grudzień 232019
 

Nikt nie ma wątpliwości, że wszyscy jak tutaj jesteśmy, wliczając w to blogera o ksywie śmieciu, wykonaliśmy ostatnimi czasy bardzo dużo ciężkiej, ale dającej wiele satysfakcji pracy. Praca ta jest albo niezauważana, albo traktowana jak darmowy zasób, z którego każda łachudra może korzystać w dowolny sposób. To są rzeczy niemożliwe od zaakceptowania. I będziemy usilnie pracować nad tym by to się zmieniło. Nie wejdziemy przy tym w żadne sojusze z nikim. To zapowiadam już teraz, a jeśli ktoś uważa, że może bezpiecznie podbierać nam różne żarty i bon moty, ten się srodze zdziwi i zawiedzie. Wiem, że mamy niewielkie szanse na obronę tworzonych tutaj jakości, ale też i nie o obronie myślę. Nie potrafię zrozumieć jak to się dzieje, że autorzy i generalnie ludzie eksploatujący swój wizerunek w mediach, przeważnie całkiem nieciekawy, uważają, że mogą podbierać obcym osobom, które nie uzyskały takiego medialnego certyfikatu, co chcą. Oglądałem wczoraj trochę telewizji, po powrocie z powiatów Ryckiego i Łukowskiego i mam wrażenie, że częściowo poznałem ten mechanizm. Jesteśmy w mentalnym Żelechowie drugiej połowy lat siedemdziesiątych, gdzie o tym, kto jest fajny, decydują znajomości w milicji i możliwość wyjazdu za granicę. Poznaję to po tym, jak prezentują się artyści kabaretowi. Często zatrzymuję się na tych programach, jak sobie pykamy z babcią pilotem, w przerwach reklamowych seriali. Otóż doszliśmy do tego, że ci rzekomo zabawni faceci, przestali już nawet opowiadać swoje suche kawały. Oni teraz udzielają wywiadów Bałtroczykowi. Teraz dygresja – byłem kiedyś w Londynie i kolega zaprosił mnie na taki japoński festiwal. Japończycy zorganizowali wszystko z wielką pompą, zajęli osiem pięter Olimpii i robili różne pokazy. Był też, między tymi pokemonami, znany brytyjski karateka z czarnym pasem i szóstym danem, czy czymś podobnym. Złamał jakąś deskę, potem kogoś kopnął, ale generalnie gawędził. Patrzyliśmy na to, a mój kolega rzekł – po szóstym danie już tylko gawędzą. Tym rozśmieszaczom z telewizora też się zdaje, że są po szóstym danie i mogą już tylko gawędzić. Wygląda to tak – siedzi Bałtroczyk i całkiem nienaturalnym głosem zadaje im asekuracyjne pytania, których celem jest wywindowanie rozmówcy w oczach widza. To znaczy gawiedź przez telewizorem na być pewna, że oto pokazują mu kogoś naprawdę niezwykłego. W jaki sposób uzyskuje się ten efekt w Polsce? Normalnie, jak w Żelechowie, trzeba opowiedzieć jak to było za granicą, jak się tam narzygało na lotnisku, czy stacji benzynowej albo jakie człowiek miał przygody z miejscową Polonią. I tyle. I oni wszyscy, od Kryszaka i Dańca poczynając, na Kabarecie Młodych Panów kończąc, zapodają tę samą gawędę. Ja pamiętam czasy, kiedy tą samą formułą próbował zabawiać ludzi ś.p. Roman Wilhelmi. Tyle, że pan Roman potrafił jeszcze naśladować ten specyficzny slang Polaków mieszkających w Chicago i recytował całe długie fragmenty tekstu w tej gwarze, co było dość zabawne. Ci tylko siedzą i tak pieprzą bez sensu. To samo jest z Pazurą. Puszczają go na okrągło i ja nie rozumiem, w którym momencie mam się śmiać. On zaś gada wyłącznie o tym, że jest takim samym Januszem, jak ci co siedzą na widowni, choć przecież jasne jest, że to nieprawda. Prócz prób zbratania się z publicznością, która coraz słabiej reaguje na żarty, mamy jeszcze próby przedstawienia różnych osób w aurze absolutnej niezwykłości. Wczoraj pokazywali, dla przykładu, Jakubika, a także jego mamę. Oboje siedzieli i opowiadali, jakimi są niezwykłymi ludźmi. Na koniec zaś pokazali nowy projekt muzyczny pana Jakubika, całkiem nie nadający się do słuchania jak poprzednie. Wszystko zaś w atmosferze wigilijnej niezwykłości. To jest niepojęte. Facet, który systemowo i zawodowo zajmuje się pluciem na Kościół i religię, epatuje, dwa dni przed świętami swoją niezwykłą wrażliwością i pracowitością. Nie wiadomo w zasadzie co powiedzieć. Ja się czułem, jak przedszkolak, któremu znienacka ktoś zamiast bajki puścił pornosa.

Zmierzam do tego, byśmy wszyscy dokładnie zobaczyli za pomocą jakich śmieci, oni próbują się wyróżnić. W jakie się paprochy drapują, byśmy myśleli, że są jakimiś nadludźmi, a mało tego, jak są przy tym skromni i wrażliwi.

Dziś z rana dopiero zauważyłem w jednym z komentarzy link do strony Tygodnika Powszechnego, gdzie publikowane są fragmenty autobiografii Tomasza Budzyńskiego, jednego z liderów zespołu „Armia”, starego narkomana, który przeszedł odwyk i został bardem kato-polo czy czegoś podobnego. Zyskał tym samym kryszę wydawnictw takich jak Tygodnik właśnie. Nie wiem kto mu wydał tę autobiografię, ale nie jest to istotne. Zajrzałem do wiki, żeby sprawdzić, jak artyści awangardowi z Żelechowa, pardon, z Puław, debiutujący w latach osiemdziesiątych, podnoszą sobie samoocenę. Nie było zaskoczeń. Budzyński jest kolegą Stasiuka i z niejakim Trzaską zrealizowali projekt muzyczny do wierszy Artura Rimbaud. Jakież to oryginalne…a do tego niepowtarzalne. Spojrzałem też na dzieła malarskie Budzyńskiego, bo jest on nie tylko muzykiem i poetą, ale także malarzem. No cóż….Jak ktoś nie potrafi namalować niczego z perspektywie, to ucieka w takie właśnie klimaty. Najlepszy jest oczywiście obraz cadyk. Nie mam słów. Może ktoś mi wyjaśni, jak to się dzieje, że synowie inżynierów od chemii, pracujących w wielkich zakładach PRL, mają po latach przymus malowania cadyków w formułach kojarzących się z Chagallem? Może się czegoś nawdychali w dzieciństwie. W końcu różne rzeczy się nad tymi Puławami unosiły, a las w stronę Żyrzyna był całkiem zdewastowany przez te kwaśne deszcze czy inną jakąś cholerę.

Nie ma litości, musi być cadyk, musi być Rimbaud, a dworzec w Dęblinie musi wyglądać jak z obrazów de Chirico. Co jest oczywistą nieprawdą. Dworzec w Dęblinie nocą wyglądał jak fragment miasta Drezno przed wielkim, alianckim nalotem. W dzień wyglądał jak miejsce przeładunku wojska i repatriantów jadących na zachód. Przed wigilią wyglądał jak bazar z czasów okupacji, bo ludzie ze Śląska głównie, przeładowywali na peronach połówki i ćwiartki świniaków, wiezione autobusami, albo pociągiem z tak zwanej linii łukowskiej, czyli z tych miejsc, które odwiedziłem przedwczoraj. Ja rozumiem, że to są subtelności nie mające związku z metodami podnoszenia sobie samooceny przez Budzyńskiego i jego kolegów, a także zdradzające i demaskujące moją bezradność, wobec ich poczynań. Bo z czym ja tu startuję? Czy w ogóle słyszałem kim był Artur Rimbaud? Czy znam Stasiuka? Czy sepleniłem w dzieciństwie jak Jakubik i własną pracą doszedłem do tego, że teraz pokazują mnie w mediach? Nie, ja tylko szukam ciekawych formuł na opisanie rzeczy zwykłych. Problem polega na tym, że wszyscy to robią, ale wiedzą, że tylko określone formuły dadzą im tak pożądaną sławę – Rimbaud, Chagall, cadyk, Chirico. To co widzimy w telewizji przed świętami, to co pisze ten przygłup Budzyński, twórczość Stasiuka, etc., etc., to jest totemizm. Taki najprymitywniejszy, jaki uprawiają na pustyni Namib Buszmeni i Hotentoci. I dziwne jest to jedynie, że oni wszyscy nie porównują jeszcze sobie nawzajem genitaliów, ale to zapewne dlatego, że ten sukces przyszedł do nich zbyt późno i obawa kompromitacji jest zbyt duża. Gdyby byli trochę młodsi nic by ich nie powstrzymało przed opuszczeniem spodni na wizji.

Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego tak drastyczne i totalne obniżenie poziomu wszystkiego, co przywykliśmy kojarzyć z działalnością artystyczną, lansowane jest jako kolejny cud i niezwykłość całkiem ponadprzeciętna. To znaczy niby to rozumiem, ale przecież nie mogę się na to zgodzić. Nikt nie może, bo to jest degradujące, to jest próba zamknięcia nas w tym kiblu w Żelechowie, co stoi prostopadle do rynku naprzeciwko ratusza. Nie wiem jak umieścić tu zdjęcie tego przybytku, może wyślę to parasolowi i on wklei je gdzieś, a wtedy wszyscy dokładnie będziemy widzieć, jaki jest cel życiowy Budzyńskiego, Bałtroczka, Jakubika i całej reszty. No, ale to później. Na razie tak się porobiło, że jeszcze przed wigilią muszę sobie poszukać lekarza.

Wesołych świąt będzie jutro.

  14 komentarzy do “O podnoszeniu znaczenia”

  1. Smieciu

  2. Jakubik robi Wigilię ????

  3. Armia to jest kawał historii polskiego rocka, nie wiem, czy wypada ją tak wywalać za drzwi. Kolega Toyah mógłby coś rzec jako ekspert (to nie drwina). Nie wiem, czy Armia obniża. Nie wiem, czy Budzyński jest fałszywy. Jeśli natomiast faktycznie jesteśmy ciągnięci za rączkę do kibla miejskiego, to jest to kibel światowy a nie polski. Ja w każdym razie drę się i wołam Mamę…

  4. Wczoraj w TV pokazali Marcina Millera oraz Zenona Martyniuka w towarzystwie Jacka Kurskiego i jego małżonki. Obaj panowie brali udział w koncercie kolęd pod Ostrą Bramą w Wilnie. Marcin Miller jest wykonawcą m.in. utworu p.t. „Figo Fago.”  Zainteresowani znajdą to dzieło na YT. Oni naprawdę mają nas w głębokiej pogardzie! 

  5. Podróże kształcą, podróże po Polsce kształcą podwójnie; ale tylko wykształconych ☺

  6. No i co z tego, że historii rocka?

  7. Niemożliwe?! Figo fagoty z Kurskim wystąpiły?

  8. Po prostu to, że Armia nie jest (nie była) byle jakim zespołem. Ona istniała rzeczywiście i rzeczywiście jej słuchano. Nie wypada zestawiać Budzyńskiego z tą resztą ekipy, według mnie. To tak, jakby zestawiać książkę z recenzją książki, w dodatku innej.

  9. no jasne że nie istotne czy samo „s” czy „ś”  w dodatku Smieciu jest kłótliwy i zalatuje Plarformą 

  10. Figo Fagot to inna bajka niż Miller, oni robią sobie jaja z Disco Polo, zresztą nie tylko z tego, między innymi z Cyganów, PGR-u, itd, to przewrotne bestie, kiedyś nawet „Wściekłe Pieści Węża” obejrzałem, to bodajże też ich produkcja.

  11. Uwaga o pasach i kabaretach cenna i zabawna, to z gawędzeniem po szóstym też najczęściej prawda… Tyle że to działa często w drugą stronę. Tego profanom za chętnie nie mówią, ale np. w regulaminach Kodokanu oficjalnie stoi, że „od czwartego Dan za zasługi dla teorii i rozwoju judo”. Zresztą jakby na szósty dan trzeba było zapracować biciem osiłków i przebijaniem palcem arbuzów, to oni dawno byliby już na wózkach.
    Są zresztą i wyjątki – pewien pan Ichimura miał dwa szóste dany (aikido i iai-0do) i czarny pas w karate, nieco ponad czterdziestkę, i aktywnie trenował nas w uppsalskiej YMCA. (A zaraz potem to rzucił i teraz ponoć zajmuje się jakimś shatsu w swojej ojczyźnie. Świetny był zresztą gość.) Tyle, że aikido i iai-do są o wiele łagodniejsze dla własnego ciałka, od np. karate czy (szczególnie) judo.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.