Maj 172010
 

Pisałem już, że wcale nie jestem pewien czy Jarosław Kaczyński wygra wybory, choć właśnie na niego będę głosował. Nie jestem tego pewien, bo widzę ilu jest zagorzałych zwolenników Bronisława Komorowskiego. No, ale trudno nie zawsze człowiek może znajdować się po stronie zwycięzców. Tak już jest w życiu. Mamy na szczęście demokrację i fakt iż po wyborach jednych czy drugich można smucić się miast pić szampana nie oznacza niczego strasznego. Są oczywiście ludzie, którzy za wszelką cenę chcą należeć do tych odnoszących sukces i gotowi są poświęcić dla tej frajdy wszystko. Znam takich. No, ale to nie ja. Ja mogę sobie pozwolić na komfort przynależności do przegranych albowiem jestem człowiekiem tak dalece nic nie znaczącym, że fakt ów dotyczył będzie mnie jedynie i nikogo więcej. Moje dzieci nie przejmą się już tym na kogo tam tata głosował.

Uczynię teraz jedno ważkie wyznanie; moje przekonanie o tym, że trzeba głosować na prezesa wypływa wprost z serii faktów i publikacji dotyczących zmarłego Prezydenta, które to fakty i publikacje mieliśmy możność obserwować i czytać czasie prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Tak właśnie jest. Przed objęciem najważniejszego urzędu w państwie Lech Kaczyński i jego brat Jarosław interesowali mnie słabo. Dopiero obserwacja zachowań panów Miecugowa, Przybylika, Daukszewicza i innych występujących w tym programie skłoniła mnie do tego by jasno i wyraźnie opowiedzieć się po stronie PiS i prezydenta. Tak to już bowiem jest, że człowiek pozwala robić z siebie durnia tylko do pewnej granicy. Linia ta jest u każdego umieszczona na innej wysokości w astralnym ego, dlatego nigdy nie wiadomo, jak kto zareaguje na żarty. U mnie jest ona bardzo wysoko. Moja żona może ze mnie drwić do woli i nic, nie rusza mnie to. To samo niektórzy koledzy. Co innego jednak, kiedy jacyś przymierzający się do trumien panowie występują w telewizji i opowiadają tam ze swadą o tym, jak ważną  w życiu rzeczą jest trzymanie poziomu. My to wiemy i bez nich, bo w przeciwieństwie do takiego Miecugowa borykamy się z życiem prawdziwym, w którym godność i ów cały poziom narażone są na tysiączne niebezpieczeństwa. Brak owej podstawowej wiedzy, jest moim zdaniem przyczyną dla której ludzie tak bardzo nienawidzą TVN i jego sztandarowych produkcji.

Wielu z nas łudziło się, że to co prezentowane było w czasie prezydentury Lecha Kaczyńskiego to już szczyt, że gorzej być nie może. Wniosek ten wypływał z całkiem fałszywej przesłanki, która mówi – wszyscy przecież jesteśmy ludźmi i nikt nie będzie z nas na chama wariatów robił. Otóż nie, drodzy – jak mawiał prymas Glemp – otóż nie. I to właśnie w całej okazałości widzimy dzisiaj. Możemy sobie popatrzeć uważnie i wyciągnąć wnioski. I to będzie nasza wielka satysfakcja, wyciąganie bowiem wniosków jest przywilejem nielicznych na tej planecie istot obdarzonych rozumem i wolą.  I satysfakcja ta należy nam się bez względu na to czy Jarosław Kaczyński wybory wygra czy nie. Wnioski są dla nas i zostaną z nami na całe życie. A kiedy długo, długo później będziemy budzić się w nocy bo nam się one przypomną (wnioski) od razu w naszej sypialni rozbrzmiewać będzie śmiech perlisty i będzie nam on pociechą. Wnioski bowiem wyciągane z tego co dzieje się dookoła mogą być tylko wesołe.

Opisywałem tu wczoraj pana Wajdę i jego projekcje na nasz temat. Dziś uświadomiłem sobie, że oni wszyscy mają takie właśnie obrazy w głowie. Stąd ta ich niezłomność, ten zapał i inkwizytorskie błyski w oczach. Oni, wtedy kiedy szydzili z prezydenta mieli jeszcze trochę dystansu do siebie, ale teraz to już przeszłość. Wiara w to, że muszą ratować kraj przed Jarosławem Kaczyńskim oraz jego zwolennikami urosła do takich rozmiarów, że przesłoniła księżyc. I nic już nie jest jej w stanie zmniejszyć, będzie rosła dalej. A towarzyszyć jej będzie inna wiara – wiara w zwycięstwo. Choć wyraz twarzy Donalda Tuska wczoraj w czasie komitetowania mógł być interpretowany zgoła inaczej. No, ale to w końcu nie Tusk kandyduje, więc mógł robić miny, jakie mu się podobało.

Przysłowie, którego początek umieściłem w tytule jest, śmiem twierdzić, podstawowym życiowym drogowskazem, którym kierują się Polacy. Nie można, tak to przynajmniej z moich doświadczeń, wynika, przebywać w towarzystwie durnia, ani tym bardziej uważać się za jego zwolennika. Dobrze wie to każdy, kto ma głupiego szwagra. To dopust boży i kara za grzechy taki szwagier. To gorzej niż teściowa wariatka. Przyłazi taki na podwórko i od razu rozgląda się dookoła, co też tam fajnego na tym naszym podwórku leży, co on mógłby pożyczyć, a następnie zniszczyć. Bo taki on już jest, ten szwagier. To niszczyciel dobrych narzędzi, które mu kupowaliśmy na kredyt. Nie ma sumienia, ani wstydu. Na proste – wy….aj nie reaguje, bo jest tak nauczony, żeby słów pod uwagę nie brać, a czyny jedynie. I nie wyjdzie z tego podwórka dziad dopóki psa nie spuścimy.

No i właśnie coś takiego mamy dziś w Polsce, bo niby ten komitet Komorowskiego Bronisława to także Polacy, ale przecież nikt by w kinie obok nich nie usiadł. Nikt by wódki  z nimi nie wypił. To jasne. Nikt by się z nimi na mieście nie pokazał i w rozmowę z nimi nie włączył obawiając się tego najgorszego właśnie, że zostanie uznany za zwolennika ich sprawy, za jednego z nich. A tego, by kojarzono go z bandą durniów żaden Polak nie zniesie. Rodaka można nazwać chamem, można mu zarzucić, że jest niekulturalny, że źle się odnosi do żony, że jest leniwy, ale jak ktoś chce na siłę zapisać go do organizacji, która ma w szyldzie wielki napis – wszystkie głupki hop do kupki – wtedy pas. Na to nikt nie pójdzie. No, a zapisy właśnie się zaczęły. I to z całą powagą. Na razie zapisujący kokietują, ale nie wiadomo czy nie dojdzie do jakichś przymusów. Jeśli sondaże wykażą, że chętnych do ustawienia się w jednym rzędzie z panem Wajdą, panią Jackowską i panem Kucem jest zbyt mało mogą zacząć się łapanki. Musimy być na to przygotowani.

Może być tak, że na spotkania z kandydatem, jego sztabem oraz znanymi zwolennikami chodzić będą pod przymusem dzieci szkolne i żołnierze, jak to drzewiej bywało w czasie kinowych projekcji arcydzieł radzieckiej kinematografii. Może być i tak, że ci co na spotkania nie przyjdą, jakąś środowiskową klątwą zostaną obłożeni i nie będzie już pan Wajda uśmiechał się do nich swoimi piekielnie drogimi zębami, oj nie. Inne rzeczy także mogą się zdarzyć.

Pamiętajmy jednak, że co by się tam nie stało, my wcale nie musimy zwyciężyć. Nasza korzyść to te wnioski. Sukces może być mierzony różną miarą i różnie interpretowany. No, bo sami powiedzcie – cóż to za sukces z Wajdą i Kucem pod rękę? Co to za frajda i komu o tym opowiedzieć? Szwagrowi chyba tylko. On by się ucieszył. No, ale szwagier….wiadomo.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.