październik 262010
 

Na poboczu, tuż przy dawno nie używanych torach kolejowych prowadzących z niemieckiego miasta Forst do starego kompleksu fabryk będących niegdyś własnością koncernu IG Farben stały dwa osobowe samochody. Obok nich maskując malujące się na twarzach zmęczenie i każdym krokiem zdradzając zdenerwowanie kręciło się kilku ludzi. Byli to mężczyźni, w jednakowych prawie skórzanych kurtkach i koszulach kupowanych prawdopodobnie w tym samym sklepie. Ich zachowanie od razu zdradzało, że nie są to zwykli podróżni, którzy zatrzymali się w strefie przygranicznej na odpoczynek przed dalszą drogą w głąb Europy, było w nich coś szczególnego i pospolitego zarazem, co kazało przypuszczać, że choć są miejscowi ponieważ ubierają się tak, jak młodzi mieszkańcy okolicznych miast to jednak nie należą do lokalnej społeczności, a już na pewno nie należą do niej na tych samych prawach i zasadach, jak inni. Wyróżniają się.

Tylko jeden spośród nich, nieduży przysadzisty trzydziestolatek z dużą głową stał na szeroko rozstawionych nogach i patrzył uważnie wprost na znany mu od dzieciństwa kształt wierzy ciśnień w mieście Forst, tuż za granicą, który wycinał w błękicie nieba misterną dziurę. Choć wieża stała w środku miasta, a przejście graniczne było dużo dalej, poza rogatkami, patrzącemu mężczyźnie wydawało się, że niemieccy policjanci i celnicy, którzy stoją na umówionych pozycjach po drugiej stronie Nysy muszą spacerować wokół tej wysokiej budowli. Mężczyzna widział ich drobne postaci w zielonych mundurach i czekał, aż jedna z nich przekaże mu umówiony znak. Był to sygnał z telefonu komórkowego.

Mężczyzna prócz oczekiwania na sygnał z tamtej strony Nysy wypatrywał także czegoś innego, łudził się, że wcześniej niż Niemcy dostrzeże samochód, który on i jego koledzy mieli przejąć po tej stronie granicy. Nie wiedział jaki to będzie samochód, ilu pasażerów będzie w nim siedzieć, ani kiedy pojawi się w punkcie granicznym. Wiedział jedynie, że za kierownicą tego samochodu musi siedzieć człowiek na którego on czeka właśnie tutaj, na poboczu drogi przy nieużywanych od wojny torach kolejowych prowadzących w głąb starego kompleksu fabryk w Zasiekach.

Mężczyzna spodziewał się, że kierowca tego nieznanego jeszcze samochodu może sprawić im niespodziankę i nie przekroczyć granicy, że może zawrócić w z powrotem do Niemiec. To jednak nie był powód do niepokoju. Obława była przygotowana starannie i niemieccy policjanci na pewno zatrzymają go jak tylko zechce cofnąć się z punktu granicznego. Mężczyzna spodziewał się także, że człowiek, na którego wszyscy czekali przekroczy granicę i wciskając gaz do deski ruszy wprost ku trasie szybkiego ruchu Słubice-Poznań po to, by za Świebodzinem skręcić gdzieś w las lub wjechać na autostradę i po kilkunastu kilometrach zjechać z niej w nieznanym kierunku. Taka opcja była jednak brana pod uwagę i wszystkie powiatowe komendy od samych Zasiek aż po Świebodzin powiadomione były o możliwości ucieczki tego niebezpiecznego człowieka.

Obława była więc szczelna i nic nie mogło przeszkodzić w zatrzymaniu wracającego z Niemiec mężczyzny. Niepokojący był jednak ten nerwowy nastrój towarzyszący stojącym na poboczu ludziom. Jak na zawodowców, którzy schwytali już niejednego groźnego przestępcę zachowywali się oni zaskakująco nieprofesjonalnie.

– Przestaniecie w końcu tak łazić bez celu? – rzucił przez ramię mężczyzna obserwujący niemiecki posterunek

Jego podwładni zatrzymali się jakby ktoś dotknął ich czarodziejską różdżką i nie odezwali się słowem. Stali tak i patrzyli. Mężczyzna westchnął ciężko. – To już lepiej chodźcie jak macie tak stać – dodał po chwili.

– To co mamy w końcu robić panie podkomisarzu – rzekł chudy i wysoki facet wyglądający raczej na egzekutora długów z prywatnej firmy niż na policjanta z komendy wojewódzkiej.

– Bądźcie gotowi, nic więcej nie musicie – powiedział podkomisarz Śpiewak, który nie przerwał ani na moment obserwacji drugiego brzegu Nysy. Kiedy już wydawało się, że kolejny dzień należy zaliczyć do nieudanych, pod niemiecki punkt graniczny podjechał czarny, sportowy samochód, którego marki nie można było rozpoznać z tej odległości. Podkomisarz nie dał jednak za wygraną, miał jakieś przeczucie i uważniej spoglądał w tamtą stronę.

– Jacek co to za auto – rzucił w stronę najmłodszego z oczekujących w zasadzce policjantów

Chłopak zbliżył się do podkomisarza, zmrużył oczy i powiedział – Porsche Cayenne – chyba.

Chwilę po tych słowach w kieszeni podkomisarza zadzwonił telefon, trwało to ledwo ułamek sekundy i dźwięk urwał się równie nagle jak dał się usłyszeć.

– To on – rzucił podkomisarz do swoich ludzi, a ci nie pytając już o nic zajęli miejsca w samochodach. Podkomisarz jednak patrzył ciągle w stronę punktu granicznego. Choć odległość była duża widział, jak niemiecki pogranicznik podał paszport kierowcy czarnego porsche i ruszył w kierunku stojącego dalej innego auta. Porsche tymczasem przetoczyło się wolno przez granicę państwa, która już niebawem miała być zlikwidowana. I w tym momencie stało się coś dziwnego. Miast wykręcić i zjechać na trasę, a potem do ronda i ruszyć w kierunku miasteczka Brody, auto zatrzymało się na dłuższą chwilę, a potem skręciło w stronę starego nieużywanego, kolejowego mostu na Nysie Łużyckiej.

Widząc to niemieccy pogranicznicy podnieśli głowy i patrzyli uważnie na to co zamierza zrobić kierowca czarnego porsche. Ten zaś jadąc bardzo powoli dotoczył się do kolejowego mostu i jakby nie siedział za kierownicą osobowego i piekielnie drogiego auta tylko wrzucał węgiel do kotła parowej lokomotywy, ruszył powoli po podkładach kolejowych mając jedną szynę pomiędzy kołami. W dole pod nim przepływała brudnoszara Nysa, która nie jest w tym miejscu może zbyt szeroka, ale zachowuje wszystkie cechy rzeki, która niedawno jeszcze wytoczyła się wprost z gór. Prąd jest bystry i niełatwo byłoby człowiekowi chcącemu uniknąć spotkania z policją wskoczyć w jej nurt i dopłynąć do miejsca, gdzie mógłby się czuć bezpiecznie. Kierowca jechał wolno, ale w miarę jak oddalał się od niemieckich słupów granicznych wrzucał coraz wyższe biegi i nie zwracając uwagi na gwałtowne wstrząsy zwiększał prędkość.

Widząc co się dzieje podkomisarz Śpiewak oczekujący na ten samochód i tego dziwnego kierowcę na poboczu po polskiej stronie rzeki, zaklął brzydko i kazał swoim ludziom wysiadać z wozów. Wszyscy rzucili się w kierunku nadjeżdżającego torowiskiem samochodu. Mieli nadzieję zatrzymać auto tuż przed zbudowany z klinkierowej cegły tunelem, za którym rozciągał się tajemniczy i ciągle jeszcze, mimo upływu wielu lat, niezbadany kompleks zrujnowanych fabryk amunicji i materiałów wybuchowych należących w czasie wojny do IG Farben, a przez miejscowych określany po prostu jako Zasieki.

Był to gigantyczny obszar porośnięty rzadkim lasem, w którym stały zrujnowane budynki dworcowe przy nieistniejących już torowiskach. W ziemi przed nieuważnym wędrowcem otworzyć się mogła nagle wycembrowana cegłą, głęboka na kilkadziesiąt metrów studnia, prowadząca wprost do położonych pod ziemią korytarzy i pomieszczeń nieznanego przeznaczenia i wielkości. Korytarze te i pomieszczenia mogłyby być wypełnione substancjami łatwopalnymi i wybuchowymi, których zostało tu ciągle bardzo wiele, o czym policji meldowali co jakiś czas leśnicy prowadzący gospodarkę na tym terenie.

Na obszarze fabryk chemicznych w Zasiekach mnóstwo było urządzeń i budynków robiących wrażenie dopiero co opuszczonych. Były to w rzeczywistości porzucone w 1945 roku i splądrowane kilka lat później magazyny, budynki koszarowe, hale produkcyjne i maszynownie, których nikt nie używał od pół wieku. Wrażenie niesamowitości panujące na tym dziwnym obszarze potęgowane było przez regularny układ dróg wyłożonych betonowymi płytami, które krzyżowały się pod kątem prostym i myliły nawet wytrawnych znawców tych terenów. Człowiek, który wjeżdżał tam po raz pierwszy mógł mieć pewność, że nie wydostanie się z Zasiek bez pomocy mieszkających w okolicy ludzi lub telefonu do kogoś kto wyprowadzi go z labiryntu betonowych ulic i ziejących martwymi oknami budynków. O Zasiekach krążyły makabryczne legendy, mówiono, że w latach dziewięćdziesiątych mafia załatwiała tu swoje porachunki z opieszałymi dłużnikami. Co jakiś czas lokalne gazety pisały o wielkiej eksplozji, która wstrząsnęła ziemią w całej okolicy, a dokonała się prawdopodobnie za sprawą nieświadomych niczego dzików lub saren, które nadepnęły na coś pozostawionego po wojnie, a mającego właściwości podobne do nitrogliceryny lub dynamitu. Mówiono także o poszukiwaczach skarbów, którzy zapuściwszy się w mroczne ceglane, studnie znikali z oczu swoim najbliższym na zawsze. Zasieki były więc miejscem groźnym i budzącym emocje. By tam wejść trzeba było mieć dowagę lub doskonale znać topografię i plany istniejących tu niegdyś fabryk. O takich jednak, którzy je znali także krążyły po okolicy legendy, ale ich nazwisk nikt nigdy głośno nie wymieniał. Nie tylko dlatego, że mało kto je znał, także dlatego, że były to nazwiska znane w światku przestępczym i opowiadanie niestworzonych historii o noszących je ludziach mogło być źle zrozumiane przez przyjaciół lub choćby tylko znajomych tych ludzi.

Do tego właśnie niesamowitego miejsca zbliżał się z coraz większą prędkością, podskakując na kolejowych podkładach czarny samochód marki porsche Cayenne. Policjanci dowodzeni przez podkomisarza Śpiewaka mieli nadzieję, że auto zatrzyma się samo na widok odbezpieczonych pistoletów i nie wjedzie w mroczny otwór tunelu za którym rozciągał się kompleks opuszczonych budynków fabrycznych. Mylili się jednak. Kierowca porsche nie zareagował na okrzyki ostrzegające go przed użyciem broni, nie zareagował także na strzały w powietrze. Kiedy był już bardzo blisko zaskoczonych obrotem spraw policjantów przycisnął gaz do dechy i nie przejmując się tym co jazda po kolejowych podkładach może zrobić z podwozia jego samochodu mknął wprost ku czeluści tunelu. Strzały padały jedne po drugich, były chaotyczne i niecelne, na oczach zdumionych policjantów porsche zniknęło w ciemnym otworze tunelu.

-Za nim – krzyknął podkomisarz – do samochodów! Dogonimy go z drugiej strony.

– Z drugiej strony – oznaczało w tym przypadku miejsce, gdzie tory kolejowe krzyżują się z normalną, nieczęsto co prawda używaną, ale dobrą i nadającą się do jazdy asfaltową drogą. Po wyjeździe z tunelu można było jedynie wjechać na tę drogę zjeżdżając z nasypu w miejscu gdzie złomiarze wycięli kawałek szyn lub skierować się wprost w las pomiędzy drzewa, stare budynki i otwierające się niczym paszcze nieznanych potworów wychodzących z ziemi, studzienki wentylacyjne podziemnych korytarzy. Wjechanie tam oznaczało niechybną kraksę i poważne uszkodzenia samochodu, a pewnie także ciała kierowcy. Podkomisarz nie miał więc wątpliwości, że ścigany mężczyzna będzie musiał wjechać na asfaltową drogę.

Kiedy wszyscy byli już w samochodach, okazało się że jedno z aut nie może ruszyć z miejsca. Na asfaltową szosę za tunelem wyrwało się więc jedynie to, w którym za kierownicą siedział podkomisarz Śpiewak. Kiedy wydawało im się, że powinni czekać aż czarne porsche wyjedzie z tunelu spostrzegli nagle, że auto które spodziewali się zatrzymać jest po drugiej stronie torów , porusza się po dziwnej krzywej, tak jakby do jazdy kierowca używał jedynie kół z lewej strony i jedzie pomiędzy drzewami, omijając budynki i czeluście studzienek na terenie zakładów chemicznych IG Farben zwanych dziś Zasiekami. Komisarz nie konsultując tego z nikim i wywołując niekontrolowaną i nieregulaminową zupełnie reakcję swoich podwładnych ruszył wprost pomiędzy drzewa.

– Zabijemy się, jak nic się zabijemy – usłyszał tylko szept za swoimi plecami.

W szkole policyjnej nikt nie szkolił młodych oficerów w zakresie jazdy samochodem osobowym po terenie pełnym głębokich ocembrowanych dziur, na którym w dodatku rosną drzewa. Samochód prowadzony przez podkomisarza Śpiewaka zawiesił się więc na pierwszym napotkanym rowie, który okazał się być betonową rynną nieznanego przeznaczenia z wierzchu jedynie przykrytą igliwiem. Policjanci wyskoczyli z auta i nie spoglądając nawet na przednie koła obracające się coraz wolniej nad tym dziwnym wybetonowanym zagłębieniem ruszyli biegiem w las. Prowadziły ich wyryte w ściółce ślady, które pozostawiło za sobą uciekające porsche. Biegli bardzo długo, dysząc ciężko i przeskakując wyrastające na ich drodze przeszkody z betonu, żelaza i grubej klinkierowej cegły. Nieregularne, wyryte w igliwiu ślady opon były ciągle widoczne, można było jedynie podziwiać sprawność z jaką kierowca porsche mijał wszystkie przeszkody, tak jakby znał drogę przez ten niebezpieczny teren i dobrze wiedział dokąd prowadzi swoje auto.

W pewnej chwili ślady opon przestały być widoczne, zalegająca wszędzie warstwa igliwia zamieniła się najpierw w żwirową posypkę grubości kilku sentymentów na której widać było pozostawione przez auto ślady hamowania, a potem w betonowe płyty, którymi wyłożony był podjazd do dużej, wysklepionej hali. Policjanci zatrzymali się i długo łapali oddech. W końcu ruszyli w stronę budynku. Składał się on jedynie z dachu i ścian bocznych, tylna ściana była wyburzona, przód stanowiła kiedyś chyba wielka stalowa brama, po której zostały sterczące ze ścian bocznych, grube sworznie. Podłoga, tak samo jak podjazd wyłożona była betonowymi płytami. Tutaj ślad się urywał. Podkomisarz Śpiewak ruszył wprost ku wylotowi hali licząc, że znajdzie tam ślady porsche, bo przecież skoro samochód wjechał tutaj to musiał także wyjechać i ślad tego powinien pozostać w igliwiu po drugiej stronie budowli. Nic takiego jednak tam nie znalazł. Z drugiej strony hali betonowe płyty na ziemi były popękane, spomiędzy nich wyrastały wysokie na półtora metra łodygi dziewanny i kępy traw. Po rzadkim igliwiu wędrował granatowy żuk, który nie przypuszczał nawet, że obserwuje to w tej chwili jeden z najzdolniejszych śledczych w całym województwie.

– Zniknął – powiedział podkomisarz do swoich ludzi, którzy stali z niewyraźnymi minami pod wysokim wysklepionym dachem. Zniknął – dodał – jakby nie wierzył, że to może być prawda – wjechał tu gdzie teraz stoimy i nie wyjechał stąd. Jak to możliwe – ostatnie słowa wypowiedział głosem poirytowanym i podniesionym. – Jak to możliwe – odpowiedziało mu echo odbite od betonowego stropu starej fabrycznej hali. – Jak to możliwe – dodał już ciszej. Potem zaś nie patrząc na swoich podwładnych rzucił w ich kierunku rozkaz – wracamy.

  4 komentarze do “Tajemnica srebrnego gryfa (2)”

  1. Na pewno go znajdą. Tylko niech nie oszczędzają na jasnowidzach, :-)))

  2. To nie takie proste

  3. Czarne porsche..! Zasieki..!

    Thanks, man.

  4. Nie znajdą go!

    Świetnie się czyta, Coryllusie, czekam pilnie, co będzie dalej!

    Ania

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.