Paź 052019
 

Proszę Państwa, wyjeżdżam dziś na cały dzień. Tak się składa, że niebawem zjedzie ty nakład nowej Szkoły Nawigatorów poświęcony tematom Austro Węgierskim. Postanowiłem więc przypomnieć mój stary tekst, o najbardziej znanych, seryjnych mordercach monarchii. Postaci te były dla mnie inspiracją, kiedy wymyślałam intrygę mojego kryminału, a poniższy kawałek, choć stary, podoba się mnie samemu. Czytam go sobie czasem i myśle – kurna, to ja kiedyś potrafiłem takie zgrabne numery robić? Kto by pomyślał….Mam nadzieję, że przeczytacie to z takim samym zadowoleniem, jak ja. Zmieniłem tytuł, żeby nie było zbyt monotonnie.

Wielu czytelnikom może wydawać się to dziwne, ale historia Apostolskiej Monarchii Habsburgów stanowi dla mnie obszar nieustających poszukiwań i silnych inspiracji. Prawie tak samo silnych jak historia Stanów Zjednoczonych, a także – choć już trochę mniej historia Prus.

W tym dziwnym kraju jakim były Austro-Węgry u schyłku swego istnienia znaleźć można było ludzi niezwykłych i rzeczy niesłychane. W miastach przemieszkiwali wielcy artyści i filozofowie, wioski były własnością ostatnich w Europie prawdziwych panów – rycerzy z krwi i kości, na drogach monarchii grasowali rozbójnicy tacy sami, jakich można było tak spotkać dwa stulecia wcześniej, a w samym Wiedniu…o w samym Wiedniu działy się najlepsze. Niejaki Freud na przykład opublikował tam w 1899 roku dzieło pod zaskakującym tytułem – „Objaśnienia marzeń sennych”.

Nas jednak nie będą dziś interesować ani mędrcy, ani rycerze, ani nawet sam cesarz czy jego tragicznie zmarły syn. Porozmawiamy o dwóch ludziach, których nazwiska utonęły w rzece historii, tak jak w prawdziwej rzece toną kapelusze zwycięskiej armii, która przekracza graniczne mosty. Ludzie ci nie byli może szczególnie mądrzy, ani jakoś specjalnie uzdolnieni. Byli jedynie bardzo sławni w swoich czasach. Powód owej sławy był jeden – obaj byli zbrodniarzami. Nie jakimiś tak rzezimieszkami z Terezina w Czechach czy Jemnicy na Morawach. Byli zbrodniarzami wielkiego kalibru i tej szczególnej konduity, która podsuwa nam myśl, że tylko w tamtej monarchii i w tamtych czasach doktor Freud mógł ogłaszać swoje koncepcje i wydawać swoje kontrowersyjnej książki.

Obaj nasi bohaterowie urodzili się na terenie monarchii, ale tylko jeden z nich bywał  w Wiedniu, tego zostawimy sobie na koniec. Pierwszy z naszych bohaterów był Węgrem, rzemieślnikiem i jego kariera rozpoczęła się w Budapeszcie.

W roku 1900 do węgierskiego miasteczka Cinkota położonego nieopodal Budapesztu wprowadził się przystojny 23 letni blacharz imieniem Bela. Kiedy Bela szedł ulicą coś zaczęło gotować się w miejscowych pannach, które miały uporczywy zwyczaj obserwowania wszystkich przybywających do miasta mężczyzn, którym nie towarzyszyła żadna kobieta.  Stateczni obywatele miasta Cinkota słysząc jak buty przybysza równo i miarowo uderzają o bruk, mimowolnie uchylali przed nim kapeluszy.

Bela Kiss, bo tak nazywał się ten człowiek maszerował raźno wprost pod dom przy ul. Lajosa Kossuth’a, który  właśnie wynajął. Ludzie szybko utwierdzili się w przekonaniu, że Bela Kiss jest człowiekiem niezwykłym. Prócz tego że znał doskonale swój fach potrafił także dyskutować o historii i literaturze. Podobał się. W dodatku podobał się nie tylko dziewczętom. Podobał się także ich ojcom, co w tamtych czasach było podstawą matrymonialnego sukcesu, podobał się matkom panien na wydaniu i ich ciotkom, podobał się służącym i kucharkom ze wsi, słowem – Kiss Bela podobał się wszystkim.

Nie było wątpliwości, że każdy miejscowy bogacz mający córkę na wydaniu chętnie zostałby jego teściem. Szybko jednak okazało się, że Bela Kiss nie ma zamiaru się żenić, a już na pewno nie w miasteczku Cinkota. Nasz bohater znał swoją wartość i uważał, że odpowiednia dla niego panna musi pochodzić z Budapesztu. Pewnego dnia wyruszył więc do stolicy, zatrzymał się na kilka dni w hotelu i dał do prasy ogłoszenie, gdzie napisane było, że Bela Kiss z miasteczka Cinkota poszukuje posażnej panny w celach matrymonialnych. Nie musiał długo czekać na kandydatki. Zaczęły zgłaszać się jedna po drugiej. Bela początkowo przyjmował je w hotelu, ale potem wolał by przyjeżdżały do domu, który wynajmował w miasteczku Cinkota. Jego kawalerskie gospodarstwo prowadziła prosta kobiecina ze wsi, niejaka pani Jakubec. Widziała ona wszystkie kobiety, które przyjeżdżały do Kissa i nie znajdowała w tych odwiedzinach niczego dziwnego ani niestosownego. Nie niepokoiło jej także to, że kobiety przyjeżdżały, ale nigdy nie udało jej się zaobserwować żeby któraś zmierzała w odwrotnym kierunku – z domu przy ul. Kossutha na dworzec kolejowy skąd odchodziły pociągi do Budapesztu. Mieszkańcy miasteczka także mieli świadomość, że jakieś kobiety odwiedzają Kissa, ale nie byli zorientowani ile ich mogło być i co działo się z nimi po przyjeździe. Żadnej bowiem cinkockiej pannie na wydaniu nie udało się dostrzec budapeszteńskich konkurentek odpalonych przez przystojnego amanta.

Tak to sobie żył Bela Kiss w miasteczku Cinkota, odwiedzany przez wiele kobiet i otoczony mgiełką tajemnicy, aż do roku 1914 kiedy to najjaśniejszy pan, cesarz Franciszek Józef powołał go pod swoje sztandary. Bela spakował się i pojechał bronić cesarsko-królewskiej ojczyzny na serbski front. Minęły jeszcze dwa niespokojne, wojenne lata w miasteczku Cinkota, zanim właściciel posesji zajmowane przez Kissa wszedł na jej teren i zainteresował się kilkoma metalowymi beczkami stojącymi pod płotem. Nie zastanawiając się wiele przewrócił jedną z nich. Ze środka wylał się drzewny spirytus, a powietrze wokół wypełnił potworny smród. Właściciel nie otwierał już innych beczek. Natychmiast zatelegrafował na policję do Budapesztu, do najsłynniejszego detektywa stolicy Węgier, nazwiskiem Nagy.

Kiedy detektyw Nagy wydał polecenie przeszukania posesji okazało się, że zwłoki kobiet są właściwie wszędzie; w piwnicy, w ogrodzie, w zabudowaniach gospodarczych. Wszystkie, nawet te już pogrzebane były zakonserwowane alkoholem drzewnym, tak dobrze że można było zidentyfikować tożsamość ofiar. Kiss bardzo dbał o swoje nieboszczki. Przesłuchanie pani Jakubec nie dało niczego, prosta kobiecina była pewna że jej pracodawca to uczciwy człowiek, który był może trochę dziwny, ale na pewno nie zamordował nikogo.

Pierwsza rewizja domu nie przyniosła niczego, dopiero ponowne przeszukanie ujawniło ukryte w ścianie sypialni drzwi, a za nimi mały, wypełniony książkami gabinecik. Kiedy detektyw Nagy stanął pośrodku ujrzał na półkach i na biurku powiązane tasiemkami paczki listów, były ich dziesiątki, wszystkie były listami od kobiet mających nadzieję na ślub z Kissem. Większość z autorek tej korespondencji znajdowała się w pobliżu, dokładnie zamarynowana w drzewnym spirytusie. Policja wysłała telegramy na wszystkie fronty wielkiej wojny z nakazem natychmiastowego aresztowania Kissa. Niestety odnalezienie go nie było łatwe. Armia była w złym stanie, tysiące mężczyzn dostało się do niewoli, a wśród węgierskich żołnierzy można było pewnie znaleźć kilka setek takich co nazywali się Kiss, a na chrzcie świętym dano im imię Bela.

Poszukiwania jednak trwały. Kiedy kilku detektywów uwijało się wśród frontowych jednostek szukając Kissa, któremu prasa już zdążyła nadać przydomek „potwór z Cinkoty”, detektyw Nagy powoli odkrywał prawdę. Nie była ona wcale skomplikowana. Kiss poznawał kobiety samotne lub takie, które mieszkały z dala od rodziny. Korespondował z nimi używając kulturalnego słownictwa, właściwego osobom zrównoważonym psychicznie i poważnie myślącym o życiu. Zdobywał ich zaufanie i obiecywał małżeństwo, ale chciał za to pieniędzy. Oczywiście dostawał je. Często nawet w znacznych ilościach. Kiedy kobiety zaniepokojone przedłużającym się wahaniem przyszłego męża przyjeżdżały do Cinkoty Bela dusił je lub truł i marynował w spirytusie. Jego biblioteka pełna była książek zawierających informacje o truciznach i sposobach ich przygotowania.

Pierwsze wiadomości z frontu zaczęły przychodzić po kilku miesiącach. Najpierw pojawiła się informacja, że Bela umarł w 1915 na tyfus, gdzieś w Serbii, potem ktoś zobaczył go w jakimś polowym szpitalu na Węgrzech. Kiedy Nagy tam pojechał rzekomy Kiss już nie żył, ale ludzie którzy go znali i przybyli tam wraz z detektywem nie potwierdzili tożsamości nieboszczyka. Potem wiadomości przychodziły jedna po drugiej; ktoś widział go w Budapeszcie, ktoś inny w Rumuńskim więzieniu, a pewien kapral, który bywał w Stambule zaklinał się na wszystkie świętości, że widział Kissa w Turcji, twierdził także, że umarł on tam na jakąś zakaźną chorobę. W 1936 roku gazety na Węgrzech i w Austrii opublikowały informację, że Kissa widziano w Nowym Jorku, był tam podobno dozorcą budowy.

Bela Kiss nigdy nie został schwytany. W latach 70-tych w Szwecji grupa muzyków założyła zespół grający heavy metal, kapela nazywała się „Bela Kiss”. Aha – jeszcze jeden szczegół, który byłby zapewne dość istotny dla doktora Freuda i jego zwolenników – Kiss to po węgiersku „mały”, zaś Nagy – „duży”.

W porównaniu z naszym drugim bohaterem Kiss Bela jawić się nam będzie zawsze jako człowiek subtelny i poukładany. Był on co prawda przestępcą, ale nigdy nie uchybił żadnej ze swych ofiar i zawsze mordował je samodzielnie nie mieszając do tego osób trzecich. Nie dewastował ich ciał, a zawsze chował je w należytym porządku i z szacunkiem jaki należy się zwłokom. Co innego taki Schenk, urodzony w 1849 roku w Cieszynie mieszkaniec Wiednia i innych wielkich miast monarchii. Ten był zupełnie inny i inne stosował metody. Może właśnie ze względu na swoją brutalność i podłość zapisał się wyraźniej w annałach cesarsko-królewskiej kryminalistyki niż jego węgierski kolega. A może zapisał się tam dlatego, że pozwolił się złapać, a dziś jego czaszkę można oglądać w Wiedeńskim Muzeum Kryminalistyki? Nie ważne, przechodźmy do rzeczy.

W okresie od lipca od grudnia 1885 roku Hugo Schenk dokonał na terenie monarchii serii makabrycznych zbrodni, które postawiły włosy na głowie wszystkim statecznym obywatelom. Prasa nazwała Schenka mordercą pokojówek, co od razu wszystko wyjaśnia i nie potrzeba już nic dodawać. Nie potrzeba? Oczywiście, że potrzeba. Człowiek współczesny nie zrozumie bowiem po co seryjny morderca miałby zabijać pokojówki, a jeśli dowie się, że dla zysku, nie uwierzy w to na pewno. Trzeba więc powiedzieć słów kilka o charakterze, manierach i trybie życia panien pokojowych okresu schyłkowej monarchii w Austro –Węgrzech.

Dziewczęta te pochodzące nierzadko z dobrych i wcale zamożnych rodzin pracowały w domach i pałacach burżuazji, arystokracji, a także bogatej inteligencji Wiednia, Grazu i Linzu. Wiele z nich wyjeżdżało poza Austrię – do Niemiec, gdzie życie było co prawda droższe, ale zarobki za to wyższe, no i można było zwiedzić kawałek świata. Panny pokojowe nie miały lub miały bardzo rzadko sposobność by rozerwać się towarzysko w otoczeniu mężczyzn ich wieku i stanu. Była to prawdziwa udręka i nie zmieniały tego wcale przelotne romanse z synami bogatych państwa, czy wręcz z samym panem, który był stary i wcale nie energiczny. Były to poza tym stosunki, które należało utrzymywać w tajemnicy z obawy przed skandalem. Oczywiście można było taki skandal wywołać i nieźle się przy tym obłowić (zahlen und expedieren jak powiedział cesarz o pewnej pani, która uwiodła jego syna i zamierzała o tym powiadomić prasę), ale do tego potrzebna była głowa. Tę zaś panny pokojowe miały przeważnie wysoko w chmurach.

Przy takim trybie życia pieniądze, które zarabiały zajmując się dziećmi, domem i garderobą pani, pieniądze nie małe wcale, były pieczołowicie odkładane w pończosze lub w banku, w zależności czemu lub komu dana panna bardziej ufała i po kilku latach urastały do sum wcale pokaźnych. Wiedzę o tych zasobach właśnie posiadł Hugo Schenk i postanowił zagarnąć je dla siebie. Na nieszczęście pokojówek, wiedział on także, że większość z nich nie grzeszy bystrością, za to wszystkie jak jedna marzą o tym, by poznać wysokiego, przystojnego inżyniera w sile wieku i połączyć się z nim węzłem silniejszym niż śmierć. Okoliczności te sprzyjały Hugonowi. Sprzyjał mu także niejaki Schlossareck, bydlak i kryminalista nie potrafiący zliczyć do trzech, za to potwornie silny w rękach i dla paru guldenów gotowy do urżnięcia głowy niemowlęciu. Schlossareck był na łasce i niełasce Schenka ze względu na swoją patologiczną głupotę i brutalność. Hugo płacił mu jakieś grosze ze zrabowanych guwernantkom pieniędzy i Schlossareck skakał ze szczęścia idąc się urżnąć do szynku na przedmieściach. Prócz tego z Hugonem współpracował także jego brat Karol takie samo bydlę jak Schlossareck tylko  nieco młodsze.

Epopeja Schencka zaczęła się w miejscowości Zernodin latem roku 1883. Nieopodal tego miasteczka, w lesie, znajduje się wielkie pożwirowe wyrobisko nazywane Dołem Kumotrów, to znaczy znajdowało się ono tam wtedy, 130 lat temu, nie wiem czy dziś Dół Kumotrów nie został zasypany, najpewniej tak, ale nie zaprzątajmy sobie tym głowy. Pewnego lipcowego dnia nad brzegiem dołu usiadło troje ludzi, dwóch mężczyzn i dziewczyna. Ona miała na imię Józefina i niebieska woda Dołu Kumotrów kojarzyła się jej z lazurowym wybrzeżem i latem, które będzie tam spędzać w przyszłości w towarzystwie swojego męża inżyniera, który siedział teraz obok niej i nie oświadczył się jeszcze co prawda, ale na pewno zrobi to za chwilę. Obok przyszłego męża siedział jego bliski przyjaciel, także inżynier, tyle że nieco mniej rozmowny i taki bardziej skryty, pewnie przez swoje romantyczne usposobienie.

Cała trójka siedziała sobie nad dołem i patrzyła, a każdy z nich myślał o czymś innym. Panna o zamążpójściu, Schenk udający inżyniera o pieniądzach tej panny, a Schlossareck o tym w jaki sposób zepchnąć ciało ze skarpy by wpadło do wody i zatonęło, a nie pływało przy brzegu wabiąc gapiów i policję. Schenk, który nadzorował całe przedsięwzięcie podał Józefinie Timal kieliszek białego wina z domieszką chloroaldehydu. Miał nadzieję, że pozbawi ją to życia, a przynajmniej przytomności, a oni unikną ambarasującej sytuacji czyli zabijania jej czymś przypadkowym i nie nadającym się do tego celu. Stało się inaczej Józefina wypiła wino i nic. Dalej wpatrywała się w wodę. Schenk spojrzał więc wymownie na Schlossareck’a, a ten ruszył w las w poszukiwaniu kamienia. Potem skrępowali dziewczynę i pozbawiwszy ją zegarka, biżuterii i książeczki oszczędnościowej wrzucili do dołu Kumotrów z kamieniem przywiązanym do pasa. Wymyślił to Schlossareck, który mógł myśleć jedynie o takich rzeczach i o niczym więcej. Na koniec, kiedy Józefina, żywa i przerażona tonęła w błękitnej wodzie wyrobiska, o mało się nie rozpłakał i powiedział Schenkowi, że jej oczy będzie pamiętał do końca życia. Pewnie miał rację, bo nie zostało mu już tego życia zbyt wiele.

Schenk i jego kompani mieli pewną manierę, która w konsekwencji ich zgubiła. Pokładali oni przesadną wiarę w swoje rzemieślnicze umiejętności. Miało to ten skutek, że Hugo postanowił pewnego dnia pozbywać się wszystkich, którzy mogliby mu w jakiś sposób zaszkodzić. Zaczął od zamieszkałej w Budziejowicach ciotki biednej Józefiny – panny także – Katarzyny Timal. Zwabił ją najpierw do Wiednia a potem do Krum Nussbaum i tam zamordował nożem rzeźniczym przy pomocy swojego upiornego brata i Schlossarecka.

Następna była Teresa Ketterl, którą zastrzelił w wąwozie o poetycznej nazwie „Gwiezdna drabina”. Perfidia Schenka sięgnęła tutaj zenitu. Najpierw bowiem pokazał dziewczynie jak działa rewolwer, a następnie – wsunąwszy niespostrzeżenie kulę do bębenka – poprosił ją ze śmiechem, by przystawiła sobie lufę do głowy i pociągnęła za spust.

W tym czasie Schenk spotykał się z Emilią Hochtsmann, którą ponoć kochał naprawdę i podróżował z nią po Austrii i Niemczech wydając pieniądze zrabowane zastrzelonej Teresie. Jej bratu zaś zafundował Hugo kwiaciarnię w Szczecinie, by mógł sobie wreszcie odetchnąć i pożyć jak człowiek.

Prócz Emilii miał jeszcze Hugo na oku inną Józefinę, nazwiskiem Eder. Ta z kolei kompletnie zgłupiała na jego punkcie i oddała mu od razu wszystko co posiadała – oszczędności, biżuterię, zegarki i papiery wartościowe. Wszystko. Dzięki temu uratowała życie, ale straciła reputację, albowiem by uradować swojego „narzeczonego” okradała chlebodawczynię baronową Malfatti .

Schenk może by i przestał mordować, ale nie potrafił powstrzymać się od wydawania pieniędzy, te kończyły się szybko i nie mógł przez ową okoliczność wypłacać lafy Schlossareckowi. Dusiciel mocno się tym trapił i denerwował, a także domagał się od swojego szefa kolejnych akcji, przeprowadzanych rzecz jasna ze znajomością rzemiosła.

Na horyzoncie pojawia się niejaka Róża Frenczy, która – a to pech – zgubiła książeczkę oszczędnościową i teraz musi czekać na jej odtworzenie. Schlossareck się denerwuje, bo nie ma za co pić, a żadnej panny nadającej się do zabicia nie ma w pobliżu. Schenk wpada więc na pomysł by napaść na dom listonosza i wymordowawszy wszystkich domowników zabrać co tam jest cennego. Okazuje się jednak pocztylion CK poczty wygląda tak, że nawet Schlossareck by sobie z nim nie poradził, plan zostaje więc odłożony ad acta, ze względu na zbyt wielkie ryzyko.

Wreszcie w grudniu zjawia się ta nieszczęsna Róża Frenczy ze swoją odtworzoną książeczką oszczędnościową. Hugo zabiera ją do Bratysławy nad Dunaj. Tam Schlossareck rozwala jej głowę motyką, a potem obaj wrzucają ciało do rzeki. Okazuje się jednak, że podjęcie pieniędzy z nowej książeczki nie jest łatwe. Młody nieznany nikomu człowiek, który posługuje się dokumentem nieobecnej dziewczyny – to jest ryzyko. W dodatku Schenka znają pracodawcy zamordowanej Róży. Schenck postanawia więc, nie zważając na krzyki i gwałtowną gestykulację Schlossarecka, ukryć się w domu swojego brata Karola. Siedzi tam do kwietnia kiedy to wywlekają go za próg żandarmi i prowadzą przed sąd. Po krótkiej rozprawie Schenck zostaje skazany na śmierć i powieszony. Okazało się bowiem, że zwłoki wrzucone do wody czasem wypływają, a ciotki nieszczęśliwie zakochanych dziewczyn mają także swoich adoratorów, którzy – co za dziw – nie są mordercami i nie dybią na ich pieniądze. I tu mogłaby się skończyć historia Hugona Schencka gdyby nie pewien szczegół, który ujawnił się sam, zupełnie przypadkiem ponad czterdzieści lat po jego egzekucji.

Otóż pewna pochodząca z Hanoweru Niemka imieniem Klara, która służyła u austriackiej rodziny arystokratycznej H. do końca swego życia przechowywała pieczołowicie sześć listów, trzy zaschnięte róże i fotografie młodego, uśmiechniętego mężczyzny. Poznała go dawno temu, przypadkiem na ulicy w uzdrowisku Voslau nieopodal miasteczka Zernodin gdzie znajduje się słynny Dół Kumotrów, w którym Hugo Schenk – słynny przed laty – topił swoje ofiary.

Mężczyzna ten zaczepił Klarę na ulicy ponieważ bardzo mu się podobała i powiedział, że jest inżynierem i nazywa się Hermann Siegel. W dalszej części rozmowy wyznał jednak, że w rzeczywistości jest prześladowanym przez siepaczy cara hrabią Winipolskim, który walczył o wolność swojej ojczyzny, a teraz musi ukrywać się na emigracji. Tak ujął tym dziewczynę, że zakochała się w nim bez pamięci. Opowiedziała mu o swoich planach na przyszłość, o rodzinie, o pieniądzach, które zgromadziła, a on wysłuchał jej z uwagą i zaproponował spotkanie w Wiedniu. Odkładał je jednak przez następne sześć miesięcy pisząc czułe i bardzo rzeczowe jednocześnie listy. Klara czekała i usychała z tęsknoty, a kiedy wreszcie wybrała się do Wiednia, gdzie miał na nią czekać w pokoju hotelowym okazało się, że wcale go tam nie ma. Więcej –okazało się, że nikt go tam nie widział. Miłość Klary, prostej niemieckiej dziewczyny do ukrywającego się polskiego hrabiego była jednak silniejsza niż wszystko. Jego fotografia jeździła z nią wszędzie gdzie podróżowali jej państwo, była we wszystkich niemieckich Badach i we Francji i nawet we Włoszech. W późnych latach dwudziestych zauważył ją na biurku służącej najsłynniejszy reporter tamtego świata Egon Erwin Kisch i opisał to wszystko dużo piękniej niż ja.

Biedna Klara umarła zapewne z imieniem swojego ukochanego na ustach. Może gdyby miała więcej pieniędzy stać by ją było na terapie u doktora Freuda, który stosując najnowocześniejsze metody, wyleczyłby dziewczynę z mrzonek i fantasmagorii miłosnych. Tylko któż mógłby opowiedzieć biednej służącej o takim sławnym medyku? Na pewno nie jej pani, która drwiła z Klary patrząc z zazdrością na tego przystojnego inżyniera ze zdjęcia.

  8 komentarzy do “Wielka miłość nad Dołem Kmotrów”

  1. jak to się świat zmienia, te sto lat temu żyjące bohaterki w/w tekstu marzyły o tym, żeby założyć rodzinę, ta potrzeba była tak silna, że części kobiet usypiała ich czujność, były tak ufne, że kończyły obrobione z pieniędzy i pozbawione życia – szły prosto pod nóż.

    współczesne panny mają inne problemy, mężczyźni przestali się oświadczać i obiecywać.

  2. Czasami parkowałem samochód w Příborze na małym parkingu przy ulicy Československé armady pod domem, w którym urodził się Zygmunt i powiem tak: nigdy nie osiągniemy tego poziomu rozwoju cywilizacji, który istniał na przełomie XIX i XX wieku z powodu naszego zepsucia moralnego, a dotyczy to zwłaszcza współczesnych kobiet.

  3. i nawet „święta” Anna Przybylska nie poprawia statystyk.

  4. Dziewięć lat temu ten wpis Coryllusa na S24 odczytały 364 osoby. Potem przybywało ich na blogu lawinowo – do czasu aż szef S24 z małżonką znaleźli inne źródła utrzymania i postanowili postawić na szkolenie liderów, pozbywając się blogerów niewygodnych. To nie ich wina? To wina społeczeństwa? Nie. To po prostu wahadło.

    Sędzia Sądu Najwyższego w USA Ruth Bader Ginsburg uważa, że historycy będą oceniać obecny okres w historii politycznej za aberację. Ma 86 lat, została mianowana w roku 1993, usunęła chirurgicznie raka jelita grubego w 1999 i zaleczyła raka trzustki w 2009, a ostatnio powróciła do pracy po „walce” z rakiem węzłów chłonnych w płucach. Uważa, że jeszcze w czasie jej życia wahadła lewicy i prawicy, które wychylają się za bardzo, zaczną powracać. Sprawdziłem, kto ją mianował. Działo się to za prezydenta Clintona. Nie musimy jej pytać, gdzie mają powrócić wahadła.

  5. czuły ten wiersz tego zboka, ależ on był pogubiony, bandzior/poeta, rymy nie wyszukane, ale rymy

    ale przy okazji mnie się przypomniał  czarny poniedziałek  kiedy na czarno ubrane dziewoje , z czarnymi parasolkami w rękach (lał deszcz i było bardzo zimno),  ustawione przy Starym Mieście – wrzeszczały o aborcji – jakieś  też pogubione

  6. Spokojnie. Ta ČS Armada to jest myk. Wypływali nawet na morza i oceany.

    Pocieszające jest, że nie osiągniemy. !!!

  7. Oni zawsze byli do przodu. Pięć kilometrów od Přiboru są Kopřivnice z muzeum Tatry. Oni pierwsi wymyślili bryczkę bez konia i chytrý telefon (tzw. smartfon):

    https://www.tatramuseum.cz/index.php?page=rubrika_detail&rid=277&r=5&idj=1

    A jak se poroucha autobus i vylet odpada, to robią tak:

    https://www.youtube.com/watch?v=7iUJuy8LXEc

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.