie.
I oni tych swoich wspomnień nie będą kojarzyć z postkomuną, ale z kulturą i sztuką. Tych zaś, którzy będą ich krytykować uznają za barbarzyńców. Troską bowiem postkomuny, być może największą, że uwrażliwienie człowieka naprawdę, dobro, piękno i jeszcze sprawiedliwość. Bo jak się za dużo pisze o Armii Krajowej na przykład, a pomija zasługi LWP, to jest to jednak pewna niesprawiedliwość i koniecznie trzeba to zmienić. W imię prawdy – rzecz jasna obiektywnej. Bo prawda bezprzymiotnikowa nie ma w komunia i postkomunie racji bytu. Nie istnieje po prostu.
Pomysł, żeby przejąć legendę AK w późnych latach pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych, był majstersztykiem, a ludzie, którzy zaczęli go realizować i działali przez ponad dekadę, tacy jak Cezary Bocheński stali się osobami godnymi zaufania w oczach publiczności, oczywiście patriotycznej. Pogrzeb Jana Piwnika na Wykusie i celebrowana przez biskupa Gulbinowicza msza w Wąchocku, były wydarzeniem nie tylko w regionie, ale też w kraju. Ujawniła się wtedy – takie mam wrażenie – cała kasta ludzi, godnych zaufania i znających historię, którzy jako jedyni mogli orzekać w rozmowach publicznych i prywatnych jak było. To znaczy, że Jan Piwnik umierając powiedział – pozdrówcie Góry Świętokrzyskie.
Wytworzyła się sytuacja, której sam doświadczyłem, mianowicie ludzie z AK i Powstaniem Warszawskim związani rozmawiali w sprawach wydania wspomnień ich rodziców jedynie z osobami odpowiednio certyfikowanymi. Czyli kim? Ja się odbiłem od ściany niechęci, kiedy próbowałem wydać wspomnienia zatytułowane „Przemarsz przez piekło”. Ich fragmenty są w najnowszym nawigatorze. Zostało to wydane raz jeden, pod koniec lat pięćdziesiątych. Bo, jak mi powiedział Leszek Żebrowski, była odwilż. No, ale ta odwilż miała swój cel. I został on osiągnięty.
Triumf postkomuny polega na tym, że za pomocą kokieterii, podstawionych ludzi i krytycznych publikacji, unieważniła ona prawdę zawartą w pamiętnikach samych Powstańców. I to w pełnej krasie możemy oglądać dzisiaj, a materializuje się ta idea w Zychowiczu. Jakże zatroskanym o to, by tragedia Powstania już się nie powtórzyła. Ależ ona się powtórzy z całą pewnością, ale zostanie rozegrana innymi kartami. I na tym polega problem wiary w kokieterię postkomuny. Ludzie wierzą, że tego samego efektu nie można uzyskać używając innych trochę narzędzi. Można, ale by to przewidzieć trzeba się jednak zastanowić głębiej. Tak, mniej więcej, jak Jan Piotrowski zastanawiał się nad zdobyciem Kościoła Świętego Krzyża i Komendy Policji przy Krakowskim Przedmieściu. O tym sukcesie jakoś się jednak nie mówi, bo największy sukces Powstańców to zdobycie budynku PAST-y. Nawet o Poczcie Głównej mało się wspomina. Co też jest swoją drogą ciekawe.
Tymczasem większa część odbiorców treści wojennych i okupacyjnych przekonana jest, że wszelkie manipulacje i plany jest w stanie odkryć używając swojego własnego mózgu. I to jest kolejny wymiar sukcesu postkomuny. Osiągnięto go za pomocą manipulacji medialnych, przedstawiających różne zagadki. Także historyczne, sami wiecie jakie i przez kogo odkrywane. Otóż nic takiego nie jest możliwe, własny mózg, wspomagany programami publicystycznymi, zawiedzie Was ludzie na manowce. Dlatego, że do każdej postaci, która wyłoni się z telewizora albo z treści wojennej publicystyki podchodzić będziecie z tymi emocjami, które narzuci Wam autor. I nie może być inaczej. Czy to oznacza ostateczny triumf postkomuny? No nie, bo ona musi posługiwać się stale tymi samymi formatami, które – w miarę upływu czasu – stają się coraz głupsze. I to widać dobrze po filmach i serialach. No, ale uwolnienie się spod ich wpływu też nie jest łatwe, jest jednak możliwe. O wiele trudniej uwolnić się od wpływu dawniejszych mechanizmów postkomuny. Czyli fabrykowanych z wielką przemyślnością projektów publicystycznych. Ludzie wierzą, na przykład, że Krzysztof Kąkolewski pojechał na zachód i dzięki swojej postawie oraz uprzejmości udało mu się zrobić wywiady z dawnymi zbrodniarzami hitlerowskimi, w tym samym Heinzem Reinefarthem. Potem złożył to w książkę i nadał jej tytuł „Co u pana słychać”, a książka stała się hitem wydawniczym w latach siedemdziesiątych. Jakie były istotne funkcje tej publikacji nie dowiemy się nigdy, możemy jednak – używając własnego mózgu – zastanowić się jako to w ogóle było możliwe, że Kąkolewski dostał paszport na taką wyprawę i jak to było możliwe, że w ogóle ci ludzi chcieli z nim rozmawiać? Nie wiem, jak Wasze mózgi, ale mój podpowiada mi, że bez udziału agentów Stasi, a być może i KGP nie było to w ogóle możliwe. Można zadać pytanie – czy Kąkolewski był świadom w czym uczestniczy, czy wierzył w to, że sprawy układają się szczęśliwie same po jego myśli i Heinz Reinefarth, facet, który mordował ludzi na Starówce, a wcześniej na Woli przyjmie go z uśmiechem w swoim gabinecie, bo coś się w nim przełamało?
Tego nie możemy wykluczyć. Nie wiemy bowiem jakimi motywami kierował się Krzysztof Kąkolewski. Wiemy, że miał bardzo dobra prasę w latach dziewięćdziesiątych, że występował w Telewizji Trwam i był jak najbardziej nasz. To może świadczyć o jego krańcowej naiwności, ale nie musi. Może też świadczyć o tym, że przetrwalniki postkomuny, o których pisałem na początku mogą wyglądać – w oczach ludzi niezorientowanych – cokolwiek zaskakująco.
Jak pamiętamy Reinefarth był bohaterem, albowiem oddał twierdzę Kostrzyn Rosjanom. Hitler skazał go za to na śmierć, ale Heinz się wywinął i został bohaterem nowych, demokratycznych Niemiec. Aż dziw, że nie został bohaterem Związku Radzieckiego, ale myślę, że było blisko. W Polsce zaś komuna pokazała go, poprzez Kąkolewskiego, jako człowieka niezłomnego, który nie ma sobie nic do zarzucenia. A skoro on nie ma, nie może mieć też żadnych wyrzutów sumienia wielka ojczyzna proletariatu. A byli już w latach siedemdziesiątych, tacy którzy oczekiwali jednak, że one się ujawnią – te wyrzuty.
Nie wiem, jak Powstańcy reagowali na tę książkę, ale wiem, jak reagowali ludzie tęskniący za kulturą, sztuką i sprawiedliwością oraz ogólną zgodą – entuzjastycznie, choć także z lekkim oburzeniem. I nikomu nie przyszło nawet do głowy, że ta książka jest wymierzona w nich. Byli przekonani, że to dzieło, które powstało, by dać wszystkim do myślenia i wskazać, jak rozwija się zło, także w czasach im danych. Na szczęście zło rozwijało się za żelazną kurtyną i oni, trwając w PRL, byli całkiem bezpieczni.
Na dziś to tyle. Mam bardzo słaby Internet więc komentuję okazyjnie.
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-49-poswiecony-powstaniu-warszawskiemu/
No i ogłoszenia. Jeśli ktoś chce pogadać z Valserem, powinien zapisać się na konferencję 5 września, która odbędzie się w Drzonkowie pod Zieloną Górą. Wczoraj Valser zapowiedział swoje przybycie. Można się też zapisywać bez względu na niego.
Dzień przed konferencją wygłoszę pogadankę w bibliotece w Dzietrzychowicach pod Żaganiem. Temat – Czy król Stefan Batory został otruty? Początek o godzinie 15.00 bo muszę się spieszyć do Drzonkowa.
Wczoraj jakiś pan zwrócił mi uwagę, że zbieram pieniądze na Saszę, a przecież powinien on iść do pracy. Nie wiem co powiedzieć w takiej chwili. Mam zamiar wyrzucić tego czytelnika ze swoich profili i blogów. Sasza bowiem jeździ do pracy, na Żerań. Praca ta jednak nie pokrywa kosztów jego życia tutaj, w tym kosztów wynajmu i utrzymania dziecka. Jesteśmy więc jak w sytuacji z wczesnych lat siedemdziesiątych, tyle że nie ma mamy, bo umarła. No, ale dziecko z kluczem na szyi, chodzi wokół domu, a ojciec w robocie – 30 km dalej, bez samochodu. I na to przychodzi do mnie człowiek i mówi – pan propagujesz socjalizm. Na razie czekam na przeprosiny. Jeśli nie nastąpią – do widzenia. I podobnie będzie ze wszystkimi, którzy tę kwestię postrzegają w taki sposób.
https://zrzutka.pl/438wfv?utm_medium=mail&utm_source=postmark&utm_campaign=payment_notification