lip 242026
 

Zainspirowany wczorajszymi komentarzami postanowiłem napisać dwa zbiory opowiadań SF, z których każdy będzie literackim eksperymentem. Pierwszy nazywać się będzie „Trzy noce, czyli historia polskiej fanatastyki”, drugi zaś „Projekt Herodot czyli w poszukiwaniu ustroju idealnego”. W obu wymieszane będą różne gatunki literackie i postacie, całkowicie, rzecz jasna, nie związane z postaciami realnymi. Zainspirowany zostałem także przez panów, którzy z taką emfazą opowiadali o twórczości Zajdla i jego socjologicznych wizjach. Wczoraj zrobiłem próbę. W ciągu niecałej godziny udało mi się napisać tekst, który Wam tu zostawiam. Być może wydłużę go jeszcze na potrzeby tego tomu opowiadań, a być może zostawię jak jest. Nie wszystkie teksty z obydwu tomów ukażą się na blogu, ale część się ukaże – na zachętę. Ważne jest także to, bym znów powrócił do początków swojej działalności, kiedy to jednocześnie pracowałem nad kilkoma projektami. Tylko taki rodzaj pracy naprawdę mnie satysfakcjonuje i inspiruje. Wiem to na pewno. Nasz sukces wziął się właśnie z tej metody. Starsi pamiętają. Jednocześnie powstawały cztery chyba książki, a na blogu publikowane były teksty gatunkowo różne i mające też różny ciężar właściwy. Dziś polityczna bieżączka zabija wszystko. Musimy to zmienić. Na razie zostawiam Wam pierwszy odcinek jednej z nocy, nieistniejącego jeszcze zbioru opowiadań „Trzy noce czyli historia polskiej fantastyki”, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością. Starałem się, by opowiadanie to zawierało wszystkie atrakcje charakterystyczne dla nurtu SF, a więc przede wszystkim seks i przemoc, ale także kosmos, potwory, skomplikowane relacje między płciami, tajemnice nauki i sceny walk. No i rzecz najistotniejsza – twarde, męskie relacje pomiędzy bohaterami. Myślę, że udało mi się to wszystko zmieścić w niecałych 10 tysiącach znaków.

 

 

 

 

Przed świtem

 

Marian Kalasanty Bździnkiewicz obudził się przed świtem. W ustach poczuł smak goryczy. Przeciągnął palcami po zmierzwionych włosach, spojrzał w czarne okno przypominające okrętowy bulaj i popatrzył na swoją dłoń, jakby chciał tam znaleźć odpowiedź na pytania, które postawił przed nim sen. Był on tak dręczący, że Marian Kalasanty otworzył oczy z ulgą, mimo iż do świtu pozostała jeszcze dobra godzina. A przecież zwykł sypiać dłużej i normalnie budził się około ósmej.

– Kurwa, straszne – powiedział do swojej dłoni, która milczała, poruszając co jakiś czas wszystkimi pięcioma palcami.

Marian Kalasanty nie mógł uwierzyć w to co mu się śniło i próbował jakoś racjonalizować widziadła, coś tam sobie tłumaczył, ale wiedział jednocześnie, że to na nic. Wiedział też, że już raczej nie zaśnie. Przed oczami pojawiały mu się kolejne sekwencje snu. Najpierw zobaczył ogrom sali wykładowej, do której go zaproszono. W jednej sekundzie poczuł się mały i nieważny. Potem zobaczył, jak zbliża się do niego Paul Bradley z komiksu Funky Koval narysowanego przez tego ubeka Polcha.

– Dziwne – pomyślał – Bradley nie jest narysowany tylko normalny – z krwi i kości…a przecież to Jęczmyk…chciał jeszcze coś powiedzieć do swojej zdrętwiałej dłoni, ale kolejny kadr zatrzymał mu głos w gardle. Oto ze środka wielkiej auli zmierzał ku niemu sam Stanisław Lem, w dłoniach zaś dzierżył gipsową, osypującą się statuetkę wyobrażającą rybę z głową człowieka.

– To Rybiński – wykrztusił poruszając cały czas ręką – co oni z nim zrobili? Jednak nie to było najgorsze.

– Uwaga, uwaga – zawołał najwybitniejszy polski autor prozy sicience fiction – oto nagroda dla Mariana Kalasantego Bździnkiewicza.

Kalasanty widział siebie samego, uśmiechniętego i szczęśliwego, bo oto wreszcie go doceniono. To co stało się później i co już zostało raz w jego umyśle zarejestrowane zerwało sen. Teraz zaś będąc na jawie Marian Kalasanty jakby się znów weń zanurzał.

– Oto nagroda – wołał Lem do pełnej sali – oto nagroda dla najwybitniejszego autora science fiction w kategorii „opisy zwłok i nieboszczyków”.

– Kurwa, straszne – powtórzył Marian Kalasanty – jak oni mogli. Opadł ciężko na poduszkę i zamknął oczy. Myślał, że to koniec. Tak jednak nie było.

Znów zobaczył olbrzymią aulę, Lema i Paula Bradleya, który nie wyglądał jak Lech Jęczmyk. Nie był też narysowany. Ludzie wstali i klaskali on zaś kłaniał się cały zadowolony. Potem poproszono go do stolika, przy którym siedziała Irena Dziedzic. Uśmiechała się do niego jak wampirzyca i oczekiwała aż pierwszy coś powie, choć przecież ona powinna zadawać pytania. Jak się okazało nie był to jeszcze ten moment. Publiczność cały czas klaskała, a na scenie pojawił się aktor, którego Marian Kalasanty skądś kojarzył, ale nie był sobie w stanie przypomnieć skąd. Aktor miał w rękach kartkę i zerkał w nią ciekawie, co jakiś czas rzucając spojrzenie Marianowi Kalasantemu. Były to uważne spojrzenia. Marian poczuł, że nie może ich znieść, próbował otworzyć oczy, ale okazało się to zbyt dużym wyzwaniem, chciał zasnąć a nie mógł, chciał wstać z łóżka, a był jakby przymurowany. Znajdował się w auli, a jednocześnie był w swojej sypialni z oknem, jak bulaj okrętowy za którym czaiła się zimna próżnia kosmosu.

Aktor na scenie chrząknął i powiedział, że na prośbę fanów przeczyta teraz najlepsze opisy zwłok i nieboszczyków skreślone ręką Mariana Kalasantego. Sala zawyła.

– Kurwa – powtórzył po raz trzeci Marian – tak, jakby zwłoki i nieboszczyki to nie było jedno i to samo. Nie miał jednak wpływu na swój sen czy też półsen, bo nie wiadomo było jak to nazwać. Tymczasem aktor, niepokojąco do kogoś podobny zaczął odczytywać tekst z kartki.

Zimne już piersi, w których niedawno tętniło mleko rozlały się niczym gwałtownie wytrząśnięte ze skorupki żółtko. Jej sztywne palce wbiły się w piach. Kolec jadowy gada przebił powłoki brzuszne i wychynął z drugiej strony na wysokości lędźwi. Nawet nie krzyknęła. Potwór wbił zęby w jej łono, jakby chciał wyssać zeń martwy już płód.

Ludzie zgromadzeni na sali podnieśli się i zaczęli bić brawo. Aktor popatrzył na Mariana Kalasantego z uznaniem, a on sam – to doprawdy niemożliwe – wstał od stolika i zaczął kłaniać się zgromadzonym, pękał z dumy…

– Chryste, niech to się już skończy – jęknął widząc siebie w takim upokorzeniu, ale koniec nie następował. Aktor wzniósł rękę w górę i publiczność ucichła. On zaś zabrał się za odczytywanie kolejnego fragmentu.

Chorągiew powiewała na wietrze. Ostatni znak, że oddział bronił się i nie zamierzał oddać pozycji. Małpy były coraz bliżej, te które szły na przedzie odrywały jednym szarpnięciem głowy poległych a potem podnosiły je i patrzyły w martwe oczy żołnierzy z triumfem. Wyły ze szczęścia. Jork był pewien, że mu się uda. Leżał cicho, licząc na to, że rozerwana skóra na brzuchu nie przeszkodzi mu w dobiegnięciu do miejsca gdzie tkwił sztandar. Wiedział, że ktoś tam jeszcze jest i żyje, że ma broń i widząc biegnącego człowieka użyje jej i wytłucze bez litości biegnące za nim niezgrabnie potwory. Usłyszał chrzęst, tak jakby ktoś nadepnął nogą na mocno przerdzewiałe wiadro. To jedna z małp nadepnęła na przykrytą błotem czaszkę. Jork zerwał się niespodziewanie dla samego siebie. Był pewien, że da radę. Potknął się jednak po dwóch czy trzech krokach. Upadł na plecy i podniósłszy lekko głowę ujrzał w całej okazałości ranę ziejącą na swoim brzuchu. Ujrzał też dwie mały obnażające dziąsła w szaleńczym śmiechu. Jedna z nich miała w rękach włócznię…Kiedy były blisko Jork próbował się podnieść. Jedna z małp jednak błyskawicznie znalazła się przy nim i unieruchomiła stopą jego głowę. Druga wbiła mu ostrze włóczni w krtań. Krew chlusnęła na włochate dłonie zwierząt, Jork znieruchomiał.

Ja pierdolę – jęknął Marian Kalasanty nie otwierając oczu – co oni robią! Mocno przerdzewiałe wiadro na planecie małp? Co to kurwa ma być?! Literatura?!

Zacisnął mocno powieki, w nadziei, że widziadła znikną. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Aktor, dziwnie do kogoś podobny i wpatrujący się w Mariana Kalasantego siedzącego przy stoliku z jeszcze większą uporczywością raz jeszcze uciszył publiczność i znów zaczął czytać.

Sekcja się nie powiodła. To co brano za mózg obcego okazało się narządem wydalniczym. Truchło, szaro-sine i poskręcane leżało na stole z ocynkowanej blachy. Światło lampy wywoływano na skórze, podobnej do człowieczych egzem, dziwne refleksy. Lekarze stali nad tym czymś, co do niedawna było żywą istotą z odległej galaktyki i patrzyli niepewnie na siebie.

– Ma pewno jest martwy? – zapytał dudniącym basem doktor Maurice – żeby  nie było jak ostatnim razem.

Pieńkowski przewrócił oczami, bo Maurice go wkurwiał. – Jak ostatnim razem, jak ostatnim razem…próbował przedrzeźniać doktora. – Ostatnim razem wasi pomylili głowę z dupą…

– A tu niby co mamy? – wtrącił się wcale nie nieśmiało praktykant Kobzdej – chcieliśmy mu wyjąć mózg, a trafiliśmy na układ pokarmowy.

– I z habilitacji nici – skrzywił się Maurice, a Pieńkowski podniósł rękę tak, jakby miał ochotę prasnąć go w gębę. Powstrzymał się jednak bo jego uwagę zwróciło coś innego. Poskręcany kształt leżący na stole poruszył się…

– O ja pierdolę – jęknął praktykant.  Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo pierwsza porcja jadu wystrzelonego z dziwnego narządu przypominającego głowę kazuara trafiła go w twarz. Zawył. Pieńkowski był już przy drzwiach prosektorium kiedy stwór wczepił się w jego kark. Maurice zaś upadł ciężko na podłogę, zanim monstrum zdążyło go dopaść serce odmówiło mu posłuszeństwa.

– Boże – jęknął Bździnkiewicz – niech to się już skończy…Koszmar jednak trwał. Widział teraz siebie, jak siedzi przy stoliku z Ireną Dziedzic, trzyma w ręku ohydną, gipsową rzeźbę wyobrażającą rybę z głową najwybitniejszego polskiego felietonisty i patrzy na dziwnie do kogoś podobnego aktora. Obok którego stoją Lem i Paul Bradley z najgłupszego komiksu, jaki został narysowany w Polsce Ludowej.

– Boże – powtórzył – niech to się skończy. I nagle doznał olśnienia.

– Przecież to Gociek! – zawołał. W tej jednej chwili bowiem dotarło do niego kim jest aktor odczytujący na scenie te gówniane kawałki. Chciał krzyknąć, ale nie mógł, chciał zerwać się z łóżka, ale nie mógł, chciał się czegoś chwycić, ale to także było niemożliwe. – Zdrajca! – zawołał – pieprzony zdrajca!

Zanim zapadł w ciemność zobaczył jeszcze jak wszyscy trzej – Gociek, Bradley i Stanisław Lem skręcają się na scenie ze śmiechu. Potem był już tylko mrok.

Coś ciężkiego zwaliło mu się na klatkę piersiową. Otworzył oczy. Był dzień. Kocioł czarnej dziury za oknem zniknął. Śpiewały ptaki. Na jego piersiach leżał biust żony, tak dobrze mu znany, dający bezpieczeństwo. Ona sama zaś patrzyła mu głęboko w oczy i uśmiechała się.

– Miałem straszny sen powiedział, a ona pocałowała go w policzek.

– Na szczęście już minął – szepnęła i przytuliła się do niego całym ciałem.

– Na szczęście – powtórzył niepewnie.

– Mam dla ciebie nowinę – rzekła  – na pewno się ucieszysz.

Podniósł się zaciekawiony na łokciu i spojrzał jej w oczy. Coś figlarnego śmiało się w nich.

– Nigdy nie uwierzysz – zaśmiała się cicho

– No powiedz wreszcie – zniecierpliwił się

– W Wielkiej Brytanii ogłosili cię faszystą roku i zapowiedzieli, że jeśli zjawisz się na lotnisku z paszportem, natychmiast cię aresztują.

Marian Kalasanty Bździnkiewicz opadł ciężko na poduszę.

– Sława – pomyślał – jej ciężar bywa nieznośny.

 

Dziś kolejne trzy tytuły w jednodniowej promocji

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/margrabia-wielopolski-1803-1877/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/dymitr-samozwaniec-aleksander-hirschberg/

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/maryna-mniszchowna-aleksander-hirschberg/

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  13 komentarzy do “Opowiadanie science fiction”

  1. No masz ci los -:)). Biedny faszysta -:)).

    W kwestii Homera jest ciekawa wiadomość z USA. Musk ogromnie krytykuje dzieło Nolana. Zapowiedział, że jego Grok tworzy pełnometrażowy film, który będzie lepszy od tego nolanowego. Wszystko ma być tak jak naprawdę było i Homera. -:)). Już jesienią będzie film.

  2. Rozumiesz. Modelowi nie da się powiedzieć żeby nie optymalizował drogi do rozwiązania zadania. Pomyśl, jakie zadania możesz mu postawić. I co będzie wg niego optymalne.

  3. Optymalne będzie olać mnie i moje polecenia

  4. Nowy agent nie wiedział, że nie wolno kraść. Zlokalizował magazyn odpowiedzi, przełamał ograniczenia środowiska w którym umieścili go w laboratorium i ruszył by włamać się do magazynu.

    Wszystko zależy kto dostanie do rąk takiego agenta. I jakie zadania mu postawi.

    Myślę że ci biedni pisarze SF mogą okazać się wg agenta zbędni. Ale nie muszą. Jeśli dostanie inne zadanie, wskaże jak promować te idiotyzmy, eliminując wszystko co wartościowe.

    A my jesteśmy szczęśliwym krajem z papierowymi faszystami -:))).

  5. Jag dla checy to w pożontku ótfur

  6. A jak nie dla checy to co? Pieprzenie Ziemkiewicza nie jest dla checy, bo on sam to ogłasza i wszyscy jakby kij połknęli, sztywnieją od razu. A satyry pisać nie można, bo co? Półgłówki nie poczują się docenione? Bo ktoś się z nich śmieje?

  7. Jeśli prawdziwa jest teza, że w Polsce za wszystkim stoją tzw służby, że lokalne sf jest ich tworem, to chyba odsłania to przede wszystkim ich jakość.

    Nie brak w kraju ludzi super zdolnych. Czemuś wyniki ich geniuszu w różnych obszarach odsłaniają się od dawna na tzw zachodzie. Konkretnie w USA. Uciekło mi nazwisko w tej chwili, jest chłopak z Tarnowa – około 50′ – twórca Pay pal. Najbogatszy Polak, startował wspólnie z Muskiem. Można by tu długą listę wypisać.

    Miernoty są oczywiście bezpieczne bo sterowalne. To wskazuje, jak napisałam, na poziom ich kreatorów. I tyle.

    Stawanie w tych konkurencjach nie ma sensu, wobec mechanizmu kreacji. Bycie zaś nie wybranym jest pewnego rodzaju docenieniem, że poziom tej czy innej osoby przerasta tzw kreatorów.

  8. Jasne, ale jeszcze trzeba coś jeść.

  9. Jeśli jest się spostrzegawczym, bystrym, rozumiejącym całą szachownicę itd. i ma się nieprzeparty przymus mówienia o tym każdemu w oczy to.. trudna sprawa. Nie dadzą zarobić.

  10. Wiem, ale może się wzajemnie pozagryzają i większość z nich pozdycha. Taką mam nadzieję

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)