grudzień 222019
 

Przejeżdżałem wczoraj przez Żelechów, miałem tam coś do załatwienia i kupiłem znicze, żeby je zapalić na cmentarzu. Nie powiem, zdziwiłem się. Często mówi się o tak zwanych reliktach PRL. Jeśli ktoś nie widział publicznych szaletów, stojących wprost przy rynku w tym Żelechowie, a pamiętających pewnie towarzysza Bieruta, jeśli nie cara batiuszkę, ten w ogóle nie wie co to jest życie. Obok tych wszystkich rewitalizacji, obok wielkiego, stojącego na środku brukowanego prawdziwym brukiem rynku, ratusza, są te szalety. Jak z horroru.

Tym, którzy tego nie pamiętają, przypomnę, że jeśli w PRL, ktoś podróżował i akurat nie znajdował się w pobliżu dworca, a dostał na przykład biegunki, to mógł, co najwyżej lecieć w krzaki. Coś takiego jak powszechnie dostępny, publiczny szalet istniało tylko teoretycznie. Te na dworcu były w takim stanie, że dziś nikt by do tych przybytków nie zajrzał, z obawy, żeby go nie zaatakowały zmutowane potwory mieszkające w tych czarnych dziurach. Smród jaki tam panował i jaki unosił się w najbliższej okolicy zabiłby na miejscu nie słonia nawet, ale dwa słonie.

Jeśli już zdarzyło się, że gdzieś były jakieś toalety, bez związku z infrastrukturą kolejową, to takie właśnie jak te w Żelechowie, albo takie, jakie spotkałem na rynku w miasteczku Pilica, gdzie byłem na początku roku 1989. Kiedy chciałem skorzystać z tego dobrodziejstwa, okazało się, że nie ma klamek do kabin. Jedyna klamka jest u nadzorcy wygódki, który udostępnia ją za opłatą. – Gdyby były klamki – poinstruował mnie dziadek klozetowy – natychmiast by je rozkradli.

PRL, jak każde komunistyczne państwo popierał alkoholizm. To może się wydawać paradoksem, zważywszy na dekrety generała, zakazujące sprzedaży trunków przed trzynastą, ale z takich paradoksów, bynajmniej nie zabawnych, jak się dziś wielu wydaje, składał się ten ustrój. Wódka była wszędzie, choć sklepów monopolowych było mniej niż dzisiaj. Pili zaś wszyscy, przed pracą, w pracy i po pracy. Na ulice miasteczek, nie wiem, jak było w dużych miastach, ale podejrzewam, że podobnie, wysypywały się po godzinie 15.00 tłumy młodych mężczyzn, dobrze już podpitych, szukających kolejnej okazji, zaczepki, albo przygód. Milicja w zasadzie nie reagowała. Czasem, jak się jakoś bardzo brutalnie pobili, przyjeżdżał radiowóz. No, ale ten radiowóz trzeba było wezwać. Czym? Przecież nie było telefonów, także stacjonarnych, a co dopiero mówić o komórkach. Jeśli ktoś był samotnie spacerującym młodzieńcem, albo kobietą i trafił w opustoszałym mieście na grupę pijanych przedstawicieli klasy robotniczej, miał poważny problem. Jasne bowiem było, że nikt mu nie pomoże, a jeśli tamci będą go zaczepiać, ludzie udadzą, że tego nie widzą. Miasta w zasadzie pustoszały po południu. Wszyscy siedzieli w domach. Dorastający chłopcy kręcili się, z nudów po ulicach, ale dziewczyny siedziały w domu. No chyba, że było wyjście do kina, albo ludzie szli do kościoła. Wtedy w takich grupach były również różne koleżanki.

W PRL panowała powszechna zgoda na bandytyzm. To trzeba podkreślić, im więcej było tego przyzwolenia, tym częściej emitowano w telewizji serial z porucznikiem Borewiczem. Spośród agresywnych młodych ludzi, którzy napadali na nauczycieli w szkole, byli systemowo niesubordynowani i popadali w różne niebezpieczne okoliczności, a wykazywali przy tym jakąś inteligencję, służby PRL werbowały przyszłych funkcjonariuszy. Nieformalne grupy chuligańskie, teoretycznie zwalczane, były w istocie popierane przez państwo. Przez takie Puławy strach było przejść w latach osiemdziesiątych, w biały dzień. Było to bowiem miasto gitowców. Ci zaś byli pokazywani w filmach i komiksach o kapitanie Żbiku, jako patologia, którą próbuje zwalczać dzielna milicja.

Hierarchia dóbr w PRL była ciekawa i warta przypomnienia. Część osób bowiem nie pamięta, ani nawet nie potrafi sobie wyobrazić sytuacji, kiedy w kraju, gdzie istnieją cztery wielkie centra włókiennictwa, nie ma ubrań w sklepach. Ten ubrania były „rzucane” do sklepów przedziwnym systemem. Potrafiły się pojawił gdzieś na głuchej prowincji, w jakimś odzieżowym, a nie było ich w mieście powiatowym czy nawet wojewódzkim. Pamiętam, jak moja matka dostała cynk od koleżanki, że w sklepie w Gołębiu, niech sobie każdy sprawdzi na mapie, co to jest ten Gołąb, są jakieś kurtki. Zebrały się we trzy, zapłaciły zakładowemu kierowcy, bo przecież nie było transportu publicznego, matka złapała mnie za kołnierz i pojechaliśmy po te kurtki. Ja się zawsze bałem takich sytuacji, bo gust mojej rodzicielki i jej pragnienia dotyczące kreowania mojego wizerunku, skorelowane z notorycznymi brakami rynkowymi, to było coś, co degradowało mnie towarzysko. Matka potrafiła mnie tak wystroić, że bałem się iść do szkoły. Na szczęście nie ja jeden miałem ten problem, byli na przykład tacy koledzy, którzy chodzili do szkoły w wełnianych beretach z pomponem. Mnie to, na szczęście, ominęło.

Do mojego ojca często zaglądali kierowcy, jeżdżący po Polsce. Po paru głębszych rozpoczynała się rozmowa o tym, co który przejechał w nocy. Ten zająca, tamten lisa, a ów stuknął ciężarówką w sarnę. To były kwestie niesłychanie ważne i warte omówienia. Zająca ściągało się z drogi i przerabiało na pasztet, z lisa zaprzyjaźniony kuśnierz, a kuśnierzy było w PRL sporo, przerabiał na kołnierz i można było ten kołnierz potem sprzedać, a sarna, to była zdobycz dająca największe możliwości. A jak jeszcze trafiło się koziołka, to mało tego, że człowiek dysponował mięsem, to jeszcze mógł opylić jakiemuś wariatowi poroże. Dziś, jak ktoś walnie autem w dzika, trzeba wzywać policję, spisuje się protokół i są jakieś korowody. Zwierząt jest ze dwadzieścia razy więcej niż w tamtych czasach, bo nie ma w zasadzie kłusowników. Zanikła taka potrzeba. Żywność jest wszędzie.

Kwestia transportu publicznego to jest coś, o czym współcześni wielbiciele PRL, którzy go nie pamiętają, wolą milczeć. Ja miałem szczęście, bo mieszkałem przy dworcu, skąd odchodziły pociągi w zasadzie wszędzie. Mogłem, w dodatku za darmo, bo rodzice pracowali na kolei,  jechać do Warszawy, Radomia, Lublina, a nawet do Krakowa. Rzadko korzystałem z tego dobrodziejstwa i dziś tego żałuję. No, ale po co miałbym jechać do tego Krakowa? Żeby tam spotkać miejscowych gitowców? Mój kolega Krzysio, pochodzący z małej wioski w dawnym województwie zamojskim, po raz pierwszy w życiu jechał pociągiem w roku 1989, kiedy miał 18 lat. Jechaliśmy wtedy wszyscy, całą klasą, zalesiać góry Izerskie. Spaliśmy w nieistniejącym dziś już obiekcie, o nazwie Rozdroże Izerskie, położonym między Świeradowem, a Szklarską Porębą. Nie było mowy, żeby się stamtąd wydostać publicznym transportem, a tak zwane okazje były nader rzadkie. Do Świeradowa na piwo chodziliśmy więc piechotą i piechotą wracaliśmy. To był schyłek PRL i piwo było dostępne. Piliśmy nie istniejące już dziś gatunki – basztowe i książęce z browaru w Lwówku Śląskim.

Przypominam jeszcze raz to wszystko, bo widzę, że niektórym przewraca się, pardon, we łbach. Wracam dziś do domu i zaczynam przygotowania do świąt. Normalnie, jak każdy. Prawie wszystko już kupione, zostało jeszcze trochę drobiazgów i przygotowanie tego wszystkiego. A przecież pamiętamy, ile się stało w kolejce po karpia w czasach słusznie minionych. Pamiętamy jak w telewizji ogłaszali, że płynie do Gdyni statek wyładowany pomarańczami, albo bananami i wszyscy czekali kiedy te owoce znajdą się w sklepach. Wszyscy pamiętają paczki ze słodyczami wydzielane dzieciom na gwiazdkę w zakładach pracy, jakże nędzne i tanie. Wczoraj w Żelechowie sprzedawali karpie wprost na rynku, z przyczepy samochodowej, na której stała wielka balia. Niezwykłe. W mojej ocenie niezwykłe, ale są tacy, którym już, przepraszam, od dupy odwilgło i myślą, że może być coś jeszcze lepszego niż powszechny dostęp do dóbr podstawowych, możliwość swobodnego poruszania się w różnych kierunkach, w sobie tylko znanym celu, bez konieczności tłumaczenia się z tego funkcjonariuszom, a także możliwość swobodnego wypowiadania swoich poglądów. Wliczam w to także poglądy idiotyczne. Niczego więcej od państwa i jego urzędników nie oczekuję. Resztę załatwię sobie sam. A ci, którzy nie potrafią sobie owej reszty załatwić, nie są bynajmniej pogrążonymi w głębokim zamyśleniu reformatorami złego ustroju, ale współczesnymi gitowcami, współpracującymi po cichu z organizacjami, którym się nie podoba sprzedaż karpia na ulicy, za to uważają, że kible przy rynku to ciekawy relikt minionej epoki.

Ruszam w drogę. Mam jeszcze coś do załatwienia w trasie.

  21 komentarzy do “PRL z perspektywy ulicy”

  1. Emeryt to ma klawe życie i bilet też ma klawy,
    Dzięki temu co dzień z rana jedzie do Warszawy ☺

  2. Obraz, choć prawdziwy, to jednak cokolwiek przerysowany. Nie oddziela „zasług” PRL-u od dziedzictwa II RP, tudzież nawet III Reich-u na Ziemiach przezeń Utraconych. Z perspektywy obecnego 50-latka (Gospodarz) widać bowiem sporo mniej (jeśli nie sięgać do archiwów), niż chociażby ze wspomnień 70-latka (jak niżej podpisany). Kilka przykładów:
      – w pewnej wiosce w zachodnio-pomorskim przez wiele lat powojennych czynny był wodociąg, lecz WC było tylko w pałacu; we wszystkich „czworakach” przynależnych do majątku, nie wspominając nawet o zagrodach chłopskich (choć niektóre były całkiem bogate), były tylko wiadome „sławojki” (na tym terenie noszące pierwotnie mniej swojską nazwę);
      – w mieście (niegdyś Wolnym) Gdańsku w latach 60-tych (i zapewne sporo dłużej) w starych kamienicach (które przetrwały wojnę) była wspólna toaleta na „półpiętrze”, więc chłopy po nocy załatwiały pewne pilne potrzeby w zlewie kuchennym; mieszkanie w gomułkowskich wieżowcach (było ich kilkadziesiąt w samym „Gdańsku”, trochę we Wrzeszczu i Oliwie) było dla większości nieosiągalnym marzeniem; nawet „za Gierka” mieszkanie w bloku to nadal było „coś”.
    A ulicą (nazwy nie pomnę) przecinającą poprzecznie m.in. Długi Targ/ul.Długą, tuż obok studni Neptuna koło Dworu Artusa był wyznaczona trasa dla powozów konnych, którymi badylarze z Olszynki dowozili „towar” „pod Halę” oraz na targowisko we Wrzeszczu. Ktoś musiał na pewno sprzątać wiadome końskie pozostałości.
    Jeszcze warto wspomnieć, że wódka w PRL-u była w latach 60-tych bardzo droga. Pół litra Żytniej kosztowało coś około setki, więc „za te polskie dwa tysiące” (ponoć pierwotnie było to tysiąc dwieście, osiem stówek kazała Osieckiej dołożyć cenzura) nie można było poszaleć. 

  3. no może jeszcze takie skojarzenie z bonami towarowymi z pewexu, pół litra jarzębiaku w tymże sklepie pewexowym był w cenie  1 bon (dolar), w podobnej cenie była cielęcina którą dostarczała do urzędu 'baba’ spod warszawy … i tyle
    no i te szalety dziś stanowią element restauracyjek wietnamskich, naniesienie jako sala jadalna nad tym szaletem  i biznes się kręci  

  4. Niedawno jechalem autobusem odebrac samochod od mechanika. Oczywiscie skoro przystanek znajduje sie kolo cmentarza zolnierzy radzieckich to musi miec w nazwie wyzwolenia np.  Lwowska wyzwolenia.  W najnowszej darmowej gazetce o wydarzeniach miejskich jest artykuł o m. in.  o „wojnie ojczyznianej 1941-1945” .  

  5. Nie tylko wietnamskich ….
    Akurat w Krokodylu na rynku Starego Miasta Gesslery upakowały stoliki na korytarzyku po zlikwidowanej szatni, tuż przy wc-ecie.
    Epopeja kibelkowa trwa nadal, czego przejawem jest niechlujny styl toalet w aspirującej kiedyś do elity restauracyjnej Harendy.
    Natomiast szalet przy Grójeckiej np Baśniowej rzeczywiście nadbudowano jakimś kebabem…
    I z nieco odleglejszych czasów – nieczynny solidny szalet miejski przy Krakowskim Przedmieściu, za Mickiewiczem, planował przerobić na ekstrawagancki przybytek restauracyjny niejaki Skandal. Po wyjaławiających rewitalizacjach Krakowskiego śladu po tej zabudowie już chyba nie ma…
    Patrząc współcześnie – wyznacznikiem potęgi imperium są wiecznie otwarte i dostępne wc-ety McDonalda czy dobrych stacji benzynowych. Tam gdzie się pojawia kluczyk, mroczne światło i zabryzgane kafelki kończy się cywilizacja.
    I sentencja końcowa – gdy na ostatnim zadupiu utrudzony wędrowiec będzie mógł zobaczyć dobrze utrzymany, pachnący, choćby i nietani szalet, i nie będzie to fatamorgana, ani scena z Tytusa, będzie to dowód na osiągniecie przez człowieka szczytu rozwoju cywilizacji 🙂

  6. Dobrych Świąt Gospodarzu!

  7. prostota szaletowa zwalająca z nóg zaskoczyła kiedyś mojego kolegę,
    po powrocie z Moskwy uprzedzał żeby omijać ten punkt topograficzny.
    Zmiana kuchni, wody rozstroiła mu żołądek i wskoczył bez kolejki w jakieś uliczne miejsce odosobnienia, wskakując nie zwracał uwagi na nic , jednakże opuszczając ten przybytek musiał trochę czasu stracić na przeproszenie kolejki i trzeba było wysłuchać słów współczucia,   no i jak potem opowiadał kolejkowicze grzeczni ale warunki sanitarne nie dające się opisać. 

  8. Moja rodzicielka jak na początku 1980 roku była w Moskwie to opowiadałą  iż w metrze moskiewskim nie trzeba było się pytać o WC można go było znaleźć kierując się nosem, a zapach był okrutny, najbardziej wstrząsnął mą rodzicielką widok kobiet jedzących przy nim wielkie solone śledzie.  W Gorzowie WLKP większość kamienic nie posiadało ubikacji, były położone na półpiętrach lub w podwórkach. Irka stary  jeździł ciężarówka ileż oni mieli dziczyzny, tych zająców sarn, bażantów, dzików. Myśliwi tyle tego nie pozyskiwali, co ten jeden stary star.

  9. jeden stary Star a aprowizacja dla kamienicy zapewniona, no i dobrze 

  10. Az sie musze przejechac…
    … przez ten Zelechow, bo tyle wspomnien Pan przywolal, tym bardziej jeszcze dlatego, ze kuzynka mieszka 4 km od Zelechowa  !!!
    Odkad kupilam samochod, a bedzie juz pewnie ponad 20 lat – to przestalam bywac w Zelechowie… teraz jezdze na skroty – Puznowka, Parysow, Miastkow, Wola Myslowska i tak az do Wandowa, Teodorowa, Huty Dabrowej… ale pamietam, ze jak cale lata jezdzilismy PKS’em do dziadkow przez Garwolin i Zelechow to pamietam do dzis tylko kocie lby na rynku, knajpe – chyba „zloty klos” i sporo drewnianych chalup, podobnych do chalupy moich dziadkow.  Podroz – to bylo autentyczne wyzwanie dla moich rodzicow z 3 dzieci… jak rano wyjechalismy od siebie to na sam wieczor bylismy u dziadkow… wrazen i wspomnien mnostwo do dzisiaj…
    … ale jak juz karpie sprzedaja na rynku w Zelechowie to juz postep… szaletu niestety nie pamietam, ale pamietam inne szalety, glownie przydworcowe, bo tez troszke jezdzilismy pociagami z racji, ze tato moj tez pracowal na PKP… no i lepiej bylo do nich nie wchodzic… jak jest dzisiaj trudno mi powiedziec, bo praktycznie nie jezdze pociagami.
    Wpis bardzo fajny… taki nostalgiczny. 

  11. Nie rozumiem, dlaczego mówi się o PRL-u w czasie przeszłym, skoro jest to warstwa geologiczna. Są miejsca, gdzie PRL-u nie widać, są osiedla bloków pokrytych styropianem pomalowanym w wesołe kolory, rudery estetycznie zasłonięte przez bilbordy, ale są też odkrywki, gdzie PRL mamy jak na dłoni. Kto był „ętelygentem” w latach 1970-tych, 1980-tych ten nim pozostał i głosował na Mazowieckiego, ale ubecy też zostali. Jedynie gdzieś się zapodziali mieszkańcy przedwojennych kamienic. Chyba poginęli w tych wszystkich filmach wojennych, których było sporo.
    Co do handlu to mamy dzisiaj targi szampańskie w Wólce Kosowskiej pod Warszawą i mniejsze pod Łodzią, które w przyszłości będą obsługiwane przez Centralny Port Lotniczy imienia św. Jana Pawła II.

  12. zjadło mi komentarz o trylince, ale powtórzę, bo jeśli o prl z perspektywy ulicy to koniecznie o sześciokątnej płycie chodnikowo – ulicznej, wszystkie gierkowskie budowy były ta płyta wykładane … na Mokotowie jeszcze są, można obejrzeć   

  13. znalazłam tekst co to był 'zjedzony’
    jak z perspektywy ulicy omawiać PRL, to ważna jest trylinka,  płyta chodnikowo- uliczna sześcioboczna, do dzisiaj na niektórych ulicach Mokotowa , wnuk się dopytywał o ulice pokryte kocimi łbami czyli chyba 100 letnie, jeszcze są ,  te wyłożone trylinką chyba o połowę młodsze też są  
    nazwa trylinka, podobno od nazwiska pracownika Politechniki, czyżby miał na nazwisko … Tryjanowski ? 

  14. Heh, jednak jest coś co się nie zmieniło, przynajmniej w części miejsc i u części funkcjonariuszy, mianowicie u mnie na osiedlu grasuje złodziej, wchodzi do domów podczas nieobecności mieszkańców, albo takich co to w ogrodzie porządkują, i kradnie co pod ręka, ulatniając się niczym kamfora, pech chciał że okradł moją znajomą, babka poszła na policję, a tam się zaczęło, a skąd pani to ma, gdzie pani pracowała, kiedy pani kupiła, gdzie i tak dalej, oczywiście ona jest pierwszym podejrzanym 😉 jej kolejna wizyta odbyła się w obecności znajomego adwokata, wtedy dopiero potraktowali ją normalnie. Będą ostatnio na tzw mieście, musiałem skorzystać z publicznego szaletu, niby czynne do dwudziestej, a pół godziny przed tym czasem, obsługujący facet już zamykał, ulitował się(?) i wpuścił mnie do damskiego, nawet nie chcę wiedzieć jak wygląda w męskim, generalnie w tym damski to późny PRL, z tym że nie remontowany od trzydziestu lat, a to wszystko w centrum Bydgoszczy pod rondem Jagiellonów. Na dodatek dziadek klozetowy miał obiekcje co do dwójki którą go uraczyłem, znaczy się monety dwu złotowej, musiałem mu wymienić na  inną, ponieważ ta którą dostał za pierwszym razem, wydała mu się dziwna i chyba podrobiona(sic!).

  15. Władysław Tryliński, ciężkie cholerstwo.

  16. co strach, stres robi z ludzi, doprowadza do sytuacji granicznych
    a ta sprawa z medalem od cara, czyli jak w państwie opresyjnym chronić rodzinę przed jeszcze większymi opresjami  – trzeba poświęcić jedną osobę   

  17. dziękuję za info o rodzinie Trylińskich , znakomita rodzina, oby więcej takich rodzin… 

  18. Taaaa…Spotkanie z toaletą publiczną w Australii (wczesne 80-te) było dla mnie conieco szokiem. No bo jedziesz Pan 100km za miasto, plaża, zbudowany grill, ceglany „pawilon”: <Panie / Panowie>. W środku czysto, zapachowo-odkażające kostki w pisuarze, srajtaśma w kibelku, nikt żarówki nie ukradł. Jakoś mogli!

  19. Świetny opis i błyskotliwa analiza. (Dodać dwa razy tyle czerni, ponieść wszystko o dwa piętra, i będzie Elbląg z lat ’60, który pamiętam. 😉

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.