cze 282026
 

Trudno omawiać jakąś książkę inaczej niż poprzez omawianie fragmentów. Metoda ta może się wydawać wadliwa, albowiem łatwo postawić zarzut omawiającemu, że wyrywa zdania i całe partie tekstu z istotnych kontekstów. No, myślę jednak, że w przypadku, który tu procedujemy, nie ma mowy o takich niedociągnięciach, albowiem kontekst jest tak wyraźny i mocny, że nic zeń wyrwać nie można.

Oto trzy wypowiedzi ministra Sikorskiego pochodzące z książki Rozmowy rzymskie. Pytania na czas niepokoju:

Określam się jako człowiek, który wyrasta z katolickiego kręgu kulturowego, ale nie wierzy w tradycyjny, katolicki sposób. Sądzę, że takich ludzi jak ja jest wielu i wciąż ich przybywa. Zastanawiam się – i nie umiem znaleźć odpowiedzi – czy Kościół myśli nad jakąś propozycją dla takich ludzi. Wydaje mi się, że większość z nas ma ambiwalentny stosunek do Kościoła, który pomimo całej, zasłużonej krytyki tej instytucji, a także pomimo wątpliwości, co do wyznawanej w nim wiary, stanowi świadectwo pewnej wrażliwości. Doceniam także potrzebę szukania sensu, który jest większy od nas samych. Dlatego sądzę, że istnieje przestrzeń do dyskusji.

Mniejsza, co Wojciech Giertych odpowiedział na tak postawione kwestie. Moim zdaniem ważniejsze jest co dalej mówił Radosław Sikorski:

Z naszych rozmów wychodziłem zawsze intelektualnie pobudzony. Ostatnio przesłałem Ojcu książkę Yuvala Noaha Harariego pt. „Sapiens”, którą ojciec w liście do mnie skrytykował za brak wrażliwości na sferę ducha w opowieści o człowieku.

I dalej:

Mam też motywację do naszych dyskusji zrodzoną podczas spektaklu teatralnego w Londynie. Obejrzałem tam interpretację rozmów z 1968 roku pomiędzy guru konserwatyzmu amerykańskiego, którego znałem osobiście Wiliamem Buckleyem, założycielem „National Reviev”, a guru lewicy amerykańskiej Gore’m Vidalem.

I kolejny fragment:

Moja osobista obserwacja jest taka, że wiara, gdy jest żywotna, przyciąga najbardziej utalentowanych ludzi danej epoki. W rezultacie powstają wielkie dzieła, czy to intelektualne, czy artystyczne, czy architektoniczne. Kiedy natomiast wiara staje się skostniała, wtedy rodzi w tych dziedzinach brzydotę. Wystarczy porównać świątynie średniowieczne z większością nowych kościołów w Polsce. A te nawet z większością meczetów na Bliskim Wschodzie.

I na to wszystko rzućmy teraz snop światła dobywający się z jednej wypowiedzi Wojciecha Giertycha, oczywiście pochodzącej z tego samego fragmentu tekstu, czyli ze wstępu do książki, zatytułowanego – Zamiast wstępu.

Mówi Wojciech Giertych takie oto słowa:

Ludzie dzisiaj często przeskakują bezwiednie między językiem racjonalnym, a językiem przeżyciowym, pomiędzy rozumem, a emocjami i estetyką, a kryterium oceny faktów sprowadzają do tego czy coś im się podoba czy nie, czy jest dla nich przyjemne czy też nieprzyjemne.

Nie macie wrażenia, że Sikorski został w tym fragmencie przed czymś ostrzeżony, ale całkowicie to zlekceważył? Bo ja mam. Mam jeszcze w sercu sporo zadowolenia, bo zgadzam się z tym co, w zacytowanym fragmencie, przekazuje nam teolog domu papieskiego. Taki mechanizm działa i to on właśnie gwarantuje sprawne funkcjonowanie całej antykościelnej propagandy, która, niczym fala przyboju uderza w nawę Kościoła.

O tym, jak bardzo słuszną jest krytyka Kościoła instytucjonalnego, w rozumieniu ministra Sikorskiego przekonamy się w czasie omawiania dalszych rozdziałów. Teraz skupiłbym się na osobach, które – tak jak Sikorski – wierzą, ale po swojemu. On chce nam wyraźnie wskazać, że ów szczególny rodzaj wiary, dla którego Kościół powinien mieć jakąś szczególną ofertę, stawia go w jednym rzędzie z osobami takimi jak Harari, Buckley i Gore Vidal. Mam odmienne, pochodzące ze sfery emocji i przeżyć spostrzeżenie na ten temat. Otóż mamy niedaleko bardzo piękny, zabytkowy kościół, wyróżniający się w krajobrazie. Zarządza nim kilku stareńkich braci zakonnych. Świątynia stale wymaga remontu, a jest przy tym dumą parafian. Z pewnych źródeł jednak wiem, że parafianie ci reprezentują nowoczesny stosunek do wiary. Kościół zaś nie ma dla nich oferty. Oni bowiem rzucają na tacę po dwa złote, czym się jeszcze szczycą, a potem domagają się zbawienia, wcześniej zaś zakopania w poświęconej ziemi. Na pomysł, żeby jakoś zorganizować życie wokół tego kościoła i pomoc dla zakonników, nie wpadną, albowiem – całkiem w oderwaniu od realiów, w których żyją – krytykują, według Sikorskiego słusznie, Kościół jako instytucję.

Powiecie, że żartuję. Oczywiście, że tak ministrowi nie chodzi o to, żeby się utożsamić z jakimiś kmiotami i stać z nimi w jednym rzędzie, ale by ludzie uważali go za intelektualistę z najwyższej półki. To z kolei przeżycie gwarantują mu londyńskie teatry i książki Harariego.

Pomysł, że Kościół ma myśleć nad tym, jak przyciągnąć do siebie takie osoby jest całkiem kuriozalny. Bo niby po co mu one? Możemy tutaj teraz wydestylować istotny sens z konfrontacji dwóch postaw – Sikorskiego i Giertycha. Ten pierwszy mówi wyłącznie o potrzebie zmian w Kościele, tak jak on sam je rozumie i jakby je realizował. Ten drugi zaś, za nic mają własne słowa, przeskakuje bezwiednie między językiem racjonalnym, a przeżyciowym, wskazując że porozumienie z Sikorskim jest możliwe. Sikorski zaś dodaje – ale tylko wtedy kiedy wiara nie będzie próbowała zastąpić rozumu.

Widzimy, my ludzie dorośli, że to co prezentują zacni interlokutorzy  jest jedynie zabawą dla małoletnich. Zachęcają oni wręcz do przeskakiwania wskazanego przez teologa domu papieskiego, które nie spotyka się z jego całkowitą akceptacją, ale wskazane jest jako niegroźna w sumie fanaberia.

Im samym zaś – Sikorskiemu i teologowi domu papieskiego, chodzi o to, by Kościół w Polsce, został zepchnięty na bocznicę – przepraszam za to trywialne porównanie – tam unieruchomiony, a włączany ponownie na wyraźne zapotrzebowanie polityki reprezentowanej przez ludzi takich jak Radosław Sikorski. Operację tę ma ułatwić, poprzez przeskakiwanie z tematów racjonalnych na przeżyciowe, Wojciech Giertych. Takie spozycjonowanie Kościoła w Polsce, miałoby ten skutek, jak sądzę, że jego głową – nieformalną – byłby właśnie Wojciech Giertych, a nie papież. W praktyce zaś oznaczałoby to, że episkopat odbierałby wytyczne z kancelarii Romana Giertycha. Taką mam intuicję, gdyż właśnie bezwiednie przeskoczyłem z tematów przeżyciowych, na tematy racjonalne. Nie za bardzo bowiem potrafię w inny sposób zinterpretować kwestię: czy Kościół myśli nad jakąś propozycją dla takich ludzi.

Kościół bowiem to nie przedsiębiorstwo wielobranżowe, które konstruuje oferty pod profile kontrahentów, ale mistyczne ciało Chrystusa, którego wszyscy jesteśmy częścią. I ono gwarantuje nam zbawienie.

Pozostańmy w obszarze myśli racjonalnej. Pisząc o spektaklu wyreżyserowanym na podstawie rozmowy Buckleya z Vidalem, próbuje Radosław Sikorski, przeskoczyć z obszaru przeżyć estetycznych do racjonalizmu. Sądzi bowiem, że kiedy powie – byłem w teatrze, uwaga czytelnika oderwie się od kwestii racjonalnych i poszybuje ku estetycznym. I tak rzeczywiście będzie w 90 procentach przypadków, ale pozostaje jeszcze 10 procent do których i ja się zaliczam. I wiem dobrze, że prawie wszystkie książki Vidala, starego deprawatora, osadzonego w dość szczególnej, amerykańskiej tradycji – poczytajcie o jego dziadku czy też pradziadku – zostały wydane za komuny. Ich treść zaś jest szczególna. Są to szyderstwa z prawd wiary, z ludzi Kościoła i jego doktryny, a wszystkie opisywane historie są intepretowane poprzez homoseksualizm głównych bohaterów dramatu. Gejem jest u Vidala św. Paweł, który zajmuje się promocją swojej religii, w sposób, który zapewne byłby bliski ministrowi Sikorskiemu. Mówię o interpretacji Vidala, nie o prawdzie. Gejem jest Julian Apostata naprawiający szkody w cesarstwie wyrządzone przez chrześcijan. Gejem jest wreszcie Ryszard Lwie Serce porwany przez księcia Leopolda, którego – w jednej z książek Vidala – poszukuje jego partner, trubadur.

Ponieważ ja wiem kim był i jakie formaty promował Vidal, wiem również bardzo dobrze, o co chodzi ministrowi Sikorskiemu. To moje przekonanie zamienia się wręcz w beton, kiedy czytam, że Sikorski przesyłał do teologa domu papieskiego książki Harariego.

Spór zaś Buckleya z Vidalem był dla amerykańskiej widowni czymś niesłychanie istotnym, czego my dziś – jako chrześcijanie – zrozumieć nie potrafimy. Nie znałem Buckleya i nie czytałem żadnej jego książki, bo te, w przeciwieństwie do książek Vidala nie były wydawane w Polsce. Czy przez to Buckley powinien zyskać w naszych oczach? Moim zdaniem nie, albowiem pobieżny rzut oka na jego monstrualny biogram w wiki, wskazuje że był on częścią wielkiego spektaklu amerykańskiej polityki, która – kreując liderów – zawsze dba o najdrobniejsze szczegóły ich życiorysu. Cała zaś debata z Vidalem była jednym przedstawieniem i z istoty nadawała się na deski sceniczne, z czego oczywiście skwapliwie skorzystano.

Przy takich okazjach – mam na myśli lans zadeklarowanego konserwatysty na skalę w Polsce niewyobrażalną, warto zadać pytanie – jakie kompromaty mogły zniszczyć Buckleya? Bo, że Vidala nie imało się nic, to jasne. Otóż pieniądze, a także specyficzne rozumienie wolności i swobód. Buckley zdefraudował trochę grosza, a potem wdał się w obronę mordercy, który pisał doń rzewne listy z celi śmierci. Doprowadził do jego uwolnienia, a następnie musiał zmierzyć się z brutalną prawdą – facet zamordował kolejną osobę, a także przyznał się do wcześniejszych zbrodni. Po co ja to piszę, ktoś zapyta? Otóż po to, by każdy wyraźnie zobaczył, co to znaczy płaszczyzna realizmu. Już jest groźnie, a ledwie ją przecież zarysowaliśmy.

Czy wybrano już więc – wypada zapytać – odpowiedniego konserwatystę do debaty z Hararim? No, nie…castingi jednak trwają, jak to widzimy śledząc z uwagą teksty Giertych i Sikorskiego. Na pewno nie będzie nim żaden Polak. Ponieważ jednak celem zabiegów wskazanych w książce Rozmowy rzymskie jest jednak Kościół w Polsce, organizatorzy wskazanych zawodów muszą jakoś wybrnąć z tej sytuacji. I mogą to zrobić w jeden tylko sposób – przeskakując z języka racjonalnego do języka przeżyciowego. Myślę, że szykuje się wielka debata w Polsce. Nie wiemy jeszcze czy przyjedzie na nią sam Harari, bo może się okazać, że to za niskie progi. To jednak co dzieje się wśród publicystów lewicowych, jest zastanawiające. Wszyscy oni, na gwałt, zaczynają głosić jakieś konserwatywne herezje, które dawniej nie przeszły by im przez gardło. Matczak na spędzie organizowanym przez Stanowskiego opowiada o zaletach wierności małżeńskiej. Obok zaś siedzi Dymek, facet o wyglądzie trumniarza i patrzy smutno przed siebie. Widownia zaś, naciągnięta na niemały grosz, słucha tego bełkotu jak prosiak odgłosów nadchodzącej burzy. I kiwa ze zrozumieniem głowami. Nieprawdopodobne. Czy ci wszyscy ludzie wiedzą, że są już w pułapce? Nie przypuszczam…

Wszyscy oni jednak oczekują, nie łudźcie się że jest inaczej, że Kościół będzie miał dla nich jakąś ofertę…bo jeśli nie…

Ja mam dla nich ofertę. I wiem też, że współczesny Kościół, czy to w Polsce czy za granicą, im takiej oferty nie przedstawi, ale jest to jedyna sensowna oferta. Wszyscy oni, z ministrem Sikorskim na czele, powinni być skierowani do pracy w leprozorium. Zły pomysł? Jak myślicie?

Jutro kontynuacja.

 

Postaw kawę autorowi! 10 zł 30 zł 50 zł

  5 komentarzy do “Prawdy wyrwane z kontekstu czyli o zaletach pracy w leprozorium”

  1. Kościół Katolicki ma przecież dla nich ofertę: nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

    Cała reszta jest bez sensu. Przekonał się o tym sw. Paweł na ateńskim areopagu.

    Wiara jest wyborem rozumu a nie emocji.

  2. Im nie chodzi o wiarę, ale o władzę

  3. Oczywiście. Dlatego szkoda z nimi rozmawiać.

    Żeby rozmawiać, trzeba się trzymać tematu. Monsignore krętaczy.

  4. W pierwszym odruchu pomyślałem, że Morawiecki mógłby być kandydatem do dyskusji z Hararim. Ale szybko oddaliłem tę myśl, odnajdując kandydata sto razy lepwzego: Bronka Wildsteina.

  5. Tak!!!! To jest ten typ!!! Tylko czy Terlikowski się zgodzi?

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)