gru 152019
 

Moim zdaniem nie mogą, tak jak cały naród nie może być jednolicie partyjny. To jest prowokacja, ale jestem całkowicie pewien, że wielu z nich bardzo chce to zrobić i uważa, że dopiero taki rynek będzie należycie spełniał swoją funkcję propagandową. Ten sposób myślenia jest wyrazem dziecięcej wręcz słabości i demaskacją przy okazji. Zanim przejdę do dalszych rozważań, wstawię tu dwa przykłady dość świeże. Oto przed kilkoma dniami ogłoszono, że ABW aresztowała Jacka Międlara, którego Grzegorz Braun tytułuje teraz redaktorem, a powodem aresztowania była mowa nienawiści. Nie wiem ile czasu upłynie zanim Jacek Międlar wyjdzie z aresztu, a ile do chwili kiedy napisze swoją książkę o prześladowaniu spowodowanym stosowaniem tejże mowy. Zakładam, że niewiele. Jak pamiętamy wydarzenie to poprzedzone było dobrze zorganizowaną promocją książki Wojciecha Sumlińskiego, zatytułowanej „Powrót do Jedwabnego”. To jest w zasadzie książka trzech autorów, a jednym z nich jest pan Budzyński, emerytowany major ABW. Jak to było z tą oceną służb w książce Suworowa? Rubelek za wejście, a za wyjście dwa? To oznacza, że jak ktoś wchodzi w struktury, to łatwo się od nich nie uwalnia. Ja rozumiem, że ABW to nie KGB i u nas jest trochę inaczej, ale jeśli widzę, że jeden oficer, były co prawda, ale jednak, tej organizacji pisze książkę, która jak najbardziej podpada pod standardy mowy nienawiści lansowane przez gazownię, a inni idą aresztować Międlara, pardon, redaktora Międlara, za takąż mowę, to mogę się tylko temu przyglądać z życzliwym zainteresowaniem. Nic więcej nie wchodzi w grę. I szczerze współczuć tym, którzy uważają, że już za chwilę sprawa Jedwabnego doczeka się rozstrzygnięć ostatecznych, które pozwolą Polakom wstać z kolan.

Na czym polega problem ludzi, którzy wychodząc z tych całych służb, jawnie i z podniesionym czołem, próbują instalować się na rynku książki. Rynku nobilitującym, wyróżniającym człowieka od razu, czyniącym go istotą rozpoznawalną, towarzysko pożądaną i godną szacunku przez sam fakt istnienia, a nie przez to, że została rozkazem dziennym z dnia takiego, a takiego wyróżniona premią, albo że zna jakiegoś starego trepa jeszcze z czasów Jaruzelskiego? Problem ten polega na tym, że oni przeceniają swoje znaczenie. To znaczy powoli, zakładam, że nie wszyscy, ale jednak spora grupa, zbliżają się do konstatacji, że ta cenzura, ten stan wojenny i funkcjonariusze prewencji na ulicach, to była jakość sama w sobie. Przynajmniej wiadomo było kto jest kim, a jak ktoś nie miał legitymacji, to był po prostu nikim, nawet jeśli mu się zdawało, że jest sławnym pisarzem. Czasy te jawią się wielu ambitnym strategom rynku, jako raj utracony i to dobrze widać na targach książki. Po czym? Po skali obniżek cen książek, które miały okazać się hitami, a okazały się kapiszonem wystrzelonym na odpuście.

Można się oczywiście łudzić, że za pomocą zestawu prymitywnych emocji uda się sterować całym, 40 milionowym narodem, ale to jest tylko złudzenie. Ono się skończy tak, jak wszystkie inne złudzenia, czyli szarpaniną o resztki budżetu przeznaczone na ten wielki projekt, lub serię mniejszych projektów, bo ja przecież nie wiem jak to tam dokładnie zostało obmyślone. A propos, czy ktoś może wie, co się dzieje z akcją „Polska wielki projekt?” Zwyciężyliśmy już, czy może przegraliśmy? Nieważne, wracajmy do szarpaniny. Jej finałem będzie, jak zwykle, pretensja do ludzi, że nie zrozumieli intencji autorów i zamiast pozwolić im poprowadzić się ku nowym, zielonym pastwiskom, olali ich zupełnie i przestali słuchać. Skończy się dyskusjami prowadzonymi teatralnym szeptem, a dotyczącymi legendarnych zarobków Sumlińskiego. Proszę Państwa, na rynek książki nie wchodzi się dla zarobku. Ten kto to czyni, szybko zniknie. Tu się człowiek instaluje przede wszystkim dla dobrze rozumianej sławy. To zaś powoduje, że czasem ten legendarny zarobek wręcz przeszkadza. Przekonają się o tym wkrótce zarówno Wojciech Sumliński, jak i Remigiusz Mróz. No i teraz rzecz najistotniejsza – jak po taką sławę ma sięgnąć były tajniak? Ja nie odmawiam tym ludziom ani inteligencji, ani talentu, ale przecież ten serial idzie już chyba dwudziesty rok. Ile było takich książek, czasem bardzo poprawnych edytorsko, które zrobiły klapę, mimo wszelkich dystrybucyjnych udogodnień, mimo promocji masowej i kameralnej, mimo sugerowanej wrażliwości autora i jego, że tak powiem, drygu do podejmowania treści z obszaru emocji wrażliwych, delikatnych i podniosłych. Było tego bardzo dużo. I nic po tym nie zostało, a ja zaraz wyjaśnię dlaczego. Parę lat temu ktoś doszedł do wniosku, tak to interpretuję, że nie ma się co opierniczać z tą jakością, trzeba walić na chama. I mamy całą serię książek Sumlińskiego, przepisanych z MacLeana czy jakiegoś innego Le Carre. Miękka oprawa, brak drugiej strony, najgorszy papier, a na stronie dwa akapity z tego, co – dla przykładu – znajduje się na stronach wydawnictw Kliniki Języka. I co? Bez aresztowań za mowę nienawiści, bez aranżacji sugerujących prześladowania i udręczenie, machina nie rusza, a jeśli rusza, to zaraz staje. Być może ten ruch kogoś tam satysfakcjonuje, ale chciałem tylko przypomnieć, że na rynek książki nie wchodzi się dla pieniędzy. Od tego są inne rynki. Tu się jest dla sławy i po to, by realizować cele propagandowe. Kiedy można to robić skutecznie? Tylko wtedy kiedy rynek ten jest głęboki i zróżnicowany. Tak, jak to się dzieje na rynku amerykańskim. Nikt nie będzie kwestionował tego, że tam się robi propagandę globalną, a nie dość, że robi, to jeszcze utrwala. Nikt tam natomiast nie ogłasza, że ten czy inny popularny autor, jest czy też był szpiegiem. Nawet jeśli pisze powieści szpiegowskie. Nie czyni tego, albowiem to jest przeciwskuteczne. Tak się bowiem składa, że mechanizm promocji oparty o demaskację od dawna jest niewydolny. Mechanizm ten działający w myśl zasady – a teraz pan Mietek powie jak to było naprawdę, ale tak naprawdę, naprawdę i dorzuci kilka słów o tym jak cierpiał w więzieniu prześladowania – rzęzi jak silnik od malucha zimą 1981 roku. Nie pojedzie, mimo wielu starań i pielęgnowania wielu złudzeń. Oczywiście, jestem tego pewien, że zanim jeden z drugim były oficer tego czy tamtego, przyzna się do klapy zacznie obmyślać, jak tu – bo przecież nie można się przyznać do klęski – zamknąć ten cały rynek, żeby nie było niczego. To jest pokusa wielka i ona nachodzi różnych ludzi, a ja to wiem na pewno. Media ogłoszą, że już nikt nie będzie niczego czytał, bo nie ma autorów, nie ma sensu pisać, a wszystkie treści są internecie. To jest nie do wykonania, bez wyprowadzenia transporterów opancerzonych na ulice i skrytobójczych morderstw. No, ale każdy ma jakieś marzenia. I każdy może kochać, jak mówią słowa piosenki.

Wiara w to, że kilkunastu kolegów może opanować obszar dystrybucji treści, albo choćby tylko duży jego fragment, a niech się on zwie nawet tą prawicą, prowadzi do rozstrzygnięć komicznych. Ja je tu opiszę na bardzo konkretnym przykładzie. Oto na plaży w Kalifornii pojawiło się nagle, ni z tego ni z owego wiele tysięcy dużych robaków, które wyglądają jak penisy. Żyje toto w mule, ale nagle zapragnęło się pokazać i jak na komendę wylazło na powierzchnię. No, ale się okazało, że nie ma wody, bo opadła, środowisko jest nieprzyjazne i nie ma jak żyć. Co prawda każdy może wyjść na plażę i zobaczyć te 60 tysięcy kutasów ułożonych jeden przy drugim, ale czy to jest rzeczywiście sława? Taka dobrze rozumiana? Trzeba się chyba nad tym poważniej zastanowić. Przekonanie, że jeśli wybrany i zadekretowany autorytet, a niechby to był nawet Grzegorz Braun będzie chodził po tej plaży i wskazywał z mądrą miną tego czy innego przedstawiciela pechowego gatunku, a także rozwodził się nad jego osobniczymi zaletami, coś zmieni, to iluzje budowane po raz kolejny. Rynek to ocean, a w najlepszym razie jezioro, z całą pewnością nie jest to dół przeciwpożarowy wypełniony mułem, ani sadzawka z karpiami, do której ktoś dwa razy dziennie dosypuje paszy. Dorze jest o tym pamiętać. Żeby zaś być autorem rozpoznawalnym trzeba przede wszystkim pisać. Nie opowiadać, nie wskakiwać na platformę z mikrofonem w ręku, nie pokazywać się w telewizji, nie fotografować się ze sławnymi ludźmi. Trzeba przede wszystkim pisać. Tego się niestety nie da obejść. Oczywiście można się karmić złudzeniami, że się da, albo wierzyć, że powstanie technologia, dzięki które jednym kliknięciem będziemy generować ciekawe, interesujące i uwodzicielskie teksty, które przyniosą nam sławę. Wszystko to można robić, ale podczas tych czynności, można będzie też wyraźnie zauważyć, że ocean jest coraz dalej, że zaczął się odpływ, a wokół nas zaczyna przybywać tych dziwnych obłych stworzeń, które – wobec braku wody – nie mają żadnej szansy na przeżycie.

  9 komentarzy do “Czy funkcjonariusze tajnych służb mogą podzielić między siebie rynek książki?”

  1. W Polsce pływów morskich się nie obserwuje i może dlatego autorzy podręczników szkolnych wciskają na siłę, że przypływy występują raz na dobę. Wciskanie propagandy idzie autorom dużo lepiej ☺

  2. rano przeczytałam  z ostatniego austro-wegierskiego Nawigatora,  artykuły  o szpiegowskiej pracy i tajnych służbach na schyłku monarchii  i teraz na myśl o moim kraju i o dzisiejszych grach służb np. na rynku książki i na przykład na rynku zbrojeń … zrobiło mi się … niedobrze   

  3. Cos kapitalnego, Panie Gabrielu…
    … ten opis stada kutasow zyjacych w mule,  a dzis wyleglych na plaze  –  jest  ge-nial-ny  !!!
    Tak,  pan Budzynski  to jeden z tych  ROBALI,  co to jako emeryt chcial se jeszcze dorobic – ta jego „ksiazka” to zwyczajna  katastrofa… i  komedia  !!!   I takie  KUTASY  chco jeszcze  opanowac dystrybucje tresci…
    … ale chyba tylko  zoladkowych – ja mysle… i to tez nie jest pewne  !!!

  4. Przecież wskakiwanie na platformę i mówienie o cierpieniach swoich jest formą prpmocji, podniesienia sprzedaży.

  5. >nie wszyscy, ale jednak spora grupa…
    Lubi hazard, jachty, kobiety i/lub chłopców. Potrafią pić i nie paplać. Zwłaszcza szczerze.
    Podobno w Brukseli

  6. już się nie chciałam odzywać, ale skoro przywołujesz czas przed I WŚ to w ostatnim SN, STALAGMIT opisuje taką ilość agentury brytyjskiej działającej w Austro Węgrzech, że to cesarstwo nie miało prawa się ostać, każdy kawałek cesarstwa był indoktrynowany na okoliczność niepodległości swojego kraiku i lokalnego patriotyzmu,
    na blogu SN jest opisywany agent wysłany do II RP niejaki Dewey, no a ciekawe co A.Karton de Wiart  robił na polesiu w użyczonym mu majątku, czyżby też  indoktrynował kogo mu angielskie office wskazało.?    
    także tego no:  rynki i nie tylko rynki bo i państwa, służby tajne , kiedy tylko zechcą mogą między siebie podzielić 

  7. Kolejny „projekt” speców od rynku książki najwyraźniej nie wypalił…                  https://www.gala.pl/artykul/remigiusz-mroz-i-katarzyna-bonda-rozstali-sie-pisarka-oglosila-to-w-wywiadzie-191215063633

  8. Rewelacyjny tekst.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.