cze 112026
 

Ponieważ jestem trochę zbulwersowany wyczynami różnych osób w mediach i na ulicy, umieszczę tu dziś garść refleksji luźnych. Zacznę od Potopu, opisanego przez Henryka Sienkiewicza. W tym opisie najbardziej uderzające jest to, że Szwedzi zniszczyli spokój ludzi w krainach, która się tym spokojem cieszyły przez lat dwieście. Dziwne jest też to, że Potop – nazwa sugerująca iż wypadki nie są skoordynowane, ale mają charakter kataklizmu, tak łatwo się zakorzeniła w świadomości ludzi. Choć przecież było dla wszystkich jasne, że trzy wojny nie mogą wybuchnąć same z siebie jednocześnie. Imprezy te były więc skoordynowane, a ich celem było zburzenie świętego spokoju ludzi w dużym i zasobnym kraju.  Jak pamiętamy, inwazja na Polskę rozpoczęła się od dokładnego zinwentaryzowania rezydencji magnackich przez agentów szwedzkich i francuskich, o czym czasem wspomina na swoich wykładach Leszek Żebrowski. Czyli dokładnie tak, jak to przedstawiane jest w legendach o czasach poprzedzających najazd mongolski. Najpierw pojawili się ludzie, którzy przeprowadzili lustrację dóbr, inwentaryzowali je i przyporządkowali do określonych osób i miejsc w swoim planie. Dlaczego więc, mając za sobą takie doświadczenia, my nie potrafimy dziś rozpoznać identycznych działań? Nazywamy je używamy narzuconego języka, przyjmujemy perspektywę najeźdźcy i usiłujemy coś wyjaśniać sami sobie. A tu nie ma czego wyjaśniać. Oto z samego rana przywitało mnie na iksie nagranie, na którym widać Zulusów przy grillu, w parku, w Wilnie. Zaraz za tym poszła informacja, że Lublin jest pełen migrantów, a w eter idą jakieś brednie urzędniczek z Ukrainy, o tym, że należy sprowadzać do Polski jeszcze ich rodziny, żeby było różnorodnie. Awantury o to, czy Ukraińcy mogą być urzędnikami w Polsce wybuchają w przestrzeni publicznej w zasadzie codziennie. Odpowiedź na takie kwestie jest prosta – jeśli zajmują się swoimi rodakami, to tak. Jeśli mają zajmować się sprawami Polaków, to nie. I nie ma tu żadnych dodatkowych wątpliwości, a przynajmniej być nie powinno. Oto jednak okazuje się, że są, bo jakaś pani z Lublina, którą nie wiadomo na jakich zasadach zatrudniono w ratuszu, pochodząca z Ukrainy, decyduje o tym ilu migrantów jest w mieście. Do tego przez sieć przelatują informacje o uczelniach w Lublinie, które przyjmują samych migrantów wręczając im potem jakieś dyplomy stanowiące jedynie podkładkę potrzebną do uzyskania stałego pobytu w Polsce. Kim są ludzie, którzy tymi uczelniami kierują i biorą pieniądze – od kogo? – za to, że nieodpowiedzialnie ściągają tu osoby mogące być zagrożeniem dla spokoju mieszkańców? Tego dokładnie nie wiemy. Myślę jednak, że pełnią oni tę samą funkcję, co szwedzcy i mongolscy lustratorzy majątków polskich, w obliczu zbliżającego się najazdu. Czyli, że należą oni do jakiejś grupy, która z życiem polskim i świętym spokojem Polaków nie ma wiele wspólnego. Dlaczego nie ma? To właśnie powinno być przedmiotem badań. Jak to się dzieje, że w pionach administracji, hierarchii akademickiej, służbowej, znajdują się jakieś sita, po przejściu których normalni z pozoru ludzie, jacyś chłopcy z małych miasteczek i wsi, robiący kariery, na które ich matki patrzą ze łzami szczęścia w oczach, zamieniają się w zombie. Ktoś takimi analizami się zajmuje? Nie przypuszczam. Jest to jednak ważne. Co powoduje, że ludzie stają się wyalienowani ze wspólnoty i zaczynają działać na jej niekorzyść, wręcz dążąc do jej zagłady? I wszystko odbywa się w majestacie prawa, bo prawo jest przecież najważniejsze. Nawet minister Czarnek powiedział przecież, że legalna migracja jest w porządku. Jeśli więc jest w porządku, to nie ma się co przejmować bawiącymi się w parku wileńskim Zulusami. My się jednak przejmujemy.

Nasza misja tutaj polega na tym, by wyrównać jakoś niedostatki w opisie kwestii w historii i współczesności istotnych. I zrobić to jeszcze w taki sposób, by nie popaść w szurię, czyli w taki stan, w którym chcąc dobrze, ale ulegając presji zjawiających się jak na zawołanie „przewodników”, stajemy jednoznacznie po stronie zła.

Jest to jednak trudne, albowiem szuria ma poparcie w zasadzie wszystkich sił politycznych i to na niej spoczywa ciężar polemik z opisanymi tu okolicznościami. I dzięki takiej formule ujawnia się oto przed nami pierwszy istotny podział, jakiemu naród polski został poddany całkiem niedawno. Politycy postawili się ponad kwestią świętego spokoju i bezpieczeństwa, uznając że nie mogą być trybunami ludowymi, bo trzeba się pogodzić z nieuniknionym. Rolę zaś tych trybunów scedowali na szurię, która z wdziękiem ją przyjęła, mając wielką wprawę w mąceniu ludziom w głowach. Czy jest to powtórzenie sytuacji z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to istnienie mafii tłumaczono w ten sposób, że słabe państwo nie poradzi sobie z agenturami opanowującymi różne branże, w związku z tym potrzebni są gangsterzy, którzy je wezmą dla siebie, ale będą kontrolowani przez służby? Być może, bo pewne podobieństwo jest. Skoro nie można walczyć z  nieuniknionym, to należy wznieść się ponad obszar zagrożony, a ludziom dać do zabawy komunikaty szurów, które ich co prawda przed niczym nie ochronią, ale będą stymulować emocje. Co jednak jeśli kontrola szurii jest złudzeniem? I to nie nasi politycy i nie nasze służby szurię kontrolują, a ktoś inny? I działa ona według innego modus operandi, czasami już tylko zwracając uwagę na bawiących się w parku Zulusów, którzy przecież nikomu nie przeszkadzają. Mają swoje zwyczaje po prostu. Co wtedy z odpowiedzialnością polityków? I z ich określaniem się wobec polskiego prawa?

W mediach trwa obecnie afera, bo ciężko nazwać to sporem, o aresztowanie Leszka Kraskowskiego, dziennikarza śledczego, który badał sprawę Polnordu. Został ona aresztowany na trzy miesiące za to, że miał broń gazową i napisał jakieś nieprzyjemne słowa do piaseczyńskiego komendanta policji. Clou tej afery jest misja dziennikarzy i jej bezstronność. Przyglądam się temu z niedowierzaniem, albowiem o misji i bezstronności zdążyłem już na dobre zapomnieć. Pan Kraskowski zaś, w czasie rządów PiS w ramach owej bezstronności występował razem  z Pińskim i domagał się od prezydenta Nawrockiego, by ten wyznał czy leczył się psychiatrycznie.

Trzeba mieć w sobie naprawdę dużo ekstrawagancji, by pokazywać się publicznie z Pińskim. Mi się to, wyznam, nie mieści w głowie, ale dzięki opisaniu tego przykładu, mamy już przed oczami drugie pęknięcie, które dzieli naród polski. Otóż dziennikarze wierzą, że misja którą pełnią wyodrębnia ich jakoś z tego narodu. Określać się zaś mogą sami jedynie wobec obowiązującego prawa. Przykład pana Kraskowskiego wskazuje, że jednak nie, że było to złudzenie. No, ale wtedy dostrzegamy, prócz owego pęknięcia także niesłychanie nisko zawieszony horyzont rozeznania spraw ważnych, który ktoś zsunął jak roletę, byśmy czasem nie widzieli za dużo i sami określać się próbowali wobec tych kwestii, które rzekomo są normą dla dziennikarzy. Kraskowskiego wsadzili, więc o żadnej normie nie może być mowy. A cała sieć kipi oburzeniem. No, ale ludzie wasze oburzenie dotyczy dekoracji z papier mache, które ktoś przed wami postawił. O co innego chodzi. Na oburzenie zaś jest już za późno.

Czy wskazane podziały należy zasypywać? Nie, trzeba je pogłębiać, żeby całkowicie odciąć się od tych ludzi, którzy – licząc na łaskę Szwedów, Mongołów i Zulusów – oddzielili się do Polaków. Skoro tak uczynili, nie może być już dla nich miejsca. No, ale oni reprezentują instytucje, powie ktoś. Jasne, a Radziwiłł też był instytucją – sam jeden – piastował dożywotni urząd wielkiego hetmana litewskiego.  Różnica między nimi a nim jest taka, że on najpierw próbował kokietować naród, a dopiero potem straszył i mordował. Ci nasi zaczynają od straszenia. Niestety nie napotykają oporu, a jedynie uległość wyrażającą się w zachowaniach szurskich i przewidywalnych. Bo nikt mi chyba nie będzie wmawiał, że zachowanie Leszka Kraskowskiego nie zostało przewidziane i celowo wywołane. Takie rzeczy często przytrafiają się ludziom mającym głębokie poczucie misji, przekonanym, że chroni ich prawo, a oni sami wobec tego prawa potrafią się sami określić. Nie potrafią. My też nie potrafimy, nawet jeśli nam się tak zdaje. Musimy się więc zastanowić, co jeszcze nam zostało w Polsce prócz prawa, a mam na myśli takie narzędzia, które granic prawa nie przekraczają, byśmy mogli zachować naszą wspólnotę. Musimy się jednym słowem zastanowić czy nasza tradycja i obyczaj i wzajemne kontakty o charakterze oficjalnym i prywatnym, do czegoś się jeszcze nadają i czy mamy jakieś szanse z tymi śpiewającymi w parkach Zulusami. To wielkie pytanie, a odpowiedź musi być udzielona natychmiast.

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  8 komentarzy do “Czym Potop Szwedzki różni się od potopu migranckiego”

  1. To są Zulusi? Niedawno widziałam ich nad Wisłą w obrębie ekskluzywnej enklawy, młode radosne małżeństwo w dwójkę małych dzieci -:). Rozmawiali ze sobą po angielsku. Takie cuda to tylko i nas.

    Jak i to, że tysiące Ukraińców płynące falą przez granicę roku pamiętnego, rozpłynęły się wśród ludu polskiego.

    Niestety zwarte grupy obcokrajowców zawdzięczamy ministrom PiS. Na żądanie przedsiębiorców chcących zaoszczędzić na pracowniku, wymuszali legalne przyjazdy ludzi z dalekiego świata.

  2. No właśnie to nazywam wyalienowaniem z narodu

  3. Szwedzi zniszczyli homeostazę ludności żyjącej na ziemiach IRP

    Szwedzi w osobie Olofa Palme wymyślili dla siebie kierunek wysokiego wyborczego wyniku , czyli zaistnienia sytuacji gwarantującej wygraną, sposobem miało być sprowadzenie muzułmanów. No i po latach autentycznych wyborczych sukcesów socjalistów szwedzkich, mają jak mają . Część szwedzkich  miast zamieniły się  w obce kulturowo twierdze, zamieszkałe przez ludzi których szwedzka społeczność utrzymuje socjalnie itd ..itd

    niby tak i cwany pomysł ale w tej polityce emigracyjnej czegoś ważnego nie wzięto pod uwagę, że

  4. Poraża krótkowzroczność tych pomysłów…niepojęte

  5. Ten felieton to „Kazania sejmowe 2026″. Zgadzam się w zupełności, że odziały trzeba pogłębiać. To jedyna dostępna nam tu metoda. Należy tworzyć  „normy i struktury alternatywne” czyli np. wzmacniać normę ekonomii lojalności (swój do swego), wracać do swojskiego obyczaju, trzymać dystans towarzyski, wspierać niezależnych wydawców (nie muszą być to duże kwoty (zakupy) ale systematyczne, wspierać „swoich zaufanych” blogerów, nie dawać swojego czasu i swojej uwagi byle komu za friko. To takie najprostsze pomysły na szybko. Małe gesty często mają swoją wagę. Na przykład deklaracja Prezydenta Nawrockiego w sprawie orderu okrzyknięta nic nie znaczącym drobiazgiem ruszyła jednak pierwszy klocek domina.

  6. *podziały trzeba pogłębiać

  7. Anglicy, Francuzi wiekami budowali swoją zamożność, odrębność, kulturę (etykietę) a zwłaszcza wyniosłość, ostatni ich naśladowcy to król Prus a potem carstwo . To chyba Działyński dwa tygodnie czekał na posłuchanie u Królowej Elżbiety, w sytuacji jawnej, bezczelnej kradzieży polskiego zboża przez piratów angielskich

    my się szybko zaprzyjaźniamy nie  nie wiem dlaczego, dobrze to widać w strukturach urzędniczych, korporacjach, jak się zintegruje urzędas z podwładnymi np z poziomem sekretarskim to przegrał , tyle ma do ugrania (ważne) jeśli  przypilnuje bariery nieprzystępności , pewnego hierarchicznego dystansu. A tymczasem ten podległa warstwa  urzędnicza cały czas szuka okazji  jak zrównać się ze  zwierzchnikiem, zakumplował

  8. informacje o uczelniach w Lublinie, które przyjmują samych migrantów wręczając im potem jakieś dyplomy stanowiące jedynie podkładkę potrzebną do uzyskania stałego pobytu w Polsce. We Wrocławiu działa szkoła średnia o łacińskiej nazwie, której właściciel – Ukrainiec  – chwali się, że co najmniej 1000 osób uzyskało u niego dokumenty potrzebne do legalnego pobytu, nawet zabierał głos publicznie w trakcie konsultacji minsterialnych na temat zmiany ustawy o zatrudnianiu cudzoziemców – mnie nie dopuszczono do zabrania głosu, jako Polaka.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)