sierpień 262011
 

 

Pamiętacie jeszcze generała Boulanger, o którym pisałem w pierwszym odcinku? To ten co zastrzelił się w 1891 roku w Brukseli na grobie swojej kochanki. Wcześniej był ministrem wojny, rewanżystą, jednym z przywódców prawicy i stanowił tym samym największe zagrożenie dla III republiki. Miał nawet przeprowadzić zamach stanu, ale poprzestał na reformach w armii, za co armia ukochała go szczerze. Był nasz Boulanger tym ministrem od roku 1886 do 1890 czyli przez cztery lata. Jego agresywna retoryka nie podobała się wielu przywódcom republiki, a już na pewno nie podobała się prezydentowi Sadi – Carnot.

 

Przyjrzyjmy się teraz co dzieje się z człowiekiem, którego prasa republikańska nazywa generał Odwet, ponieważ otwarcie głosi zamiar odebrania Alzacji i Lotaryngii Niemcom. Otóż człowiek ten, kochany przez armię, obyty z bronią, przygotowujący zamach stanu, szykujący się do przejęcia władzy w kraju, rzuca nagle to wszystko i wyjeżdża za granicę, niezbyt daleko, ale jednak. Tam po roku niespokojnego życia, pan były minister wojny strzela sobie w głowę nad grobem kochanki. W tę historię oczywiście można uwierzyć, tak jak można uwierzyć w inne podobne rzeczy, w zamach anarchistów na izbę deputowanych chociażby. Można, ale przymusu nie ma. Zastanówmy się co mogło się stać pomiędzy rokiem 1890 a 1891, co skłoniło pana generała do tak dramatycznego kroku jak samobójstwo.

 

Prócz niego samego i zreformowanej armii, drugim wielkim zagrożeniem dla republiki były Kościół Katolicki. Tak, tak, właśnie Kościół. Zdruzgotany, połamany, upokorzony po rewolucji i burzliwej pierwszej połowie XIX wieku, francuski Kościół. Boulanger liczył na Kościół i na armię. Liczył, ale się przeliczył. Nie wiadomo czego przestraszył się w roku 1890 uciekając za granicę, na pewno nie własnych oficerów. Jeśli chodzi o samobójstwo zaś, sugerowałbym, że wpływ na nie mogła mieć decyzja papieża Leona XIII. Oto ojciec święty, widząc jak źle wygląda sytuacja wiernych we Francji, wiernych będących właściwie w permanentnej opozycji od roku 1789, postanowił im jakoś pomóc i zaczął namawiać francuskich katolików do pogodzenia się z republiką. Uważał, że to dobra droga, bo dialog i kompromis zawsze są lepsze niż otwarta wrogość. Podobnie, wiele lat później pomyślał papież Paweł VI, ale on miał z inną „republiką” do czynienia. Kiedy tylko decyzja papieża weszła w życie jasnym się stało, że siły zwane nie wiadomo dlaczego reakcyjnymi przegrały. Nie było już właściwie nadziei na nic. Boulanger nie czekał więc aż po niego przyjdą, nie czekał, aż zabije go bombą włoski anarchista, a prasa w Paryżu napisze, że stało się to z inspiracji Watykanu. Postanowił zakończyć sprawę sam. I zakończył.

 

Nie wszystko się jednak łatwo układa na tym świecie i nie wszystkie sznurki spoczywają w rękach prefektów policji. Zamachy terrorystyczne to nie jest rzecz trudna do przeprowadzenia i można się od swoich mistrzów wiele nauczyć, a kiedy już nauka ta wryje się głęboko w serce, rozpocząć samodzielną działalność. Oto w roku 1894 ginie zakłuty sztyletem prezydent Sadi Carnot. Zabili go anarchiści, włoscy rzecz jasna. Być może zainspirowani przez policję, ale niekoniecznie. Tego samego roku także wybucha afera Dreyfusa.

 

Przypomnijmy czego chciał Boulanger; odebrania Alzacji i Lotaryngii Niemcom. Przypomnijmy gdzie zaleziono kompromitujące Dreyfusa Materiały; w ambasadzie Niemiec. Niemcy roku 1890 nie miały zamiaru prowadzić wojny. Republika Francuska także nie miała takiego zamiaru. Miał go tylko ten wstrętny Boulanger oraz jego poplecznicy. Całe szczęście, że się zabił. Nic nie stało więc na przeszkodzie by pokój panował nadal. Nic, z wyjątkiem zreformowanej przez Boulangera armii. Armia ta mogła pójść na wojnę gdyby zażądał tego prezydent republiki, ale czy chciałaby na nią iść bez swojego wodza? Raczej wątpliwe. Trzeba było ją więc nieco zmienić. Zaczęto od kompromitacji.

 

Oto nieznany nikomu kapitan artylerii Dreyfus, Alzatczyk – a jakże, Żyd – a jakże, okazuje się niemieckim szpiegiem. Sąd złożony z samej czarnej reakcji, która po śmierci swojego przywódcy i ogłoszeniu papieskiej encykliki wzywającej do pojednania okazuje się – co dość dziwne – aż nazbyt silna i uparta, skazuje biednego Dreyfusa na zesłanie do Gujany. Sąd degraduje go także do stopnia szeregowca. Pakują go potem na statek i wiozą na Wyspę Diabelską, gdzie mało kto wytrzymuje pierwszy rok. We Francji rozpoczyna się wielka batalia o uwolnienie niesłusznie skazanego. Festiwal polemik, dyskusji, szykan i pogróżek. Zwolennicy republiki używają samych aksamitnych argumentów, zwolennicy reakcji samych argumentów siłowych. Od razu widać po czyjej stronie jest rozum, a po czyjej zaślepienie. Wygnanie Zoli tylko to potwierdza. To reakcjoniści są złem wcielonym i to oni odpowiadają za skazanie kapitana Dreyfusa.

 

Skupmy się przez chwilę. Po rozprawie z Boulangerem i zmiękczeniu stanowiska Kościoła oraz francuskich katolików, na przeszkodzie stoi już tylko armia. Prasa jest we właściwych rękach, mam na myśli prasę wysokich lotów, bo gadzinówkami i periodykami rewolucyjnymi zajmują się specjaliści z Surete. Żeby skompromitować armię i odebrać jej dawnego ducha wyciągamy niczym królika z kapelusza tego całego Dreyfusa. Spełnia on wszystkie wymagane kryteria, jest królikiem idealnym – Żyd z Alzacji, szkoda, że nie miał jeszcze węgierskich przodków. On sam nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego co się z nim dzieje. Ten rzekomo napisany przez niego list napisał oczywiście ktoś inny, ale to się okazuje dużo później. Sprawę tę ujawnia….Uwaga….kontrwywiad wojskowy! Jak to?! Spyta ktoś – to znaczy, że armia nie chciała osadzenia Dreyfusa do końca życia na Diabelskiej Wyspie? To znaczy, że kontrwywiad wojskowy szukał na jego temat prawdy? Jak to możliwe. A tak. Zwyczajnie. I w dodatku człowiek, który niewinność Dreyfusa odkrył, monsieur Georges Marie Picquart został za swoją nadgorliwość zesłany do Afryki. Co za pech, doprawdy. Nie dość, że prowadził szlachetne śledztwo na własną rękę, nie dość, że miał przeciwko sobie zwierzchników, to jeszcze śledztwo to sabotowali jego podwładni. Taki na przykład major Henry.

 

Przez pięć lat od roku 1894 do roku 1899 wydaje się, że nic nie może uratować Dreyfusa przed śmiercią w malarycznych bagnach Gujany. We Francji jak powiedzieliśmy już trwa nieustająca przepychanka prasowa tycząca się spraw tak ważnych jak tolerancja wobec innych, wierność krajowi oraz właściwe rozumienie patriotyzmu. Maszyny drukarskie są wtedy w cenie. Tysiące stron zadrukowanych argumentami, obelgami i szyderstwem są codziennie roznoszone przez gazeciarzy po wszystkich zaułkach francuskich miast. Prezydentem jest w tym czasie monsieur Felix Francois Faure. Jest to pan spokojny i rzeczowy, były minister marynarki, który ma ponoć poglądy prawicowe. Nie wiadomo dokładnie jakie on ma jednak poglądy, bo pan prezydent odzywa się mało i nie wiadomo tak do końca co myśli. Prasa jest nim zmęczona. Piszą, że zajmuje on wysokie stanowisko w masonerii. Ale nawet ta informacja nie podnosi nikomu ciśnienia. Cóż to bowiem za rewelacja we Francji – prezydent mason – nudy. Dopiero śmierć pana Faure stawia na nogi wszystkich francuskich dziennikarzy. Oto okazuje się, że niemłody już Faure miał całkiem dziarską kochankę. Na tyle dziarską, że zmuszała go do wysokiej aktywności wieczorami. Pani owa sama także bywała przy tym bardzo aktywna. W trakcie jednej z takich aktywnych sesji coś tam panu prezydentowi pękło w głowie, coś się rozlało i zszedł był z tego świata w tak zwanym momencie kulminacyjnym. Ooo! Co się wtedy dziać zaczęło. Mason, polityczna pierdoła, umiera w trakcie seksu oralnego. I do tego ten Dreyfus, o którym przez całe pięć lat prasa nie zapomniała ani na jeden dzień. Zapamiętajmy to, ani na jeden. Nasza prasa nie może ustalić, o której godzinie spadł samolot z prezydentem. Prawicowy dziennikarz Karnowski pisze książkę do spółki z Mistewiczem i nadal jest dziewicą, a tam – codziennie Dreyfus. Przez pięć lat. Tylko podziwiać. Reszta w kolejnym odcinku. Teraz jeszcze tylko krótkie podsumowanie; 1891 – zabija się były minister wojny Boulanger, 1894 zabijają prezydenta Sadi Carnot, wcześniej rzucają bombę do pałacu Burbonów, wybucha afera korupcyjna wokół Kanału Panamskiego, potem ginie król Włoch Umberto, zwolennik porozumienia z Niemcami, w 1898 cesarzowa Sissi, a w 1901 prezydent MacKinley. Prasa zaś uważa te wypadki za bomby słabszego kalibru. Najważniejszą aferą epoki, w co wierzymy do dziś, jest aresztowanie kapitana artylerii i osadzenia go na pięć lat na Wyspie Diabelskiej. Pa, do następnego razu. Drodzy.

CDN

 

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.