sierpień 182020
 

We wszystkim, co tu zostało właśnie napisane nie ma najmniejszej przesady…

Emanuel Małyński „Nowa Polska”

To już pewne, Michał Radoryski skończył pisanie pierwszej części cyklu kryminalnego, zatytułowanego „Komisarz Zdanowicz i…”. Jak wszyscy pamiętają, ja tę powieść zacząłem, ale ze względu na nadmiar obowiązków, przekazałem ją Michałowi. No i on się z tym mozolił od marca, kończąc jednocześnie pierwszy tom cyklu „Zbigniew Nienacki vs…”, aż wreszcie skończył. Rzecz jest właśnie składana, co chwilę potrwa, bo musimy się konsultować we trzech, ze składaczem, albowiem ja także chcę mieć jakieś słowo przy końcowych poprawkach. Powieść wyszła dość obszerna, bo liczy sobie 500 stron, a fabuła skręca momentami tak gwałtownie, że można wypaść z sanek. Akcja dzieje się w Krakowie i okolicach w roku 1909. Na razie tyle mogę zdradzić. Miałem nadzieję, że powieść ukaże się jeszcze w sierpniu, ale chyba się to nie uda i będzie na początku września. Nie ma to jednak znaczenia, najważniejsze, że jest gotowa. Nie wiem, z jaką częstotliwością ukazywać się będą kolejne tomy, ale jestem pewien, że będą się ukazywać. Tomek zrobił zupełnie fantastyczną okładkę, która stanowi integralną część fabuły. To znaczy, inaczej, niż w przypadku innych wydawnictw, na okładce są także pewne tropy, prowadzące wprost do środka intrygi. Ja bardzo lubię takie rzeczy i nigdy nie mogłem zrozumieć, jak sensacyjną prozę można oprawiać w nędzne okładki, bez znaczenia, opatrzone idiotycznym symbolem kluczyka, albo jamnika, jak to miało miejsce za komuny. Nie rozumiem też tego rzekomo wyrazistego minimalizmu, który prezentuje się na okładkach współczesnych kryminałów, tego niby norweskiego stylu. To jest po prostu bieda z nędzą. Nasza okładka robiona jest, jak zwykle, na bogato.

Tyle tytułem wstępu. Wiem, że już o tym pisałem, ale nie zaszkodzi powtórzyć – proza kryminalna i sensacyjna w wykonaniu innych niż anglosascy autorów służy jedynie dystrybucji propagandy obyczajowej i politycznej na rynku wewnętrznym. To jest rzecz prosta do zdiagnozowania, ale niewidoczna dla ludzi, którzy „kochają kryminały”. Kryminał bowiem jest jak miękki narkotyk, jeśli ktoś się uzależni, będzie chciał to wciągać bez przerwy i będzie domagał się, by fabuła układała się w te same sekwencje. Stąd dobry autor kryminałów, to nie ten co podsuwa nowe, ciekawe formy gry z czytelnikiem, ale ten, który nadaje bez przerwy w tych samych rejestrach. Jasne jest, że cała proza sensacyjna świata anglosaskiego jest propagandą, która ma przekonać biednych mieszkańców państw aspirujących, jak cudowni są ludzie, którzy mieszkają w tych krajach, z których pochodzi autor, czyli w Wielkiej Brytanii i USA. Nic więcej się tam nie liczy. Kryminały, od zawsze tak było, szczególnie te zwane klasycznymi, są ponadto promocją pewnego środowiska. Autorzy zaś tych powieści, są integralną częścią tego środowiska i to właśnie chcą przekazać czytelnikowi. On zaś uzależnia się w ten sposób, że chce być taki jak oni. Nie może tego dokazać, to oczywiste, ale nie ma alternatywy, bo świat wokół jest gorszy, biedniejszy i dominują w nim postaci niepodobne do Sherlocka Holmesa i Herkulesa Poirot. Niepodobne nawet do Eberharda Mocka, bohatera prozy Marka Krajewskiego. Jeśli do tych aspiracji dodamy propagandę i treść, która ma kształtować duże grupy według zasad nowego porządku, to mamy w zasadzie cały przekrój mechanizmu, który napędzany jest pop kulturowym paliwem. I tak, pisarz Miłoszewski, uwiarygodniony przez jakieś nagrody i spotkania w Londynie, może pisać o psach ukrytych przez antysemitów w podziemiach sandomierskich, które to psy pożerają dobrych filosemitów, a ich właściciel marzy o tym, by pożarły też jakiegoś Żyda. Treść ta, z istoty kretyńska, wprowadzana jest do mózgu w otoczce prozy sensacyjno kryminalnej. Tylko ta bowiem ma właściwości silnie uzależniające masy. Takie przekonanie dominuje, choć nie jest to wcale prawda. Nie jest, bo wszystkie te naśladownictwa, są bardzo dalekie od tak zwanej klasyki. Mają jednak coś, czego nie ma nikt inny – wspomaganie medialne czyli budżety na promocję. Nie małe jak przypuszczam. No, ale czytelnicy tego nie wiedzą i wierzą święcie, że można znaleźć na Giewoncie nagiego trupa z wyrżniętym na skórze wielokrotnie złożonym łacińskim zdaniem, zawierającym wyraz Jeruzalem w środku. Kłopot byłby już z tym, żeby to zdanie napisać na skórze żywego człowieka długopisem, ale autorowi – Mrozowi Remigiuszowi i jego fanom to nie przeszkadza. Oni bowiem, poprzez swoje zaczadzenie i pewność, jaką dają im media promujące autora, mają poczucie, że czytając tę prozę uczestniczą w czymś niezwykłym.

Pora zapytać jakie środowiska promują polscy autorzy powieści kryminalnych? To istotne pytanie, bo ono wskazuje czy rzeczywiście są oni naśladowcami i kontynuatorami dzieła Conan Doyle’a i Agaty Christie. Odpowiedź jest boleśnie prosta. Oni nie reprezentują żadnego środowiska. Nie są ani brytyjską klasą średnią, ani nie mają nic wspólnego z żadną miejscową arystokracją, albowiem takowej nie ma. Oni są jedynie wystylizowani, a dodatku w sposób niezwykle słaby, komiczny i demaskujący. Mróz chodzi w lipcu w wełnianym płaszczu, a Twardoch ubiera się jakby grał w filmach o wampirach. Skoro nie reprezentują żadnego środowiska, a taka była funkcja promocyjna klasycznych kryminałów, co w takim razie albo lepiej – kogo reprezentują? To też jest proste do określenia – nie reprezentują tych środowisk, z których wywodzili się klasycy. Nie reprezentują też siebie samych, bo widzimy, jak zmienili się dla potrzeb rynku. Są dziś całkiem kimś innym niż byli wcześniej. Nie reprezentują nawet wydawców, których, jak się zdaje zmieniają ciągle. Kogo mogą więc reprezentować? W mojej ocenie dwie tylko antyjakości: kibuc, albo kołchoz. Tylko bowiem ktoś wywodzący się z kibucu lub kołochozu, ktoś odznaczający się głęboką pogardą do świata form i hierarchii opisywanych w klasycznych kryminałach, mógłby je sparodiować w tak wyrazisty i jednoznaczny sposób. Konstatacja ta daje nam odpowiedź na jeszcze jedno pytanie – do czego służy ta proza? Do degradacji czytelnika, który sięga po kryminał, bo chce się poczuć, jak wtedy kiedy czytał Conan Doyle’a. Ponieważ jego mózg jest stępiony przez uzależnienie od tego typu prozy, nawet nie zauważa implantowanych do jego umysłu idiotyzmów. Czuje się lepiej, ale nie widzi, że w rzeczywistości jest z nim coraz gorzej. Jest zdegradowany i wyszydzony. Tak, jak biedne wariatki, które zostały wystawione i okradzione przez matrymonialnych oszustów, ale nie mają już innego wyjścia, jak tylko bronić ich i mówić, że przeżyły fantastyczną przygodę.

Czy możliwe jest w związku z tym napisanie kryminału polemizującego z omówionymi wyżej kwestiami? To się wkrótce okaże, a Wy mili czytelnicy będziecie mieli okazję to sami ocenić.

Aha, jeszcze jedno – wstęp do książki Michała Radoryskiego napisał Ebenezer Rojt.

  12 komentarzy do “Mistrzowie kryminału”

  1. 500 stron to tylko Ebenezer Rojt może przeczytać i czytelnicy w jego wieku bo młodzi to tyle w życiu nie przeczytali ☺

  2. młodzież nie czyta, młodzież kontestuje.., żeby nie powiedzieć wulgaryzuje…

  3. na SN: kibuc – kahał – kołchoz – …

  4. Powiedz to Mrozowi albo Żulczykowi

  5. >Oni są jedynie wystylizowani…

    Numer „na dyplomatę” działa na dziewczyny w każdym wieku.

  6. Prawdziwy kryminał to  J.K. Rowling zamiast Kornela Makuszyńskiego.

  7. uwodzenie na dyplomatę… każda dziewczyna się rozmarzy, być żoną ambasadora…

    nimb wokół hasła „ambasador” dobrze pokazuje film „Konsul”. On zwykły Czesiek Wiśniak a ona śliczna dziewczyna Cześka, ale jak zagrali (Pakulnis, Fronczewski) „państwo ambasadorostwo Silberstein”, to duuuużo osób uwiedli.

  8. Z podręcznika szkoły liderek: Zacznij od szofera ambasadora.

    Z ilustrowanego podręcznika szkoły liderów: Najlepiej rozkładają się stare amerykanki i młode Francuzki.

  9. w Polsce to nie zaczynało się od szofera , koleżanki zaczynały od Studium Języków Obcych,  potem poszukiwały materiału na męża ambasadora a następnie zapraszały na ślub

  10. najpierw odpisałam a potem zobaczyłam załącznik, nie no … daj spokój a gdzie estetyka

  11. Trochę na temat – kolejny kawałek układanki. Amerykańskie służby w Japonii 1946-51

    https://asiatimes.com/2020/08/inside-story-of-us-black-ops-in-post-war-japan/

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.