cze 132024
 

Zacznę od metafory, potem przejdę do bardzo ważnych spraw dotyczących naszej tu społeczności, a zakończymy na tym, co widać w tytule, czyli wyjaśnimy sobie istotę metafory z początku tekstu.

Prawie każdy, bo nie można generalizować, dorastał w grupie, gdzie był osobnik uważany za dziwnego. To zwykle wiązało się z jego deficytami i przemożną chęcią wpływania na grupę. Zwykle realizowaną bezskutecznie. Dziecko takie miało dziwne pomysły, które były albo deprymujące, bo odstawały od przyjętych norm, albo ich realizacja nie obiecywała żadnych satysfakcji. Osobnik taki, dla przykładu, przychodził na miejsce zbiórki z plastikowym zegarkiem na ręce, kupionym na odpuście i udawał, że go nakręca, podnosząc rękę do słońca, żeby zobaczyć przy tym, jak się błyszczy złota folia na tym zegarku.

Bywało, że jeden z drugim, próbował narzucać grupie normy współżycia. Nie, że od razu zabraniał przeklinać, albo pokazywał wyświechtane pornosy, jeśli reprezentował akurat biegunowo różny typ dziwaka, ale domagał się jakichś idiotycznych realizacji. Często przeniesionych do grupy wprost ze świata dorosłych. Kariery takich osób w hierarchii podwórkowej były raczej krótkie, a oni sami odchodzili w niebyt, bo matka zawołała ich na obiad w samym środku jakichś ekscytujących zajęć, albo – przy wszystkich – wcisnęła im beret na łeb, choć było plus siedemnaście i wiał tylko lekki wiaterek. Zatrzaskiwały się wtedy za nimi drzwi domostw, niczym bramy piekielne, a rodzice skazywali ich na odrabianie lekcji tuż po szkole, zakazywali oglądania Flinstonów w telewizji i prowadzali za rękę do kościoła w niedzielę. Wszystko po to, by uniknąć złego towarzystwa, czyli normalnie zsocjalizowanej grupy rówieśniczej, która rządziła na podwórku, tworząc strukturę może niezbyt estetyczną i nie zawsze godną naśladowania, ale taką, w której rodziły się prawdziwe więzi.

W dorosłym życiu, to już moja osobista obserwacja, ludzie tacy często zostawali psychologami i terapeutami, którzy chcieli pomagać innym. Czyli, tak naprawdę, zajmować się tym, czym zajmowali się w dzieciństwie – rozwalaniem naturalnych relacji w mniejszych i większych grupach. Można ich też spotkać wśród nauczycieli i psychologów szkolnych, a także wśród menedżerów korporacyjnych. Tam udają osoby profesjonalne lub dotknięte nieznanym jeszcze światu rodzajem geniuszu.

No dobrze, tyle wstępu. Teraz przejdźmy do naszych tutaj relacji. Są one ciężko wypracowaną przez lata wartością, której zaprzepaszczenie lub przenicowanie na coś z pozoru fajniejszego, będzie klęską dla nas wszystkich. Obserwuję naszą stronę od dłuższego czasu i obserwuję kilka niepokojących trendów. One się oczywiście wiążą z tym, że wiele osób przestało komentować, wiele odeszło z różnych powodów, i to jest normalne. Nie oznacza to jednak, że nasza strona zamieniła się w projekt terapeutyczny, albo stronę przeznaczoną do prowokacji i eksperymentów socjologicznych. Tak, jak dawniej, żaden lekarz tu nie przyjmuje. Obecność prof. Święcickiego jest tylko potwierdzeniem tej zasady, a nie jej zaprzeczeniem. Na co, z wielką delikatnością, zwracam uwagę. I chcę, żeby wszyscy to docenili. Chcę też, żeby ci, co mają przymus prezentowania swoich dość enigmatycznych, ale w ich mniemaniu atrakcyjnych form komunikacji, nigdy nie stracili z oczu tej prawdy – szkoła nawigatorów, to strona reprezentująca wydawnictwo „Klinika języka”. Ono zaś zajmuje się wydawaniem, promocją i sprzedażą książek.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że zachowanie osób opisanych na początku tekstu wywoływało często bardzo niekorzystną reakcję – grupa się rozpadała, albo odchodzili z niej ci, którzy nie odczuwali żadnego parcia na autoprezentacje, a chcieli się po prostu dobrze bawić.

Pamiętam jak umarł Adam Wycichowski czyli Niewolnik własnych genów. Jego rysunki ukazywały się w pierwszych numerach naszego kwartalnika. Jego żona powiedziała wtedy, że on przez ostatnie lata był smutny, bo ludzie nie komentowali jego wpisów. Oni zaś nie czynili tego, albowiem uważali, że nie ma takiej potrzeby, wystarczy że oglądają i klikają. Niewolnik zaś był przekonany, że jego twórczość nikogo nie interesuje. Był to dość zasmucający komunikat, świadczący o tym, jak istotne jest mówienie sobie nawzajem rzeczy ważnych i w sumie prostych. No więc, ja dziś postanowiłem powiedzieć rzecz ważną i prostą. A zrobiłem to, co jeszcze raz podkreślam, z wielką delikatnością. Uważam też, że należy to docenić. Tym bardziej, że możliwa będzie sytuacja kiedy poza naszą i kilku innymi grupami czynnymi w sieci, tak zwana normalność, czyli okazywanie sobie sympatii, bez jakichś szczególnych oczekiwań przestanie istnieć. Wszystko, jak leci zostanie wciągnięte przez maszynkę nakręcającą emocje podwórkowych dziwaków. Ci zaś przejmą władzę realną. W zasadzie już ją przejęli. Na wizji mamy prawie wyłącznie osobników uzależnionych od zmian we własnym wyglądzie. Czyli takich co poprawiają sobie w nieskończoność fryzury, albo pakują na siłowni i modlą się do bicepsa. I, co nie jest bynajmniej dziwne, zaznacza się w tej grupie zdecydowana przewaga mężczyzn. A propos – nie wiem czy wiecie, ale szef salonu24, red. Jastrzębowski chadza do programu Elżbiety Jaworowicz. To tak, jakby na podwórku ktoś, kogo uważaliśmy za mistrza gry w kapsle, nagle zaczął zdradzać jakieś ciągoty ku zbieraniu serwetek z wizerunkami różowych słoni.

I to nie jest, jak przypuszczam wybór, ale przymus. Trend bowiem jest taki, by każdą inicjatywę, której da się przypiąć łatkę – oddolna – wciągnąć do medialnej maszyny promocyjnej. Każdą, podkreślam, czyli mam tu na myśli, każdy nawet najniewinniejszy czy też najgłupszy tekst jaki zostanie opublikowany w sieci. Tu nie chodzi o przekonanie, że obecność szefa salonu24 w telewizji zwiększa popularność tego medium, ale o to, by medium to zamienić w jeszcze jedno wcielenie telewizyjnego diabła.

Takie inicjatywy jak nasza zrodziły się z pewnej tęsknoty zbiorowej. Można ją po podwórkowemu określić tak – żeby już nie było tego smętnego pierdolenia. Bardzo przepraszam panie, ale po etapie delikatności w kontaktach wzajemnych, musiałem wejść w inną fazę. Tak, by wszystko było dokładnie zrozumiałe. Przez ponad dekadę trzymaliśmy się dzielnie unikając tego, o czym napisałem dwie linijki wyżej. Działalność nasza musiała mieć, z konieczności, kontekst polityczny. To znaczy nakarmiliśmy swoją krwią i myślą tak zwany obóz patriotyczny, który dziś wchodzi w realny i jawny sojusz z freakami. Dlaczego? Bo uważa, że nasza obecność nie ma żadnego przełożenia na sukcesy wyborcze. Jeśli zaś nie ma, nie ma też powodu, by się nami zajmować. Trzeba się zająć zagospodarowywaniem mediów robiących zasięgi. Tego obłędu nie da się powstrzymać z powodów, które wyjaśniłem wyżej – przy władzy znajdują się ludzie uzależnieni od dokonywania zmian we własnym wyglądzie. W dodatku tacy, którzy potrafią obsługiwać tylko nieczynne już i nieważne formaty, żyjące, tak jak program Jaworowicz, na pograniczu klinicznego obłąkania i cyrkowej areny.

Wczoraj dowiedzieliśmy się wszyscy, że Muzeum Powstania Warszawskiego zaprosiło do współpracy przy celebracji kolejnej rocznicy tego wydarzenia piosenkarkę Brodkę. Zrobiła ona sobie nawet zdjęcia z tarczą i mieczem udając warszawską syrenkę, a na twitterze ukazał się pełen emocji i wyznań tekst, w który pani ta opowiada jak bardzo kocha Warszawę. Ktoś powie, że takie numery już były i nie ma się czym podniecać. Były, ale można też było na nie zareagować za pomocą stosownych i mocnych form wypowiedzi. Te właśnie, poprzez formaty medialne i wspomnianego twittera, są likwidowane i zamieniane w piski jakichś wyleniałych szczurów miotających się po klatce. Tyle nam zostało z dyskusji, ustaleń i przeżyć dawniejszych. Kolega, co szpanował plastikowym zegarkiem z odpustu, wrócił z ojcem milicjantem oraz jego bratem, dyrektorem cyrku i wszyscy trzej zapowiedzieli, że oto zmienią nasze życie na lepsze. Ci zaś w których pokładaliśmy nadzieję, uznali, że nie ma wyjścia – trzeba zawrzeć z tymi trzema jakiś sojusz. Jego koszty ponieść będziemy musieli my. Tak to już bowiem w życiu bywa, że ci, co najlepiej się bawią są zaskakiwani przez okoliczności. Pierwszą ofiara jaką na tym bałwańskim ołtarzu położą, będzie struktura wymiany. To znaczy na straży emisji opinii i dyskusji, także tych najpoważniejszych, stać będą Jastrzębowski z Brodką oraz Jacek Kurski, jako gwarant jakości i przejrzystości komunikatów. I mysz się nie prześliźnie. Bo nie po to freaki budują swoje hierarchie, żebyś się miał z nich naśmiewać nieszczęsny idioto. Zegarek z odpustu ci się nie podobał, tak? To teraz zobaczysz kogo prezes wyznaczy na kandydata do stołka prezydenckiego…Tylko się nie wywróć z wrażenia.

Przechodzimy teraz do istoty handlu detalicznego. Jest nią delikatność relacji. Dlatego właśnie handel ten nazywa się „detaliczny”, bo ważne w nim są detale. Tych zaś, podobnie jak relacji, jest wiele. Mamy przede wszystkim relację pomiędzy sprzedawcą, a towarem, która jest szczególna i zupełnie inna niż w handlu hurtowym. No i całkowicie już różna od relacji na arenie i na zapleczu cyrku. Ma charakter tajemniczy, a w niektórych przypadkach wręcz intymny. Relacja pomiędzy sprzedawcą a dostawcą, jest podobna do tej, jaka łączyła pana do WF ze zdolnymi, ale niebogatymi uczniami, wykazującymi talenty sportowe. Wiedział on, że nie zrobi z nich zawodników światowej klasy, ale żył ich wynikami i chciał by oni sami wszystko postawili na sport. To się, rzecz jasna, udawało tylko w niektórych przypadkach. Relacja pomiędzy sprzedawcą a kupującym odbywa się za pośrednictwem towaru, a ten nie może być promowany w sposób oczywisty, tak jak towar na rynku hurtowym, czy rodzaje towarów z przeznaczeniem do wchłonięta przez otwór gębowy. Smak jest ważny i występuje w handlu jako metafora, ale przy tym rodzaju sprzedaży jaki omawiamy, czyli przy handlu książką, nie należy za bardzo cmokać. Choć wielu się wydaje, że jest na odwrót. Towar musi być szczególny, a to oznacza – nie tani. I tego aspektu obejść się nie da. Podobnie jak nie da się obejść nudy związanej z hurtową dystrybucją książek medycznych czy tych przeznaczonych dla dzieci. Wszyscy dystrybuują je z pewną nadzieją – nadzieją na zmianę czegoś w życiu swoim lub własnych dzieci. Ta nie następuje nigdy. Dlaczego? Bo nie ma kontaktu ze sprzedawcą detalicznym zainteresowanym tematem. Jest za to zainteresowanie zyskiem, połączone z masową sprzedażą i obniżaniem ceny pojedynczych egzemplarzy, co daje klientowi krótkotrwałą satysfakcję.

I teraz zadajcie sobie pytanie – czy i jak zmieniło się wasze życie, kiedy zaczęliście przychodzić na ten blog i czytać zamieszczane tu teksty? Nie chodzi tylko o moje teksty, ale także o teksty kolegów. Jak zmieniło się wasze życie od kiedy zaczęliście kolekcjonować nasze wydawnictwa? Jeśli zauważyliście jakieś zmiany wpiszcie krótki komentarz. Możecie pisać też o swoich rozczarowaniach, bo przecież świadom jestem, że takowe były. Sprzedawca detaliczny nie jest świętym Jerzym, a smoki, które udało mu się pokonać były przecież zrobione z papier mache. Mam tego świadomość, ale wy powinniście mieć świadomość okoliczności, w jakich działamy.

Opiszę teraz pewien przykład, dość istotny dla funkcjonowania naszej hierarchii.  Jak wszyscy zauważyli ostatnia konferencja bardzo się podobała. Natychmiast pojawiły się głosy, że trzeba planować kolejną. No więc ja poświęciłem na to wczorajszy dzień. Wysłałem zapytania do pięciu obiektów. Odpowiedź przyszła z dwóch, z tym że w jednym terminy jesienne są już zabukowane i nie ma w całym hotelu ani pół pokoju, ale salę mogą nam wynająć. W drugim dostałem dobrą ofertę i termin, który mnie zadowalał. No, ale nie zrobiłem rezerwacji i nie wpłaciłem zadatku w bardzo niskiej i sensownej kwocie 5 tysięcy złotych (termin październikowy), bo czekałem na odpowiedzi z pozostałych miejsc. Jedna przyszła wieczorem. Lunch i kawę trzeba umawiać osobno z ajentem restauracji. Terminy sensowne są niestety zajęte. Aha, w tym poprzednim obiekcie próbowałem zarezerwować termin wiosenny. Nie da rady, bo na wiosnę zmieniają się ceny, nie można więc dokonywać rezerwacji teraz. Na jesień nie da rady, bo nie ma już miejsc, a na wiosnę nie można, bo zmienią się ceny. Na razie czekamy. Dodam tylko, że zwykle rezerwacja obiektu wiążę się z zapłaceniem połowy kwoty za całą imprezę. To jest zwykle grubo ponad 5 tysięcy. Takie jest moje ryzyko, bo przecież na decyzję uczestników i ich wpłaty będę czekał do ostatnich dni przed imprezą. Stąd też moja propozycja, by spotkać się w mniej angażujących mnie okolicznościach, na wieczorkach katakumbowych. Najbliższy zaplanowałem w Kielcach, 28 czerwca, o godzinie 18. Czy się odbędzie zależy od ilości zapisanych osób. Można się zapisywać wysyłając zgłoszenia na adres coryllusavellana@wp.pl . Konferencje i tak będę organizował, ale – tak jak powiedziałem – angażują one moje pieniądze, czas i nerwy. Poza tym mamy jeszcze targi. W tym roku Targi Książki i Sztuki odbędą się w pałacu w Ojrzanowie, w dniach 6-7 lipca. Można przyjechać i spędzić dwa dni w towarzystwie osób, dla których  delikatność relacji jest sprawą kluczową dla życia. Okoliczności są o wiele bardziej sprzyjające i skłaniające do refleksji rozmaitego rodzaju niż w grodziskiej Mediatece. W tym roku, tak jak poprzednio na targach będą Hubert z Agnieszką, Tomek Bereźnicki, Michał ze swoją ofertą z rynku, a także Beata, która nie wiem jeszcze co wystawi. Będzie nasza koleżanka Magda, z Grodziska, która robi biżuterię. Kiedyś sprzedawałem jej różańce. Będzie wydawnictwo Rewasz i może ktoś jeszcze. Zobaczymy.

Zapraszam. Przypominam jednocześnie, że impreza odbywa się na terenie prywatnym.

Jak wszyscy zauważyli, zacząłem otwierać stare pudełka ze zwrotami sprzed lat, które zalegały wynajętą przeze mnie ślusarnię. No i zacząłem zamawiać książki z rynku. Będzie ich coraz więcej, a wśród nich sporo niespodzianek.

Na razie skupiam się na promocji naszego najnowszego tytułu

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/pamietniki-czasow-moich-julian-ursyn-niemcewicz/

  16 komentarzy do “Publicystyka i polityka w służbie rozrywki oraz istota handlu detalicznego”

  1. Trzeba „Mieć kogoś, kto by mnie rozumiał – oto moja jedyna potrzeba życiowa.”
    To z książki Elig – książkę odkryłem na jej wspólnej fotografii z @Coryllusem 😉

  2. Nie pamiętałem, że ona napisała książkę

  3. Ja jestem pełen podziwu ,dla pańskiego intelektualnego wigoru i nadludzkiej wprost pracowitości.  Tutaj rzadko się zdarza, żeby ktoś próbował karmić mnie nędzą.

  4. Przechodzimy teraz do istoty handlu detalicznego. Jest nią delikatność relacji. Dlatego właśnie handel ten nazywa się „detaliczny”, bo ważne w nim są detale. Tych zaś, podobnie jak relacji, jest wiele. Mamy przede wszystkim relację pomiędzy sprzedawcą, a towarem, która jest szczególna

    Wzorem sprzedawcy detalicznego jest Michasia czyli Pani Danielowa Ostrzeńska z „Nocy i Dni”. Zna swoich klientów, ich gusta i potrzeby. Trzyma w ryzach dom i interes. Wulkan energii, nie to co jej bojący się życia mąż.

  5. Dzień dobry. Moje życie zmieniło się odkąd czytam Pańskie książki o tyle, że przestałem sobie zadawać pewne pytania. W rodzaju tego, znanego od czasów późnego Gierka; „dlaczego tak jest, towarzyszu?” Wiadomo dlaczego. Wystarczy przeczytać kanon – od Baśni zaczynając. I wszystko jasne. Co do tej dbałości o wygląd zewnętrzny – którego Broń Boże nie chcę deprecjonować, to uważam, że jeśli ktoś robi to przesadnie, to znaczy, że w zasadzie nie ma nic innego do roboty, poza wystawianiem się na widok publiczny. Taka praca. Możnaby jeszcze dorzucić argument o złym guście, ale nie zrobię tego, bo dziś już mało kto to rozumie, a może wręcz nie ma już czegoś takiego. Odnośnie sprzedaży zaś, uważam, że nie ma uniwersalnej metody dobrej na każdy towar. Oczywiście, są pewne dość powszechnie stosowane techniki czy narzędzia, ale to towar decyduje o sposobie sprzedawania. Handel hurtowy został wynaleziony dawno temu po to, by żyć w symbiozie z handlem detalicznym, stanowiąc pomost pomiędzy producentem – jednym, a odbiorcami końcowymi – licznymi. Odbiorca końcowy przywiązuje się do sprzedawcy detalicznego, bowiem „kupujemy od tych, których lubimy”. Hurtownik ma magazyny, ciężarówki, statki, goryli, a nade wszystko pieniądze, żeby zapłacić producentowi – od razu, nie za wiele i odbić to sobie sprzedając drożej sprzedawcom detalicznym, na takich warunkach, jakie potrzebne im są, by wyżyć. Marża ma pokryć koszta logistyki i finansowania. Do uzgodnienia pozostaje kto robi marketing produktu. Czasem rola ta spada na hurtownika-dystrybutora, bo producent i detalista-dealer mają zwykle za małe zasoby. Przy specyficznych produktach, jak książka, bywa to trudne i marketing zostaje u producenta-wydawcy. Znaczy tak to działa tam, gdzie rzeczy stoją raczej na nogach niż na głowie. U nas niestety nic nie działa tak jak powinno, to jest fundament systemu, nie widzę więc powodów dlaczego handel książkami miałby działać.

  6. „Warto w tym miejscu przypomnieć, że zachowanie osób opisanych na początku tekstu wywoływało często bardzo niekorzystną reakcję – grupa się rozpadała, albo odchodzili z niej ci, którzy nie odczuwali żadnego parcia na autoprezentacje, a chcieli się po prostu dobrze bawić.”

     

    „I teraz zadajcie sobie pytanie – czy i jak zmieniło się wasze życie, kiedy zaczęliście przychodzić na ten blog i czytać zamieszczane tu teksty? Nie chodzi tylko o moje teksty, ale także o teksty kolegów. Jak zmieniło się wasze życie od kiedy zaczęliście kolekcjonować nasze wydawnictwa? Jeśli zauważyliście jakieś zmiany wpiszcie krótki komentarz. Możecie pisać też o swoich rozczarowaniach, bo przecież świadom jestem, że takowe były. ”

     

    Napiszę jak niżej i sądzę, że jest to jakiś sposób odniesienia się do Pańskiego tekstu:

     

    Dzieci – dziecko powinno kiedyś dorosnąć. Obserwujemy jednak nasilający się – tak to widzę – trend infantylizacji promowanej.

     

    Wielu to odpowiada – obserwujemy coś, co nazywam „infantylnością przetrwałą”  (w słownictwie medycznym funkcjonuje określenie – persistens).

     

    Tak, jak stan bycia dzieckiem  jest naturalny i – jako taki – budzi pozytywne odczucia, tak „infantylność przetrwała” jest stanem wybitnie szkodliwym – cechy, które wiążemy z okresem dzieciństwa –  niestabilność emocjonalna, brak odpowiedzialności, brak dystansu do rzeczywistości i podobne zamieniają się w roszczeniowość, agresję, złośliwość, albo wesołkowatość.

    (Ta ostatnia np., bywa również kojarzona  ze schizofrenią).

     

    Ze strony lekarza jest czasami  tak, że porażka terapeutyczna wynika nie z czego innego, jak tylko z tego, że pacjent nie przyjmuje do wiadomości, że może być zdrowy. Nie chce być zdrowy.

     

    Pan, tak sądzę,  – na swoim blogu i w swoich publikacjach – pełni również rolę terapeuty.

    Trudno się dziwić, że muszą wystąpić sytuacje, w których komentator mógł czuć się niespełniony w swoich oczekiwaniach np. tego typu, że potwierdzi Pan jego odczucia.

    Jak mniemam nastąpił naturalny odsiew – ludzie potrzebujący deficytów, którzy polubili swoje deficyty siłą rzeczy nie znajdą tutaj swojego ulubionego habitatu.

    Stworzył Pan blog dla ludzi dorosłych ze szystkimi tego konsekwencjami.

  7. Tak, gust już dawno został pogrzebany. Zrozumiałem to widząc Jastrzębowskiego u Jaworowicz i Brauna u Jaruzelskiej

  8. Dziękuję. Z tą wesołkowatością to mi Pan ćwieka zabił…od razu zacząłem sobie przypominać wszystkich wesołkowatych znajomych

  9. Podobno wyborcy wyciągnęli pomocną dłoń do Prezesa i odmłodzili jego kadrę wycinając 2/3 kandydatów ustawionych przez Prezesa na jedynkach. CPK to platforma, która gromadzi od lewicy do prawicy cały przekrój społecznego poparcia. Pisaliśmy już o tym na tym blogu na jesieni, tuż po wyborach. Pisaliśmy także o kandydacie na prezydenta obawiając się wystawienia kandydatury premiera Mateusza ale dzisiaj po ostatnich sprayowych ekscesach Prezesa połączonych z real-freak-politik obstawiam, że jedynym kandydatem dającym Prezesowi pewność wygranej będzie… Marianna Schreiber 🙂

  10. Zmienił Pan przez te kilka lat moje patrzenie i za to dziękuję. Uważam, że wokół tego bloga skupią się polska.elita intelektualna, innej nie ma. Serio, gadam z różnymi gamoniami mimo przedrostków i tytułów, nikt nie łączy tak kropek jak Pan. Dużo siły, zdrowia i dobrej sprzedaży treści wszelakich. Obyśmy wszyscy mieli co czytać i jak myśleć, a będziemy jako tako działać.

  11. Szanowny Panie Gabrielu, rzadko komentuję i teraz ograniczę się do krótkiego i szczerego Dziękuję

    Pozdrawiam

  12. Ja również dziękuję za codzienną porcję rozkminy. Inspirujące, odkrywcze i pouczające. Zarówno blog (czytam codziennie, choć przyznam, że nie zawsze wyłapuję sens), jak i wydawnictwo. Kredyt i wojna oraz Jak nakręcić bombę w moim rankingu na topie. Pająki super. Ostatnia książka „I co kiedyś było fajniej?” bardzo podobała się żonie. Trafiłem tu z 10 lat temu przez Tygrysa. Dlaczego tak mało jest Pan popularny na tle tej całej reszty flaków z olejem? Pozdrawiam

  13. Jestem tu od 2011, kupuję książki  i czytam każdy post. Czy coś zmieniło to w moim życiu? Wszystko, jeśli chodzi o światopogląd. Czego żałuję? Tego, że nie mogę teraz kupić wszystkich pozycji Kliniki Języka, co na pewno zrobię, kiedy będzie mnie na to stać. Dziękuję Panie Gabrielu. Pozdrawiam

  14. Braci Kaczyńskich niania odbierała ze szkoły i przeprowadzała do domu, kontakt z podwórkiem był mocno ograniczony.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.