Kwi 052019
 

Siedzimy na targach wydawców katolickich pod Zamkiem i jak co roku nachodzą mnie niewesołe myśli. Główny zaś ich nurt można by zatytułować tak, jak to widzimy wyżej – chrześcijaństwo jest rozumiane dziś wyłącznie jako terapia. W dodatku jest to terapia dla samych duchownych. To jest zdumiewające i straszne jednocześnie, no i trudne do wytrzymania, albowiem słuchając tych wszystkich zachwytów nad ofertą i nad sobą wzajemnie człowiek dochodzi do wniosku, że Kościół w takiej formie przetrwać nie może. Na tegorocznych targach mamy dużą bardzo ilość piszących księży. Treści jednak poruszane w ich książkach, a także inne treści zwane chrześcijańskimi nie powodują poszerzenia się rynku i zwiększonej ilości klientów. Nie mogą, albowiem masowa sprzedaż odbywa się dziś wyłącznie poprzez skandal. Można też oczywiście uporczywie pracować na swoją pozycję, tak jak ja, ale komu by się chciało, skoro jest system dotacji, bardzo wygodny i poręczny w użyciu. Jasne jest, że żadnego skandalu sprzedażowego w segmencie książki katolickiej nie będzie. Nie może być, albowiem to Kościół jest obszarem gdzie detonuje się skandale, obszarem, który się niszczy i dewastuje, a księża mogą jedynie temu przytakiwać, bądź popadać w zamyślenie. Bronić się w żaden sposób nie mogą, albowiem każdy ruch oznacza przyznanie się do winy. Tak to zostało ustawione, a wszystko dlatego, że Kościół pozwolił odebrać sobie narzędzia służące ocenie postępków bliźniego. One niby są, ale dalece nieadekwatne, ponieważ ci, którzy Kościół atakują nie chodzą do spowiedzi i nie biorą udziału w życiu wspólnoty. Są z zewnątrz. Teoretycznie więc misja i relacje wewnętrzne w Kościele nie powinny ich obchodzić. A jednak obchodzą i to w sposób zasadniczy. Jak reaguje na to Kościół? Organizowaniem terapii dla wiernych. Czyli próbą naśladowania standardów pozakościelnych i zastosowaniem ich, z marną skutecznością do przysposobienia wspólnoty takiego, by wytrzymała ona konfrontację ze światem zewnętrznym. To w ogóle nie jest potrzebne, albowiem wspólnota jest bardziej częścią świata zewnętrznego niż Kościoła i tak naprawdę księża powinni robić wszystko, by ludzi spod wpływu tego „zewnętrznego” wyrwać. Tak można by sformułować misję, ale tego nikt nie czyni, albowiem skuteczność i metody stosowane przez ludzi wrogich Kościołowi są z ochotą adaptowane na wewnętrzny użytek wspólnoty. To bardzo źle. W mojej ocenie oczywiście, ale są też inne oceny i inne punkty widzenia i być może komuś się zdaje, że jest na odwrót.

Onyx przysłał mi dziś taki oto link https://wzasiegu.pl/radiowe/anna-skiepko-laureatem-malego-feniksa-2019/

To jest Pani, która lansuje niszowe książki na twitterze, a onyx próbował zainteresować ją moimi książkami. Bezskutecznie rzecz jasna. Ja, na co pragnę zwrócić teraz uwagę, nigdy nie proszę nikogo by jakoś wsparł moją produkcję. To się zawsze odbywa z inicjatywy sympatyków. Nie o tym chciałem jednak pisać. Pani Skiepko prowadzi także audycję radiową, którą – o czym właśnie zostaliśmy poinformowani – zaczyna od słów – cieszę się, że jesteście…To oczywiście bardzo miłe i każdy chciałby pewnie usłyszeć takie słowa, przynajmniej raz dziennie. No, może nie każdy, bo ja na przykład jakoś za nimi nie tęsknię. Chodzi mi o ten przedziwny rodzaj terapeutycznej kokieterii, która służy formatowaniu publiczności jedynie. Po co? Żeby ułatwić sprzedaż, ta pani bowiem zajmuje się promocją książek wybranych wydawnictw. Czy rzeczywiście jej program ułatwia sprzedaż? Powątpiewam w to, bo sprzedaż od dawna jest już nieważna, albowiem są dotacje. Te zaś wykluczają moment realnej sprzedaży, ale przesuwają akcent na moment realnej promocji. Nie ważne jest bowiem czy czytelnik kupi książkę, ważne by o niej usłyszał. I nie może to być komunikat kontrowersyjny, musi być terapeutyczny, albowiem to uspokaja wydawcę, a także donatora, który książkę sfinansował. Oni muszą mieć pewność, że właściwa osoba we właściwy sposób zareklamuje ich produkt w mediach.

Pani Skiepko jest częścią olbrzymiej machiny promocyjnej Kościoła, która pracuje nad tym, by nie stresować wiernych, ale podawać im treści preparowane i łatwe do przełknięcia. Cóż zatem z treściami trudnymi? Bo takich przecież nie można uniknąć, jesteśmy w obszarze gęsto usianym grobami męczenników. To dziwne, ale one także są obecne, podawane jednak są w sposób zaskakujący. Oto na jednym ze stoisk leży komiks o misjonarzach zamordowanych w Peru przez Świetlisty Szlak. Nosi on tytuł (chyba) – O dwóch takich co nie bali się terrorystów. Ja, może przez swoje wychowanie w komunie, kiedy widzę coś takiego, od razu przypominam sobie prozę Wojciech Żukrowskiego, a konkretnie jego książkę dla dzieci „Porwanie w Tiuturlistanie”, gdzie jeden z głównych bohaterów – kogut – zostaje zarżnięty przez Cyganów. Na szczęście zostawia jajko i z niego wykluwa się drugi, identyczny kogut. W takich mniej więcej rejestrach podawane są dziś treści dotyczące nieprzyjemnych i ryzykownych aspektów misji Kościoła. I na to siły nie ma. Może nie powinienem zarzucać kolegom wydawcom braku refleksji w tym co czynią, ale w końcu czemu nie, skoro i tak nie biorę udziału w dystrybucji treści przez nich lansowanych, a ze swoją dystrybucją radzę sobie w miarę dobrze. Chyba można wysunąć jakieś krytyczne propozycje dotyczące oferty? Z tego może zrodzić się jakaś konstruktywna dyskusja. Szydzę, rzecz oczywista, nic się nie zrodzi, albowiem wydawcom katolickim, a pewnie też wielu księżom zależy najbardziej na tym, by przemawiać do grupy sformatowanych czytelników. Myślących i działających w dodatku bez zrozumienia własnej sytuacji.

Na dziś to tyle niewesołych refleksji. Nie znaczy to, że nie ma na targach nic wesołego. Oczywiście, że są wesołe akcenty. Jest, na przykład, książka Patlewicza o zdrajcach Polski, która kończy się omówieniem sylwetki najbardziej znanego współcześnie zdrajcy, czyli Lecha Kaczyńskiego. Ja szczerze zachęcam do kupienia tej książki, zachęcam także panią Skiepko do reklamowania jej na antenie radia „Nadzieja”. Pojawi się nadzieja, że ktoś w końcu zorientuje się w sytuacji i zapyta czy tak naprawdę z tymi książkami, rynkiem i treścią, wszystko jest aby na pewno w porządku?

Zapraszam na portal www.prawygornyrog.pl

  10 komentarzy do “Chrześcijaństwo jako terapia”

  1. Harcownik z tego Patlewicza, no ani chybi pierwsze pióro Rzeczypospolitej. Co jest zapleczem jego odwagi, no determinacja sprzedażowa, poprzez skandalizowanie.

  2. Drogi Coryllusie, wczoraj próbowałem, w dobrej wierze, przetrwać „dyskusję”, u Roli, Braun/Patlewicz nt tej dwutomowej produkcji. Poległem przy omawianiu przypadku zdrad wszelakich Lecha Kaczyńskiego i brata jego bliźniaka. Wyszedłem z tego horrendum z głębokim żalem, że Braun nie wygrał jednak wyborów w Gdańsku oraz, że teraz, na własną rękę, szykuje klęskę wyborczą na jesieni dla swojej konfederacji. On obowiązkowo powinien czymś – miastem, województwem (byle nie moimi) – porządzić, sprawdzić swe kompetencje, ponieść spektakularną klęskę w stylu Zorby i może wreszcie oprzytomnieć.

  3. „Główny zaś ich nurt można by zatytułować tak, jak to widzimy wyżej – chrześcijaństwo jest rozumiane dziś wyłącznie jako terapia” czyli herezja. Dlatego, między innymi przeganiane jest z targów wydawnictwo „Te Deum” ,bo ktoś by mógł się pomiarkować i już nie użyć eufemizmu.

  4. Te Deum jest punktem odniesienia wobec tego co się zwie „książką katolicką”.

    Szanowni Państwo, ja karmię się tylko ichną literaturą. Na zdrowie psychiczne przestałem narzekać. Z całego serca polecam.

  5. Na tych targach chyba będzie awantura

  6. >Siedzimy na targach wydawców katolickich pod Zamkiem…

    Arkady – terapia elektropetryfikacyjna

  7. Elektropetryfikacja zwana wówczas cebertyzacją została zastosowana w 1949 roku do unieruchomienia osuwiska na skarpie wiślanej grożącego zawaleniem kościoła Św. Anny. Oprócz tego zastosowany tam potężny mur oporowy. Z braku dostępu do powojennego Życia Warszawy nie znajduję potwierdzenia mojego wrażenia, że również skarpa wiślana Zamku przed odbudową wymagała odwodnienia i zeskalenia. Być może Arkady pełniły już od początku 19. wieku rolę muru oporowego ale to, że ich remont (1994-2009) trwał 15 lat, kojarzę z problemami hydrologiczno-inżynieryjnymi.

  8. Anna Skiepko dość dziwna osoba,dostałem u niej bana na Twitterze

  9. jakoś tak pamiętam że zespół pracujący w Arkadach przez te 15 lat „pracy” dysponował co roku budżetem w wysokości – 6 mln zł. Tylko tyle i aż tyle.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.