mar 102021
 

Ludziom, którzy czytają nieuważnie, albo emocjami, a ta przypadłość właściwa jest dla każdego w zasadzie kto nie skończył 45 lat, może się zdawać, że Michał Bułhakow występował w swojej prozie w obronie wolności sztuki. To nie jest prawda, a nawet gorzej – to nie może być prawda, bo pan Bułhakow był ulubionym pisarzem Stalina, a sztuka Dni Turbinów, napisana na podstawie powieści Biała gwardia, był wielokrotnie grana specjalnie dla niego. Towarzysz Stalin siedział sam na sali, a aktorzy z pełnymi portkami występowali na scenie.

Człowiek nie rozumiejący takich zależności łatwo się ekscytuje tymi scenami z Mistrza i Małgorzaty, kiedy to Woland, czyli diabeł wcielony, daje popalić grafomanom z MCHAT-u, scena zaś, kiedy udowadnia komunistycznym literatom, że Dostojewski nie potrzebował legitymacji, żeby być pisarzem, jest ulubioną sceną wszystkich aspirujących autorów. Tych oczywiście, którzy wiedzą kim był Bułhakow. O co chodzi w istocie? Przypuszczam, że towarzysz Stalin, był tak mocno poirytowany nieskutecznością i słabą konkurencyjnością swoich propagandystów, którzy jedli za darmo, pili za darmo i jeszcze mieli wczasy na Krymie w ramach jakiegoś abonamentu literackiego, że pewnego dnia poprosił towarzysza Bułhakowa, by dyskretnie napisał coś takiego, co tym bałwanom da do myślenia. Nie, żeby ich od razu wszystkich straszyć zsyłką na Kołymę, ale żeby zrozumieli, że nie można przecież być literatem, nie mając tak całkiem wrażliwości. No i towarzyszy Bułhakow napisał. Treść ta, jak większość treści, które mają więcej niż pięćdziesiąt lat, jest rozumiana opacznie i źle interpretowana. Źle to znaczy poprzez entuzjazm i tak zwane przeżycia osobiste. Każdy bowiem współczesny autor, marzy o tym, by być współpracownikiem szatana i karać ostracyzmem tych, co nie wykazują oznak talentu. No i oczywiście mówić, że bryndza musi być biała, a druga świeżość nie istnieje.

Kłopot pojawia się wtedy, kiedy okazuje się, że bez legitymacji ani rusz. Z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy zabraknie towarzysza Stalina. Kiedy go nie ma, nie ma komu wskazać tego, który byłby poza wszelką krytyką i mógł kreować normy własne. Nie łudźcie się bowiem ludkowie, że grafomanów da się wytępić. Tego nie potrafił nawet Soso. On mógł ich jakoś tam dyscyplinować, ale nawet wsadzenie wszystkich do łagru niewiele by zmieniło. Na miejscu tych zamkniętych pojawiliby się nowi, jeszcze bardziej tępi. Chodzi o to, że prawdziwa sztuka nie może istnieć bez prawdziwej władzy. Jeśli takowa sytuacja następuje, są dwie drogi. Jedna prawdziwa, a druga fałszywa. Prawdziwa, to ta, którą kroczą Amerykanie, uznawszy dawno temu, że coś takiego jak branża filmowa, to przemysł. Droga, na której my się znajdujemy jest fałszywa i zmierza wprost do wydawania legitymacji tym ludziom, którzy są za artystów uważani. I my już wiemy do czego to prowadzi – do bryndzy drugiej świeżości. Nie trzeba być naprawdę wybitnym mózgowcem, by na to wpaść. Słabość sztuki, a szczególnie literatury obnaża słabość władzy. Dlatego literatura radziecka i ukradziona przez towarzysza Soso literatura rosyjska, są obszarem, gdzie królują prawdziwe wielkości i dlatego też nasza władza socjalistyczna, by się jakoś uwiarygodnić ukradła przed wojną Sienkiewicza adaptując go do swoich potrzeb, a po wojnie skręciła z tego Sienkiewicza filmy i seriale puszczane dwa razy do roku, jeśli nie częściej. Także w tym samym celu. Współcześni literaci nie mają ani talentu, ani fantazji, a jedyną ich legitymacją jest to, że do niczego innego poza życiem towarzyskim, które owocuje od czasu do czasu opowiadaniem czy książką, się nie nadają. Mają oni za to jedno pragnienie – żeby władza ich uwiarygodniła. I za nic nie zrozumieją, że kiedy to się stanie, ich bezwład i ciężar beztalencia, jaki noszą w tyłku, może tę władzę zatopić. Tego nikt nie bierze pod uwagę. A towarzysz Stalin brał. Dlatego niektórzy literaci jechali do łagrów, ale stamtąd jakoś wychodzili, Gorki był poza konkurencją, podobnie jak Bułhakow, a grafomani mieli o czym myśleć i do czego równać. Myślę, że dzięki tej polityce towarzysz Stalin ocalił komunizm. Gdyby na przykład pozwolił wszystkim pisarzom ZSRR pisać co chcieli, władza radziecka nie utrzymałaby się nawet roku. To samo by było gdyby wszystkim nakazał sławić siebie i komunizm. A on zachował zdrowie proporcje. Podzielił ponadto towarzysz Stalin autorów na dwie grupy, jak zdolny marketingowiec. Część z nich – ci z talentem – była przeznaczona na eksport, owinięta w papierki z napisem „męczennik”, a część na rynek wewnętrzny. To byli co co pisali wiersze o ustach towarzysza Stalina. I w ten sposób rynek propagandy zyskiwał balans i równowagę.

My tego dziś nie mamy, albowiem władza jest wątła. A nie dość tego, wydaje się jej, że umocni się poprzez promowanie pisarzy. Żebyście się nie zdziwili towarzyszu Gliński, jak ta łajba zacznie tonąć. Nie będzie jak wyskoczyć, bo całe morze dookoła, pokrywać będą gęsto głowy grafomanów, którzy się tam dostali wcześniej, a teraz, płynąc rozpaczliwcem, wymachują legitymacjami z napisem „zdolny pisarz, absolwent szkoły mistrzów”.

Polityka kulturalna jest niezwykle istotna i wymaga przygotowania, którego nikt w Polsce nie posiada. To jest widoczne aż nadto. Jednak ostatnimi czasy bezczelność autorów domagających się państwowych pieniędzy przeszła wszelkie granice, podobnie jak formy, w których dokonują oni aktów kreacji. Powtórzę raz jeszcze – nie ma prawdziwej sztuki bez prawdziwej władzy. Nawet jeśli komuś zdaje się, że władza zwalcza sztukę i ją gnębi. W rzeczywistości jej nie zwalcza, ale stymuluje jej rozwój. I to jest łatwe do udowodnienia, albowiem po towarzyszu Stalinie, zostali autorzy tacy, jak Bułhakow, Pasternak i inni. My ich możemy nie lubić, możemy uważać, że oni są w sumie słabi, ale są to jednak autorzy, którzy mają jakiś potencjał. A proszę mi teraz wymienić jakichś pisarzy, którzy zostali po towarzyszu Hitlerze? I można ich ze spokojem i pewnością siebie czytać do poduszki? A polityka towarzysza Hitlera wobec pisarzy niemieckich była inna. On uważał, że opresja nie ma właściwości stymulujących. Traktował ją bardzo serio, ale może czynił to, albowiem nie miał wyjścia. Kto dziś próbuje czytać Tomasza Manna? Albo jego brata Henryka? Ja próbowałem i myślę, że z Kołymy żaden z nich by nie wrócił. Nie o to chodzi w literaturze.

Nasza obecna sytuacja jest tragiczna. Jeśli PiS zacznie wydawać te artystyczne legitymacje i przepchnie ustawę o zawodowych artystach, wszyscy politycy tego ugrupowania mogą już pakować manatki. Nie utrzymają się. Związki twórców zawodowych zatopią tę łajbę. Przekonacie się niedługo.

  17 komentarzy do “Jak u Bułhakowa czyli o państwowym mecenacie”

  1. PiS myśle, że jak weźmie wszystkich artystów na pensje , to się oni nim zachwycą ?
    nie bo nikt nie pamieta , która ręka go karmi

    druga rzecz Ci artyści i tak są przekonani o swojej wyjatkowosci, tylko ze za granicą to potem glazurę kładą

  2. a może to jest walka PiS z bezrobociem, no bo ilu mamy co roku absolwentów np polonistyki dużo a miejsc pracy dla nich, chyba mniej, stąd myślę bierze się ten pomysł aby to towarzystwo na państwowy garnuszek przerzucić tak jak nauczycieli, no z czegoś żyć muszą a jeśli będa propagandowo zgodni ….

  3. Bardzo ciekawe i prawdziwe. Bylejakoś prozy z Europy Środkowej służy eksportowi, ale nie książek, a taniej siły roboczej.

  4. teraz nie mam czasu, ale wieczorem coś wrzucę o ulicy Sadowej, bo chyba  jest ona nie przypadkowa

  5. Nikt nie będzie wymagał kadzenia władzy, przynajmniej na początku

  6. Dzień dobry. A ja myślę, że to wszystko, co w Polsce jest robione w zakresie literatury, z Noblem włącznie, jest tylko przykrywką mającą zasłonić projekt prawdziwy – likwidację. Odbędzie się ona pod hasłami nowoczesności (jak zwykle…), wypierania archaicznych mediów papierowych przez elektroniczne, film – może zostanie, jako najważniejsza ze sztuk, ale raczej w internecie. A na koniec na papier do drukowania będzie trzeba mieć specjalny przydział. I pozamiatane. Szkoda będzie, bo niektórzy z nas są uzależnieni od samego zapachu nowej książki, ale młodsze pokolenia są już wolne od tych zabobonów. I czytają tylko nagłówki podobno.

  7. Chyba, że to jest tylko część planów PiS. Pierwsza część – drugą byłoby stworzenie drugiej kategorii twórców, o których pisał Gospodarz. Tych właściwych, czyli prześladowanych. Wiem, że to marzenia…

  8. Może się mylę, ale chodzi w tym wszystkim o ewentualne dopłaty do składki ZUS. Nie będą zmuszać…

  9. fantastyczne 3 kawałki, no popłakałam się ze śmiechu, prześmiewczo acz prawdziwie, nic się nie zmienia,

    czasami na krakowskim dobry aktor czyta takie grafomaństwo, że głowa mała, a autorka siedzi obok i słucha swojego bełkotliwego tekstu i czeka na pytania z sali … i jakie pytanie zadać żeby nie zadrzeć z rodzicami  panienki -autorki

  10. Wacław Gąsiorowski opisuje w -Królobójcach- /wydawnictwo z 1927 r/ o walce z nichilistami. Nichiliści Narodnaja Wola, zdając sobie sprawę z tego że przeciwnik tj car, Aleksander II jest ostrożny, postanowili wynająć mały sklepik przy ul. Małej Sadowej w sklepiku grzecznie jakiś czas sprzedawali artykuły spożywcze, obsługa sklepiku była bez zarzutu, a w piwnicy sklepiku pracowali panowie robiąc podkop w poprzek ulicy, aby podłożyć bombę pod karetę cara. autor podkreśla że to system prześladowczy,  wyszkolił zdeterminowanych a bacznych i zapobiegliwych przestępców politycznych.

    Siłę bomb obliczał Kibalczyc, a trzeba pamiętać że car korzystał z pojazdów dyskretnie  opancerzonych , przed przejazdem cara sprawdzano mieszkania i wzdłuż drogi przejazdu nie było cywilów

  11. Muszę dodać, że ostatni tekst pochodzi z Naszego Przeglądu wg wiki „dziennika polskiej przedwojennej mniejszości żydowskiej”. Chyba przyjedzie nam długo poczekać na podobny tekst o „naszym” środowisku.

  12. Wacław Gąsiorowski ma u mnie plus za to, że w Emilii Plater wspomniał chwalebnie mój ród w liczbie mnogiej, choć w rzeczywistości w kilku pamiętnikach z powstania listopadowego przeczytał zapewne o czynach jednego mego kuzyna, chyba że czytał także wydawnictwa emigracji polistopadowej we Francji, to doliczyłby się trzech.  Nie muszę dodawać, że te chwalebne czyny spowodowały umieszczenie kuzynów na listach skonfiskowanych majątków.

  13.  

    no ofiary być muszą /cytuję moją babcię/

    jednak przykry był  ten ciągły proceder odbierania i zubażania tych co mieli przodków z zasługami oraz za sobą z pokolenia na pokolenie dość przemyślane, rozsądne mariaże i dzięki tym splotom okoliczności utrzymywali się w swojej klasie społecznej  …, czasami się trafia w literaturze na wspomnienie nazwiska rodowego i  ja też trafiłam u Rymkiewicza na opis krewniaka funkcjonującego w dość niepowtarzalnym, kolesiowskim środowisku

  14. mowa o Domu literatury na Krakowskim Przedmieściu

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.