maj 152024
 

W zasadzie tekst ten mógłby się nazywać „Nauka czytania ze zrozumieniem. Lekcja 3”, ale nie popadajmy w pychę. Wiadomo, że ja nikogo niczego nie nauczę, a dziś w dodatku, zamiast czytać będziemy oglądać obrazy z epok zamierzchłych. Oto trzy portrety:

 

 

Wszystkie one łączone są z wydarzeniem opisanym w ostatnim numerze „Szkoły nawigatorów” czyli z pojedynkiem jaki pan z pierwszego portretu odbył z zaufanym człowiekiem pana z trzeciego portretu. Dlaczego nie umieściłem wizerunku tego człowieka w tekście? Bo jest on nieistotny, ważni są tylko ci trzej. Większość już się zorientowała kogo mamy na obrazkach, ale dla porządku opiszę wszystko jeszcze raz choć skrótowo. Ten pierwszy to protestancki szlachcic z Poitu – Guy de Chabot, baron de Jarnac. Drugi to król Franciszek I, a ten trzeci to jego następca Henryk II.

Pan na pierwszym obrazku był szwagrem głównej kochanki pana na drugim obrazku. Kochanka pana na trzecim obrazku jednak – Diana de Poitiers – rozpuściła plotkę, że jest on także  kochankiem swojej teściowej, czyli także matki kochanki króla, swojej szwagierki, a plotkę tę powtórzył Francois de Vivonne, mistrz szermierki i faworyt pana z trzeciego portretu. Pan widoczny na pierwszym zdenerwował się, zażądał pojedynku, ale panujący ciągle król Franciszek, widoczny na drugim obrazku zakazał tego kategorycznie, świadom, że pojedynki prowadzą tylko do serii katastrof. No, ale stary król wkrótce umarł, a nowy, będący w dobrych stosunkach z panem de Vivonne, który – co za zbieg okoliczności – był także wyśmienitym szermierzem, uznał, że sprawę należy rozstrzygnąć po męsku. Jak to wyglądało od zaplecza dokładnie nie wiemy. Ktoś musiał jednak, powiem brzydko, podpuścić młodego króla, który i bez takich sugestii był świadom, że Vivonne to zabójca i nie przegrał nigdy żadnego pojedynku. No, ale potrzebne było propagandowe wspomaganie, bo pamięć o zakazach króla Franciszka ciągle żyła.

Szykowała się niezła zabawa. I teraz rzecz istotna. Wszystkie opisy tej historii jakie znalazłem są pełne znawstwa sztuki szermierczej, wskazują na przewagi jednego i niedostatki drugiego z uczestników starcia. Omawiają rodzaje broni i osłon jakich zdecydowano się użyć w pojedynku, negocjując wcześniej każdy szczegół bardzo długo. Słowem przesiąknięte są te opisy duchem żyjącym na portalu „ciekawostki historyczne”. Ja zaś ciekaw jestem czy ludzie, którzy stworzyli te narracje, mieli choć raz rapier w ręku, albo czy – choćby i bez rapiera – przyjęli właściwą pozycję do walki? Liczę, że tak, bo inaczej skąd by było w nich tyle znawstwa? Ja, choć dwa lata uczestniczyłem w zajęciach z szermierki sportowej, nigdy bym się nie odważył na formułowanie tak fachowych opinii. No, ale ja nie zagłębiam się nigdy za bardzo w temat i – niejako z definicji – jestem człowiekiem powierzchownym. Patrzę tylko na to co widać wyraźnie i na tej podstawie staram się budować narrację. Dlatego tak chętnie powracam zawsze w swoich opisach do praktyk handlowych, bo one się nie zmieniają. Jest zysk, organizacja produkcji, dystrybucja i służące do niej narzędzia. I to są pewne stałe. No, ale nie w tym przypadku. Tu ważne jest coś innego. Pamiętacie Cyrana de Bergerac? Sławnego szermierza z gaskońskiej gwardii króla Ludwika XIII, którego powołał do życia pan Rostand w XIX wieku?. Żył on naprawdę, ale ponoć pochodził z Paryża. Trochę więc nas autor sztuki o jego życiu i przygodach oszukał. No, ale może miał szczere zamiary? Jak pamiętamy Cyrano wyróżniał się pewnym istotnym szczegółem fizjonomii – miał wielki nos. Myślicie, że Edmond Rostand oglądał te nasze portrety, zanim zaczął pisać swoją sztukę? A jeśli oglądał, to jakie myśli mu towarzyszyły i co chciał zasugerować pisząc historię swojego, niezwykłego bohatera?

Wróćmy teraz na chwilę do pojedynku. Guy de Chabot, pan z pierwszego portretu był wyraźnie słabszy i król Henryk II, pan z trzeciego portretu mógł być pewien, że nie przeżyje on pojedynku. Z takim zamiarem go zresztą zorganizowano. Ten wielki nos jest zbyt widoczny, nawet z daleka, żeby można było jego posiadaczowi pozwolić tak po prostu żyć, będąc jednocześnie następcą tronu Franciszka I, którego widzimy na portrecie drugim. Szczególnie, jeśli Diana de Poitiers upierała się, żeby pojedynek się odbył.

Guy nie wystraszył się, choć autorzy czerpiący z ducha ciekawostek historycznych, lubią napisać, że jednak tak. Rozpoczął pewną grę, która jest aż nadto dobrze widoczna. Przez miesiąc targował się o każdy szczegół uzbrojenia i osłony, a w międzyczasie pobierał lekcje od włoskiego mistrza szermierki. Kiedy przyszło do starcia, Francois Vivonne, pewien zwycięstwa, nawet się za bardzo nie starał. Wypełnił wszystkie postanowienia jakie zawarto w trakcie negocjacji i szydził jeszcze, że Chabot chce go zrujnować, bo choć w szermierce sprawniejszy, był znacznie uboższy od swojego przeciwnika. Wiedział też, że choćby nawet wystąpił w tym pojedynku w koszuli i pantalonach, a Chabot w pełnej zbroi, i tak wygra. Stało się inaczej. Jak wiemy szermierka to sztuka odwracania uwagi. Jak wszystko inne zresztą. No i markowania fałszywych cięć, które w istocie skierowane zostają potem w inne miejsce. Dotyczy to nie tylko samego starcia, ale też wszystkiego, co dzieje się poza placem boju.

Vivonne powinien wysłać szpiegów do Chabota, sprawdzić co tamtej robi, a potem zastrzelić szkolącego go mistrza z Italii. Wtedy miałby szansę. Mógł zrobić coś jeszcze bardziej oryginalnego – mógł sprawdzić z kim przyjaźnił się ojciec króla Henryka, kiedy był w wieku swojego syna i kto był wtedy jego kochanką, taką oficjalną i tą trochę mniej widoczną. Następnie z pozyskaną wiedzą powinien udać się do nowego króla, a tamten powinien oskarżyć Chabota o próbę zamachu stanu. Czekajcie, czekajcie…jaki ten świat jest dziwaczny! Wszak wyrażenie coup de Jarnac, oznaczające podstępne i nieoczekiwane cięcie, automat googla tłumaczy jako „zamach stanu Jarnaca”. Oczywiście Francuzi piszą wprost o tym, że cały ten pojedynek był próbą zamachu stanu, ale do świadomości wielbicieli ciekawostek historycznych fakt ten się nie przebija. Wierzą oni bowiem w to, że pojedynki na broń białą, to starcie zręczności z siłą, doświadczenia z entuzjazmem, a także w inne podobne bzdury. Nie rozumieją, że każdy pojedynek to próba przejęcia jakichś aktywów, a jego geneza jest tak długa i tak głęboka, jak nosy panów z pierwszego i drugiego portretu. Ktoś może uznać, że ja tu sugeruję iż nie było legalnego dziedziczenia w rodzinie królewskiej de Valois. Ależ skąd, oczywiście, że było. Wystarczy spojrzeć na profil króla Henryka, tam widać dokładnie, jego wielki nos. Nie jest on jednak tak wielki, jak nos jego ojca i Guya de Chabot.

Kiedy przypomnimy sobie, że Henryk II, był w młodości szykowany na króla Polski, o czym pisze się niewiele, kiedy uświadomimy sobie, że dążył raczej do ułożenia sobie dobrych stosunków z Habsburgami poprzez małżeństwa dzieci, coś nam, się wyjaśni. Przede wszystkim zrozumiemy kim jest król. Nawet działający w systemie tak mu sprzyjającym, jak ten francuski. Król jest kukłą, jego kontakt z poddanymi jest fikcją, a rzeczywistość, dostarczająca mu bodźców, wrażeń i lęków to dwór. Na tym dworze ma swoich zaufanych ludzi, którzy mu gwarantują bezpieczeństwo. I to jest do króla najważniejsze. Myślicie, że kiedy umarł upokorzony Vivonne, król kazał zabić Chabota? A skąd. Zrobił on wielką karierę, był dożywotnim burmistrzem Bordeaux i komendantem twierdzy La Rochelle. Król uznał jego wyższość i postanowił przeciągnąć go na swoją stronę. Pewnie też zrozumiał, że ma do czynienia ze swoim przyrodnim bratem. I zabicie go rozpęta w Europie propagandowe piekło, za którym stać będą oczywiście Anglicy. To oni bowiem rozpętali we Francji piekło wojen religijnych i to oni zajmowali się podsuwaniem kochanek francuskim królom.

My zaś mamy pretensje do Jana Kazimierza, że zachowywał się w sposób daleki od naszych oczekiwań. Popatrzcie na Henryka II, mimo iż zrozumiał on sytuację na początku swojego panowania, pod jego koniec zmieniła się ona tak bardzo, że król musiał umrzeć – bo nie zrozumiał nowych czasów – jak mawiali komuniści. Jak pamiętamy zginął również w pojedynku, który został zaaranżowany. Nikt tego nie wskazuje, poza nami tutaj, ale tak musiało być, bo taka jest logika faktów politycznych, które są niezmienne. Jan Kazimierz musiał liczyć się z dworem pełnym agentów mocarstw, a także – jeszcze groźniejszych – agentów swojego pruskiego lennika. Miał przeciwko sobie szlachtę, która była przekupiona francuskimi pieniędzmi i guzik rozumiała z tego co się rozgrywa wokoło. Nawet jego żona, odziedziczona po bracie, była jego wrogiem. I potem ktoś się dziwi jego decyzjom i zachowaniu? Jan Kazimierz, jak każdy, chciał przede wszystkim przeżyć. Reszta była następstwem tego pragnienia.

Po co ludzie w ogóle zajmują się tymi sensacjami historycznymi? Może zacznę od tego, dlaczego my się tym zajmujemy. No więc ja robię to przede wszystkim dla siebie. Bardzo bowiem lubię układać sobie spójne i logiczne historie, w których główne role grają wyraziści i zdecydowani bohaterowie. Czy to się komuś podoba czy nie, obchodzi mnie mniej. Stąd moja, niezbyt mocna pozycja, w światku autorów i wydawców treści historycznych. Dlaczego jednak robią to inni? Powód jest, w mojej ocenie, dziwaczny. Oni wszyscy chcą być tymi królami, szermierzami, kochankami Franciszków I, a także innych jakichś władców. I widać to za każdym razem, kiedy oglądam jakiś podcast, nieważne czy prowadzony przez kobietę czy mężczyznę. Uderzająca jest także w tym wszystkim niechęć do wszystkiego co dobrze i wyraźnie widoczne. To nawet nie jest niechęć, ale wręcz pogarda. Dominuje zaś pragnienie wpisania się w narracje z przeszłości i wskazania, że oto kontynuuje się je w takim samym duchu. No nie wiem, czy ktokolwiek dobrze rozpoznał ducha, który towarzyszył panu Rostand przy pisaniu historii życia Cyrano de Bergeraca. Raczej powątpiewam. Pozwólmy jednak ludziom dobrze się bawić, mamy bowiem świadomość, że jeśli sprawy dalej będą toczyć się w kierunku, który oni wyznaczają, a do tego będzie przybywać naśladowców, wkrótce cały segment zdechnie śmiercią naturalną i żadnego handlu nie będzie, albowiem wszyscy będą wynudzeni jak mopsy i wrócą do pornografii, piłki nożnej, wędkarstwa, czy co tam ich zajmowało wcześniej, zanim zainteresowały ich „ciekawostki historyczne”.

My raczej tu zostaniemy, bo pracujemy na to, żeby utrzymać się na powierzchni nawet wtedy kiedy zainteresowanie przeszłością będzie naprawdę niskie, prawie bliskie zeru. Bardzo dziękuję wszystkim za uwagę.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/szkola-nawigatorow-nr-39-poswiecony-szermierce-i-pojedynkom-na-bron-biala/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/porwanie-krolewicza-jana-kazimierza-gabriel-maciejewski/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/papiez-cesarstwo-i-jurysprudencja-kreatywna/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/wojna-domowa-w-polsce/

 

 

  7 komentarzy do “Ciekawostki historyczne vs Klinika Języka czyli obłęd w natarciu”

  1. Napoleon twierdził, że historia to uzgodniony uprzednio zestaw kłamstw. A białogłowa „żona, odziedziczona po bracie” lepiej by się sprzedawała niż pojedynki na białą broń 😉

  2. nie mam czasu sprawdzić a mam takie pytanie, czy Franciszek był mężem Marii Stewart ?

  3. Pierwszy obraz i widze pana Macierewicza !

  4. Dzień dobry. Ja myślę, że oni faktycznie chcieliby wmówić sobie i komuś, że są kimś innym niż w istocie, co dla mnie dowodzi tylko tego, jak podły jest proceder w którym uczestniczą. Sami nie mogą go znieść i uciekają w mitomanię. Odkąd dowiedziałem się jaki był temat pracy dyplomowej niejakiego Karolaka – nie mam już żadnych wątpliwości. Są ludzie cesarza i ludzie papieża – od setek lat i nic nie może się zmienić. Nie jest bowiem tak, ze pisarzem zostaje każdy, kto ma chęć, talent i dość pracowitości. To działalność ściśle reglamentowana, a szklany sufit, o który co i raz nabija Pan sobie guzy, Panie Gabrielu – jest tego najlepszym dowodem. Jednak – proszę się nie zrażać… :]

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)