cze 172026
 

Puściłem ostatnio na iksie opowiadanie Charlesa Merrilla, zmarłego przed dziewięciu laty w Nowym Sączu, finansisty i filantropa, zatytułowane Wielki, ukraińskich ruch partyzancki. Kim był Merrill, niektórzy dobrze pamiętają. Jego opowiadanie zaś to historia dwóch niemłodych już oszustów, którzy po niepowodzeniach w domokrążnym handlu encyklopediami i ekskluzywnymi książkami z zakresu tak zwanej klasyki, postanawiają sfingować istnienie wielkiego, ukraińskiego ruchu partyzanckiego i na tym trochę się powozić wśród elit amerykańskich. Opowiadanie jest zabawne, napisane z talentem i wyczuciem. Ma ono jeszcze ten walor, że autorem jest Charles Merrill, człowiek który sponsorował różne inicjatywy w III RP, między innymi Katolicki Uniwersytet Lubelski. Umarł w naszym kraju, bo jak piszą w wiki, zakochał się w Polsce po przeczytaniu Sienkiewicza. Okay, niech będzie…Z tej jednak okoliczności i z treści opowiadania wynika, moim zdaniem, prawda taka oto – Zachód może sprokurować na temat Europy Wschodniej dowolną historię, niemożliwie bzdurną i kolportować ją w najlepsze, całkowicie bezpiecznie. Nikt się nie połapie, a nawet jeśli się komuś coś tam nie spodoba, to się go zakrzyczy lub zamilczy. Merrill wiedział co pisze, zajrzyjcie do jego życiorysu, a sami się przekonacie.

Lata dziewięćdziesiąte to, o czym wielu zapomina, budowa tożsamości narodu ukraińskiego, który wyszedł z czarnej, sowieckiej nocy całkowicie przetrącony ideologicznie przez komunizm. Taką wizję miał i chyba ma nadal Zachód. Żeby wyleczyć Ukraińców z komunizmu skierowani na Ukrainę ludzie pokroju Merrilla wykreowali kult Bandery i banderowców, po to, by młodzi Ukraińcy, niechętni komunizmowi mieli się z kim utożsamiać. I tak, z niszowego, galicyjskiego ruchu narodziła się ideologia państwowa. No, może nie cała, ale jej znaczna część. Stało się tak, bo banderowcy nie kojarzyli się z komunizmem. Co prawda niektórym kojarzyli się z hitleryzmem, ale to akurat dało się jakoś przemilczeć i dziś na Ukrainie nikt chyba nie wierzy w agenturalność Bandery, a jeśli wierzy, uważa, że to znakomicie się składa.

Mając takie glejty i takie gwarancje żaden ukraiński polityk nie będzie słuchał Polaków i ich lamentów nad pomordowanymi na Wołyniu, albowiem polski porządek i jego aspiracje, to jest dla Ukrainy sprawa lokalna. Wskazanie zaś zachodu na Banderę, jako tego człowieka, który wyzwala umysły z komunistycznych miazmatów, to część porządku globalnego, który firmują mocarstwa światowe. W tym wszystkim nie ma nawet kawałka miejsca na ocenę postaw indywidualnych, w których my szukamy z kolei ratunku, by jakoś z tego ambarasu wybrnąć i nie oskarżać wszystkich Ukraińców jak leci o mordowanie Polaków. No, ale po tamtej stronie nie ma za grosz zrozumienia dla jakichkolwiek indywidualnych postaw. Jest oferta, na którą zgodziły się elity ukraińskie, a lud przyklasnął i koniec. Jakiekolwiek wątpliwości należy uciszyć. Z tego właśnie punktu startuje dialog polsko-ukraiński. Jest to rozmowa ślepych o kolorach, albowiem Polakom wydaje się, że mówiąc o zbrodni wołyńskiej w duchu prawdy i pojednania osiągną jakieś porozumienie. Nie osiągną, bo reprezentują jakieś lokalne roszczenia, dla wielkiej polityki ukraińskiej w zasadzie nie mające wagi i znaczenia. Po raz kolejny bowiem elity ukraińskie dostały ofertę z Zachodu. I to te oferty oraz ich przegląd powinny być podstawą do rozmów, a nie biedne ofiary banderowców. Polska zaś prowadzi rozmowy z Ukrainą w taki oto sposób, że z jednej strony upomina się o owe ofiary, a z drugiej je lekceważy. Bo to właśnie czynią wszyscy lewicowi i półlewicowi politycy, tacy jak Paweł Kowal. Media zaś polskie po raz nie wiem który koncentrują się na okropieństwach tych zbrodni, bo pracujący tam ludzie chcą w ten sposób zrobić zasięgi dla swoich stacji. I tak w koło Wojtek.

Wydaliśmy właśnie serię książek, w których omówione są w sposób przytomny relacje polsko- ukraińskie od stulecia XVI do XX. Co kilka dni publikuję tu tekst na ten temat, ale jakoś nie widać, żeby ta okoliczność cokolwiek, nawet w małej skali zmieniała. I tu każdy polski polityk, lansujący się na tematach ukraińskich zapyta ze zdziwieniem – a kim ty chłopie jesteś? A ja odpowiem – na pewno nie takim durniem, jak ty….I będzie to dialog prowadzony w jak najbardziej właściwym tonie.

Problem w relacjach polsko-ukraińskich jest taki oto, że Ukraina, stająca przeciwko Moskwie określa się wobec zachodu, który składa jej liczne propozycje. W dawnych czasach wiele z tych propozycji było wymierzonych również w Polskę. Należałoby się zastanowić dokładnie, które to były propozycje, od kogo wyszły i czy nie stanową pewnej tradycji. Ta bowiem żyje niezależnie od ludzi, którzy ją w praktyce stosują, a gwarantują jej trwanie okoliczności geopolityczne. I tak z całym spokojem możemy stwierdzić, że Bandera i jego ludzie to pokłosie długiej tradycji współpracy atamanów ukraińskich, a później działaczy ukraińskich z Wiedniem. To nawet otwiera pewną drogę dla publicystów, bo jakiż niesamowicie dobry tekst można napisać śledząc związki ukraińsko-habsburskie od wieku XVI do końca dynastii, a potem wskazując, jak tradycja ta przejmowana jest przez  Niemcy. No, ale wiadomo, że taki tekst nie powstanie, bo większość tych jełopów publicystów nawet nie rozumie co tu zostało napisane.

Polska jest dla Ukrainy partnerem drugorzędnym, jeśli nie kłopotem po prostu, który należy jakoś ominąć, albo zlikwidować, w zasadzie od czasów Stefana Batorego. Polska ma oczywiście siłę, ale ta nie wypływa ani z gwarancji dworów obcych, bo tych polscy królowie nie mają, ani też z mocy samych władców. Ta siła wypływa z dobrej organizacji politycznej narodu i jego samoświadomości. I w tym momencie właśnie czarodziejskim sposobem, jak diabły z pudełka wyskakują autorzy wskazujący na degrengoladę szlachty. I tak jest zawsze również w dzisiejszych czasach. Naród zaś, który nie ma dziś nawet 1/10 tych możliwości jakie miała szlachta w XVII wieku, przyjmuje to na wiarę. I nikt, ani w odniesieniu do czasów dawniejszych, ani tych współczesnych, nie pomyśli, że owe szlachetne krytyki, owe szyderstwa adresowane do cywilizowanych intelektualistów, to nie wyraz troski o kondycję narodu, ale sabotaż. Polemika z taką postawą jest niemożliwa, z oczywistych względów – narodu szlacheckiego już nie ma, a ten który jest płacze nad swoim chłopskim pochodzeniem. I domaga się współczucia. Ukraińcy zaś ze swojego chłopskiego pochodzenia zrobili narzędzie do wywijania nad głowami ewentualnych polemistów, taki młotek na sznurku.

Jeśli w dawnych czasach Ukraina dostawała jakieś propozycje z zachodu, to jakie jeszcze – prócz wiedeńskich – i co było podstawą do ich formułowania? Jeśli – czego w Polsce nikt nie bierze za pewnik – Moskwa była opanowana przez Anglików, podstawą do takich porozumień, w przypadku Londynu, było pragnienie, by połączyć kościoły anglikański i prawosławny. Miało się to dokonać poprzez mianowanie króla Jakuba I głową połączonych kościołów. O ile Moskwa, dla interesu mogłaby się na taki deal zgodzić o tyle Konstantynopol był podzielony. I nie dało się tak po prostu oprzeć tego projektu na Moskwie. Żeby ten projekt przeprowadzić,  należało uczynić Moskwę depozytariuszem doktryny, a potem zmusić cara czy też tego, co akurat cara udawał, by firmował angielski plan.

W Polsce nikt tak o tych sprawach nie myśli, albowiem każdy historyk uważa, że w planach ukraińskich i moskiewskich Polska była jakimś podmiotem i wiązano z nią plany. Nic takiego nie miało miejsca. Porozumiewano się nad głowami Polaków, zarówno w Moskwie, jak i w Kijowie.

Na tyle, by stać się depozytariuszem doktryny prawosławnej Moskwa wzmocniła się dopiero za cara Piotra i taki też proces nastąpił. Odbył się on kosztem Ukrainy, która – po niepowodzeniu unii kościołów anglikańskiego i prawosławnego – stanęła wobec wyzwań nowych. I otworzyły się przed nią możliwości prowadzenia dialogu z Polską. Ten dialog polegał zawsze na tym samym – na próbie narzucenia Polsce rejestru kozaków, czyli opodatkowania narodu szlacheckiego na rzecz niżowców, którzy prowadzili własną politykę i oczekiwali na nowe propozycje z zachodu. Można dokładnie wskazać datę i moment kiedy Kozacy, z organizacji czysto militarnej stali się organizacją chroniącą doktrynę religijną. Stało się tak w roku 1620 kiedy do Moskwy najpierw, a potem na Ukrainę zawitał patriarcha Jerozolimy Teofan. I uczynił Kozaków obrońcami wiary prawosławnej, nakazując im jednocześnie – warunkowo jedynie – słuchać króla Zygmunta. Wizyta tego pana była też wyraźnym wskazaniem na to, że Kozacy powinni zwalczać Unię Brzeską, ta bowiem była głównym wrogiem unii anglikańsko-prawosławnej.

Projekt ten został, jak powiadam, zawieszony, a dokończono go, w innym kształcie za Piotra. To znaczy car, reprezentujący finansjerę holenderską, podporządkował sobie prawosławie i zorganizował je na wzór angielski.

Pora na relacje ukraińsko-francuskie w omawianym okresie. Są one chyba najbardziej tajemnicze, albowiem chodzi o sentymenty króla Władysława wobec siczy i Kozaków, a także o działalność królowej Ludwiki Marii, agentki Mazzariniego. Francuzi napisali dwie relacje z wojny polsko-kozackiej, obydwie opublikowaliśmy, ale mało kto je czyta. W zasadzie na tych dwóch relacjach, przepuszczonych przez warsztat Henryka Sienkiewicza opiera się cała, powierzchowna z istoty, wiedza Polaków o Ukrainie.

Nie nadaje się ona do niczego. Polacy bowiem nie widzą nawet tak oczywistych rzeczy, jak współpraca atamanów z Turcją i podporządkowanie Ukrainy tej potędze. Widzą jedynie to, co chcą widzieć, czyli relacje ukraińsko-moskiewskie. I są przekonani, że na tej płaszczyźnie – wspólnej wrogości wobec Moskwy uda się zbudować trwałe porozumienie. Nie uda się, bo na Ukrainie czczą Chmielnickiego, który podzielił kraj i podporządkował go Moskwie otwierając jej drogę do bardzo daleko idących roszczeń. I to w głowie ukraińskiego polityka i ukraińskiego obywatela wcale nie zgrzyta. Porozumienia z Polską zgrzytać będą jeśli nie zawsze, to często.

Jeśli zaś chodzi o roszczenia Moskwy, przypomnę fragment wiersza Jana Kochanowskiego Satyr czyli dziki mąż dotyczący polityki moskiewskiej, wiersza pochodzącego z czasów naprawdę zamierzchłych:

 

Moskiewski wziął Połocko i listy wywodzi,
Że prawem przyrodzonym Halicz nań przychodzi.

To jest zdaje się ten moment kiedy Polacy uwierzyli, że wobec roszczeń Moskwy, silna i połączona z Polską Ukraina może być jakąś obroną. No, ale to jest właśnie perspektywa zawężona. Bo despotyzm moskiewski za Kochanowskiego  był stymulowany przez Kompanię angielską, a jego podstawą była unia kościołów. My zaś mówimy o tym, jak sam Kochanowski, językiem wywodzącym się z literatury klasycznej, który stawia na dwóch biegunach despotyzm i demokrację. Piętnując wady tej ostatniej i wzywając do nieustających reform. No i ostrzegając przed despotyzmem, wobec którego należy szukać stale jakichś sojuszników.

Czy nie wskazuje to jednoznacznie na wyższość despotyzmu? Czy cała historia klasyczna nie wskazuje jednoznacznie na triumf despotyzmu nad demokracją ateńską? Pal licho czym ona naprawdę była. Myślenie polityczne w Polsce dawnej oparte więc było o schemat źle zinterpretowany. Współczesne zaś opiera się na jeszcze gorszej interpretacji dziejów kształtowanych na tym schemacie.

Ukraina trwa do momentu, kiedy Rosja nie przedstawi zachodowi lepszej oferty. Tak było w XVII wieku i tak będzie dzisiaj. Problem z Ukraińcami i w ogóle z elitami Ukrainy jest taki, że oni nie zbliżają się nawet do takiego pojmowania spraw, jakie reprezentuje poseł Kowal. Za każdą kolejną odsłoną tego przedstawienia wierzą, że tym razem się uda. I zawsze zostają wystawieni. Nie do końca jednak, albowiem każdy Ukrainiec wie, że komunizm był może złem, ale wiele z doktryny komunistycznej da się dopasować do dziejów Ukrainy, tak jak oni je rozumieją. Na przykład reformę rolną, albo nacjonalizację przemysłu, a także inne kwestie, których podstawą istnienia jest pojęcie kolektywu. Ukraińcy bowiem zawsze tworzą kolektyw. Polacy podobnie, ale oni mieli własne państwo, gdzie kolektywne działania miały charakter prawodawczy, a nie konspiracyjny. To nastąpiło później. I stało się – najgorszą moim zdaniem – częścią naszej tradycji politycznej. Ukraina zagarnięta przez Moskwę, zawsze w jakimś tam stopniu Ukrainą pozostanie. I zawsze – wobec kryzysu Moskwy – dostanie ofertę od zachodu. Na ile uczciwą, to już inna sprawa.

Jaką ofertę od Zachodu dostawała Polska? Nad tym się zastanówmy. I nad tym jeszcze jak rozmawiać z Ukraińcami nie z pozycji żony pobitej przez męża pijaka, nie z pozycji roszczeniowego szlachcica z mokrych snów Sierakowskiego i nie z pozycji frajera, który wierzy, że jak nie będziemy naciskać na ekshumacje to jakoś dojdziemy do porozumienia. Nie dojdziemy, bo nie o porozumienia chodzi. Jak to mawiają różni zawodowi kłamcy – tylko prawda jest ciekawa. Spróbujmy więc się nią choć trochę zainteresować.

Wrzucam dziś do sklepu kilka nowych książek z rynku i cały, obszerny tekst, o Targach Książki i Sztuki w Ojrzanowie.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/mistrz-manewru-general-broni-stanislaw-maczek/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/polska-i-rosja-sasiedztwo-wolnosci-i-despotyzmu-x-xxi-wiek/

 

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/statki-i-okrety-tajemnice-katastrofy-bitwy/

 

 

Targi książki i sztuki w Ojrzanowie, czyli kraina wtajemniczeń głębokich

 

Jacek Bartosiak znów publicznie wymądrzał się na temat Ugody Hadziackiej nie mając o tym najmniejszego pojęcia. Znów plótł o Rzeczpospolitej Trojga Narodów, bezrozumnie całkiem, i znów zebrał oklaski od różnych powierzchownych entuzjastów. Dlatego jego i jego wielbicieli nie zapraszamy na Targi Książki i Sztuki w Ojrzanowie, które odbędą się w dniach 4-5 lipca i będą trwały od 11.00 do 19.00. To już trzecia impreza targowa, jaką organizujemy w tym miejscu, dzięki uprzejmości właścicieli, a także dzięki zainteresowaniu publiczności, która tłumnie do Ojrzanowa zjeżdża. Nie jest to przedsięwzięcie gromadzące ludzi powierzchownych, ale głębokich, albowiem prezentowane tam wydawnictwa mają taki właśnie charakter.

Na naszej imprezie, prócz książek, prezentowane są także obrazy olejne, akrylowe i grafiki. Wystawiamy się mniej więcej w tym samym składzie, czyli: wydawnictwo Klinika Języka, Hubert Czajkowski i Agnieszka Słodkowska, Tomasz Bereźnicki, Pracownia Sztuka Cięcia, a do tego pracownia pisania ikon Eikonon. Czasem dołącza do nas Magda, która ma stoisko z kosmetykami, a także zaprzyjaźnieni księgarze z ofertą rynkową, czyli taką, która jest dostępna w księgarniach i w Internecie. Nasze wydawnictwa, obrazy i grafiki prezentujemy na tutaj, na iksie, w zasadzie non stop. Można zajrzeć przewinąć w dół i każdy będzie wiedział o co chodzi i jakiego rodzaju produkty sprzedajemy.

Teraz słowo o Ojrzanowie. Pałac i park położone są między Grodziskiem Mazowieckim a Tarczynem. Można więc tam dojechać z każdej strony. Od Krakowa i od Warszawy, od Katowic i od Łodzi, a także od Gdańska i Wrocławia, jak ktoś się bardzo uprze. Kursują też busiki z Grodziska Mazowieckiego, ale nic dokładniejszego o tym nie wiem, każdy musi sobie poszukać transportu we własnym zakresie. I teraz uwaga – targi zawsze odbywały się w pałacu, ale teraz odbędą się w lofcie. To znacznie lepiej dla targów. Loft jest obok, po prawej stronie od bramy wjazdowej. Miejsc parkingowych jest sporo, tak więc każdy się zmieści. Gdyby ich zabrakło, naprzeciwko pałacu jest szkoła, a przed nią wielki parking.

Nie możemy w tym roku zorganizować targów w Pałacu, albowiem kręcone tam będą filmy reklamowe z Toskanii. To znaczy Ojrzanów będzie Toskanią, a jego toskański wygląd podkreśli scenografia, która właśnie będzie budowana. Stąd też w sobotę przed południem nie będzie czynna restauracja. Dania barowe dla uczestników i odwiedzających nasze targi serwowane będą przed loftem, pod zadaszeniami, które się tam znajdują. Być może po południu restauracja będzie czynna, ale być może nie…W każdym razie posiłki będą. I nie trzeba będzie ich nigdzie szukać, znajdą się pod nosem. Gdyby ktoś nie chciał jeść na miejscu może się przespacerować do pobliskiego Żelechowa, gdzie znajduje się restauracja Babie lato. Jeśli ktoś lubi pamiątki przeszłości i jego wyobraźnię ożywiają artystyczne i narodowe sentymenty, niech pamięta, że w Żelechowie pochowany jest wybitny polski malarz pejzażysta – Józef Chełmoński.

Okolica jest bardzo piękna i malownicza, nie na darmo przecież ten Chełmoński się tu z Paryża sprowadził i zamieszkał w pobliskiej Kuklówce.

Wśród wystawców są dwaj autorzy komiksów i grafik, tak więc każdy kto zakupi jedno z ich dzieł będzie mógł liczyć na autorski wrys. Ja będę podpisywał książki, a także – na życzenie publiczności – wygłoszę w sobotę po południu wykład. Nie wiem jeszcze na jaki temat. Albo o pisarzach, albo i polskim ziemiaństwie. Będziemy wszak w pałacu, centrum dawnego latyfundium.

Zapraszam więc tych wszystkich, którzy czują z naszą ekipą jakiś duchowy związek. Niech każdy pomodli się o dobrą pogodę, bo to jest bardzo ważne.

Poniżej zamieszczam zdjęcia pałacu i zdjęcia loftu. Żeby nikt się nie pomylił.

Pamiętajcie – 4-5 lipca, Ojrzanów-loft przy pałacu, godziny 11-19.

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  2 komentarze do “Czy Polska może porozumieć się z Ukrainą”

  1. Dzień dobry. Polska nie może porozumieć się z Ukrainą. Co najwyżej w jakichś praktycznych, doraźnych sprawach, nie należy bowiem utrudniać sobie życia w imię nie wiadomo czego właściwie. Trzeba po prostu pilnować swoich interesów, wielkich i małych. Niestety, inkryminowani sabotażyści w tym nie pomagają. A niemożność ta wprost wynika z genezy narodu ukraińskiego, wymyślonego przez wrogów Polski i na jej szkodę. Jeśli oczywiście stosować będziemy pojęcie narodu politycznego, nie zaś etnicznego. Wtedy bowiem definicja zawęziłaby się nam do hordy pańszczyźnianych uciekinierów z Moskwy nie znających nawet dobrze języka. Co zaś do konspiracyjnego charakteru naszych kolektywnych działań, to obawiam się, że od dłuższego czasu innego wyjścia nie mamy. Zawsze przypomina mi się „Pół żartem, pół serio”; witamy miłośników opery włoskiej…

  2. To śmieszne było. Jest tak, jak Pan pisze oczywiście

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)