Sie 062019
 

Tytuł książki Stefana Bratkowskiego „Trochę inna historia cywilizacji” inspiruje mnie nieustająco. Pisałem już o tym, ale jeszcze powtórzę – pan Stefan napisał taką przystępną historię ekonomii, bardzo zgrabnie „się czytającą” i dał temu dziełu tytuł taki jak wyżej. Nie zrobił tego z głupoty, bo o głupotę Stefana Bratkowskiego nie podejrzewamy, ale z przekonania. On jest mianowicie przekonany, że można w ogóle mówić o historii czegokolwiek bez omawiania wątków ekonomicznych. I to jest niezwykłe, bo demaskuje z miejsca cały szwindel nauk humanistycznych. Polega on na tym, że wyrywamy z kontekstów jakieś zjawiska i omawiamy je stosując metodę i zasady zaproponowane przez propagatorów owych zjawisk. I żadne inne, bo to byłoby złamanie świętych zasad badawczych. Krytyka zaś, bo ta być musi, dopuszczalna jest tylko jako wartościowanie – lepsze i gorsze rozwiązanie, lepszy i gorszy przedmiot – oceniany według kryteriów zaproponowanych przez ludzi, który rozwiązania i przedmioty promowali na chama w czasach dawnych, które dziś są historią czegoś tam – ekonomii, sztuki what ever, nieważne. Ich decyzje i ich opinie są święte w takim sensie, że nikt nie dopuszcza myśli o tym, że mogły być wygłaszane interesownie, z intencją inną niż ta, jaka akademików bawi i interesuje dzisiaj. Ta konkluzja prowadzi nas wprost do wniosku, że nic już nie pozostaje Stefanowi Bratkowskiemu, a także ludziom myślącym i działającym w zakresach doń zbliżonych, jak obrona tego oszustwa, w dodatku za darmo. No, może za jakieś nędzne grosze, płacone na posadach uczelnianych. To jest moim zdaniem korzystne, albowiem cały obszar publicystyki, na który akademia nie wejdzie, bo zaprzeczy swojemu istnieniu, jest do dyspozycji. I my możemy, korzystając z tego, że dostęp do informacji jest łatwy i bardzo trudno jest ukryć cokolwiek, co nie ma klauzuli tajności, na tym obszarze trochę pohasać, a może też coś na tym hasaniu zarobić. To się okaże później. Informacja ma pewną szczególną i niezwykłą cechę. Jest plastyczna, a przy tym bywa niewidoczna. To znaczy można położyć coś człowiekowi przed oczami i on tego nie będzie widział, jeśli obok stać będzie zręczny interpretator informacji, który odwróci jego uwagę. I tak znów doszliśmy do nieśmiertelnego porównania z grą w trzy karty, bo do tego w końcu sprowadza się cała humanistyczna nauka – do odwracania uwagi od spraw istotnych, albo czynienia tych spraw drugorzędnymi.

Każdy kto interesował się jakoś tam malarstwem, chciał nie chciał, natknąć się musiał na książki autorstwa Henri Perruchot. Mnie te książki bardzo zainspirowały już, jako dorosłego człowieka. One są uważane powszechnie za sentymentalne smęty, ale to nie jest dobra opinia. To są książki demaskatorskie, ale pan Perruchot wysłany na odcinek propagandy kulturalnej dostał zadanie, by o XIX wiecznych malarzach opowiedzieć ze wzruszeniem. I z tego zadania wywiązał się znakomicie, nie znaczy to jednak, że my – nieustępliwi wrogowie rzewnych narracji – nie powinniśmy tego czytać. Niektóre z nich są tak napisane, że nie sposób przez nie przebrnąć, choć koniecznie trzeba by było to zrobić. I tak jest z biografią Gauguine’na. Całkiem inaczej jest z biografią Maneta, która parę lat temu zainspirowała mnie bardzo kiedy dowiedziałem się, że pan Manet pojechał do Boulogne, po, by namalować tam stojący w porcie amerykański okręt „Kearsearge”. Potem zaś namalował jeszcze okręt konfederacji „CSS” Alabama. Zrobił to wszystko rzecz oczywista po to, by zdobyć nowe malarskie doświadczenia, które pomogły mu potem w konkurowaniu z innymi malarzami. Można opowiadać o tych sprawach w ten sposób, albo modyfikować ów sposób w nieskończoność, aż dojdziemy do jednego lub kilku metajęzyków, które staną się kanonem pisania i mówienia o sztuce. Można, ale przymusu nie ma. I my się do tego nie zniżymy. Okręty „Kearsreage” i „Alabama” to jednostki wojenne, amerykańskie, służące we wrogich prowadzących walki państwach, a Francja miała w Ameryce liczne interesy. Wojna zaś secesyjna otwierała przed owymi interesami perspektywy wręcz nieziemskie. Jeśli przypomnimy sobie, że Eduard Manet namalował kilka wersji rozstrzelania cesarza Maksymiliana, to potwierdzi ów fakt różne nasze, czarne przypuszczenia.

Ja może teraz uczynię pewną dygresję. Na korzyść polskich historyków sztuki świadczy to, że oni się sprawami XIX malarstwa francuskiego zajmują dość powierzchownie. Myślę, że doskonale wszystko rozumieją, ale co mają robić? Przecież nie powiedzą głośno tego co i tak widać. Byłoby to wbrew popularyzacyjnym trendom, które utrzymują przy życiu wielkie domy wydawnicze i politykę kulturalną państw i organizacji ponadpaństwowych.

Niby wszyscy wiedzą, że ojciec Eduarda Maneta był – podaję za wiki – szefem gabinetu w ministerstwie sprawiedliwości. Matka zaś była spokrewniona z rodziną Bernadotte, czyli z królewską rodziną Szwecji. Karol XIII był jej ojcem chrzestnym. Pan Perruchot, a od jego czasów ton popularyzatorskich prac dotyczących malarzy XIX wieku nie zmienił się wiele, dodano do nich tylko agresywne wątki seksualne, ze szczególnym wskazaniem na kazirodztwo, sprawy te omawia w znanym nam sposób. Pisze, że był konflikt pomiędzy ojcem a synem o przyszłą karierę syna. To jest jawny absurd, bo jakiż ojciec, ba, jakiż urzędnik chciałby dla syna kariery oficera marynarki, kiedy można się wygodnie urządzić, malując obrazy, które są stałym elementem rynku we Francji i które pełnią rozmaite, często dziś niezrozumiałe funkcje w życiu elit. Bo co do tego, że Manet należał do elit nikt wątpliwości nigdy nie miał. To jest bardzo ważna kwestia – malarstwo akademickie, romantyczne czy jakiekolwiek jest lokatą. Już o tym kiedyś pisałem, ale nieodmiennie muszę sam sobie to przypominać. Prowincjonalni hreczkosieje zjeżdżali do stolicy i kupowali obrazy jako zabezpieczenie przyszłości swoich, idących za mąż, córek. To niezwykłe, prawda? Jeśli teraz przypomnimy sobie aferę panamską i tych wszystkich oszukanych, drobnych akcjonariuszy, to coś nam zacznie świtać pod kopułą. Nie można bowiem zlekceważyć faktu następującego – II cesarstwo upada, ale nie upada idea monarchii. Republikanie związani z wielką, także żydowską, ale głównie londyńską burżuazją, chcą władzy absolutnej i nie może być to władza królewska, musi być to władza konwentu. Potrzebne są im do uzyskania tej władzy pieniądze, ale także propaganda, a to się wiąże ze stworzeniem całego, nowego obszaru komunikacji pomiędzy wszystkimi warstwami społeczeństwa. Malarstwo i dyskusja wokół niego nadaje się do tego jak mało co. Jeśli jeszcze wziąć pod uwagę, że promowane jest ono nachalnie w republikańskich gazetach, przez republikańskich dziennikarzy, to moment, w którym stanie się przedmiotem gwałtownych spekulacji finansowych nadejdzie szybciej niż się zdaje. I taki moment nadchodzi. Nie wiem ile było wielkich prywatnych kolekcji malarstwa we Francji i ile płacono za pojedyncze obrazy. Przyjmijmy takie założenie – od momentu kiedy na rynku pojawił się Eduard Manet asekurowany przez przyszłego ministra kultury Antonina Prousta, człowieka, który był w samym centrum afery panamskiej, cena ich stale rośnie. Tak naprawdę jednak grube przekręty zaczynają się w roku 1889, kiedy upada miedziowe imperium Eugene’a Secretana, tego, który sprzedał miedź na Statuę Wolności. Jego kolekcja idzie na licytację, a obraz Milleta „Anioł Pański” osiąga na niej rekordową cenę 553 tysiące franków. Proponuje ją minister kultury Antonin Proust, aferzysta, który chce zakupić obraz dla Luwru. Okazuje się jednak, że Proust nie ma takiej sumy i obraz kupuje American Art Association. Jest rok 1889, ważny rok, rok wielkiej wystawy w Paryżu, rok w którym cały świat przybywa do Paryża, żeby podziwiać wieżę Eiffla, rok rzekomego samobójstwa arcyksięcia Rudolfa i rok, w którym kończy się afera panamska. Pan Secretan zaś, zostaje – poprzez sprzedaż swojej kolekcji uratowany od bankructwa. Może spłacić wierzycieli i dalej robić interesy na miedzi. Co to wszystko znaczy? Otóż tyle, że wrogość jaką do niedawna pałali do siebie politycy Francji i USA, prowadząc wojnę w Meksyku, zostaje unieważniona. Unieważnione zostają także kokieteryjne ruchy, jakie za pomocą Moritza Szepsa, dziennikarza rodem z Buska, na Podolu, mieszkającego na stałe w Wiedniu, wykonywał wokół Habsburgów Georges Clemenceau. O tym, że opcja porozumienia z Wiedniem nie będzie się liczyć było już wiadomo wcześniej, a więc następca tronu – jako filar tej opcji – przestał być potrzebny. Francuzi, dzięki genialnemu posunięciu Antonina Prousta – opiekuna „zbuntowanego” malarza Eduarda Maneta – wpuszczają na swój rynek Amerykanów, ci zaś widząc po ile kupuje się płótna i ile gotowe są płacić instytucje rządowe za jakiś nędzny obrazek, biorą wszystko jak leci. Powstaje gigantyczna koniunktura, która musi być utrzymywana przez dziennikarzy, a także przez dopływ na ten rynek coraz to młodszych i bardziej „oryginalnych” malarzy. Nie można tego tak po prostu zamknąć bo obszar spekulacji jest za duży i zbyt łatwy do eksploatacji. Trzeba jednak wykonać pewne ruchy – najpierw unieważnić akademię, a potem ją przejąć. Prasa jest już w zasadzie opanowana, a więc można o tych obrazach pisać co się chce. Warto wspomnieć kto pierwszy wskazał obraz Milleta, jako coś wyjątkowego. Był to premier Leon Gambetta, dobrze nam znany, żydowski sprzedawca pikli z Nicei. W sieci można znaleźć wiele artykułów o tym, że Gambetta był znawcą, ale bez przesady. Każdy Francuz był wtedy znawcą, albowiem inwestował pieniądze posagowe w sztukę i miał gwarancję, że to dobra inwestycja. Akademia dawała mu tę gwarancję. Od roku jednak 1889 akademia nie udziela już gwarancji. Nie udziela jej już nawet rząd, jak to było za czasów Gambetty, który zmarł w 1882 roku. Teraz nie ma już żadnych gwarancji, rynek jest otwarty, a to znaczy, że każdy może na nim spekulować w dowolny sposób. O ile ma pieniądze rzecz jasna. Jeśli przypomnimy sobie teksty, które tu publikowałem w związku z filmem „Vincent”, to okaże się, że dwa bracia, których podejrzewano o zamordowanie Van Gogha nosili nazwisko Secretan. Nie pamiętam jednak czy byli spokrewnieni z Eugene’m Secretanem. Będę się jednak upierał, że musieli mieć z nim coś wspólnego, bo obecność Van Gogha na rynku francuskim, Van Gogha, który miał za sobą praktykę w Londynie i którego brat był z domami aukcyjnymi Londynu związany, groziła krachem i zmianą trendów. Trzeba go było więc wykończyć, a jego obrazy przejąć i wtedy wpuścić na rynek. Ktoś powie – ale to jest zwykła bandydterka? No ta, a czego wyście się ludzie spodziewali?

Rząd III republiki i aferzyści z nim związani używają koniunktur na rynku sztuki do zasypywania dołów budżetowych jakie pozostawiają wielkie afery. Taka hipoteza. Używają tych spirali do ratowania własnego tyłka, a potem do nieprzytomnego bogacenia się. Okazuje się szybko, że można tymi obrazami nie tylko zasypać doły, ale także wypiętrzyć góry. Potrzebne są tylko inne niż finansowe i spekulacyjne uzasadnienia dla tych projektów. No i takie rzeczy się formułuje, nie tylko w prasie, ale przede wszystkim w akademii, która nie ma innego wyjścia, jak tylko wprząc się w ten rydwan obłąkania.

Powróćmy teraz do obrazu Milleta „Anioł pański”. On jest omawiany zawsze jako sztandarowe dzieło szkoły Barbizon. Nie widziałem go nigdy, ale nie ma to znaczenia. Przecież Gambetta mógł wskazać dowolny obraz i od czegoś innego rozpocząć całą tę karuzelę. Obraz ten jest demaskacją, albowiem po II wojnie światowej okazało się, że w miejscu stojącego pomiędzy kobietą a mężczyzną koszyka znajdowała się wcześniej trumienka. Wskazywał na to Salwador Dali, który miał, jak to on, dobre informacje, ale nie wiadomo skąd wzięte. Jeśli mamy scenę o świtaniu, na polu kartofli, a jej bohaterami jest para wieśniaków, stojących nad trumienką dziecka, to ja bardzo przepraszam, ale to jest chyba jakieś sentymentalne, pardon gówno, a nie wielkie dzieło? Czyż nie?

No chyba, że chodzi o to iż dziecko umarło nieochrzczone, a podły pleban nie chciał go pochować na cmentarzu i rodzice muszą zagrzebać je na polu. Ale wtedy to jeszcze pogarsza sytuację pana Milleta, bo stawia go w rzędzie pacykarzy bawiących się anegdotą.

Pan Millet namalował tę scenę, ale ktoś musiał go przywrócić do przytomności słowami – Jean, to nie jest dobry pomysł z tą trumną…to jest wręcz fatalne i zalatuje dewocją. Przemaluj to i daj coś innego. – Ale co? Nie wiem…może koszyk z ziemniakami? – Dobra zmienię to…

Któż to mógł być? Ja nie wiem. Może Gambetta, może Clemenceau, a może jeszcze ktoś inny…

Zapraszam do księgarni www.basnjakniedzwiedz.pl do sklepu FOTO MAG i do księgarni Przy Agorze.

Zapraszam także na stronę www.prawygornyrog.pl

  23 komentarze do “Trochę inna historia sztuki”

  1. Na CEP byla rozmowa Rafala Mossakowskiego z wybitnym polskim malarzem na temat, jak sie niszczy, a wlasciwie – jak sie kontroluje sztuke w Polsce. Rola Ministerstwa Kultury jest jednoznaczna. Oprocz MK jest kilka galerii (Zacheta i in.), ktore kupuja scisle okreslone dziela i wspiera sie stypendiami tylko scisle wybranych artystow, przy czym talent i autentyczna wartosc dziela nie maja tu zadnego znaczenia.
    Tylko prawda jest dobra (niekoniecznie ciekawa), a dobro jest piekne. Sa to filary naszej cywilizacji. Klamstwo nie jest dobre ani piekne. Piekno niesie w sobie niezwykle istotna informacje na temat relacji stworca – czlowiek oraz przeslanie, ze swiat jest dobrym dzielem (sztuki). Religie antychrzescijanskie staraja sie przedstawic swiat jako niedoskonaly, szpetny i okropny do tego stopnia, ze sugeruje sie nam, zebysmy spieprzali stad na Marsa albo na Ksiezyc.
    Zgadnijcie, jaka nacja kontroluje rynek sztuki w Polsce? W nagraniu pada miedzy innymi nazwisko pani Andy Rotenberg, ktora arbitralnie decyduje, ktore dzielo jest „dobre”, a ktore nigdy nie bedzie pokazywane.
    Celem tych dzialan jest calkowita kontrola nad sztuka i pieknem, aby mozna bylo ze zlosliwa satysfakcja powiedziec to, co mowil rabin z Wegier, ze gdyby nie zydzi, to z kultury wegierskiej zostalyby nalesniki, palinka i chlopskie gacie, ale oni chca to moc powiedziec o polskiej kulturze i sztuce, wiec warto sie obudzic.

  2. Na CEP byla rozmowa Rafala Mossakowskiego z wybitnym polskim malarzem na temat, jak sie niszczy, a wlasciwie – jak sie kontroluje sztuke w Polsce. Rola Ministerstwa Kultury jest jednoznaczna. Oprocz MK jest kilka galerii (Zacheta i in.), ktore kupuja scisle okreslone dziela i wspiera sie stypendiami tylko scisle wybranych artystow, przy czym talent i autentyczna wartosc dziela nie maja tu zadnego znaczenia.
    Tylko prawda jest dobra (niekoniecznie ciekawa), a dobro jest piekne. Sa to filary naszej cywilizacji. Klamstwo nie jest dobre ani piekne. Piekno niesie w sobie niezwykle istotna informacje na temat relacji stworca – czlowiek oraz przeslanie, ze swiat jest dobrym dzielem (sztuki). Religie antychrzescijanskie staraja sie przedstawic swiat jako niedoskonaly, szpetny i okropny do tego stopnia, ze sugeruje sie nam, zebysmy spieprzali stad na Marsa albo na Ksiezyc.
    Zgadnijcie, jaka nacja kontroluje rynek sztuki w Polsce? W nagraniu pada miedzy innymi nazwisko pani Andy Rotenberg, ktora arbitralnie decyduje, ktore dzielo jest „dobre”, a ktore nigdy nie bedzie pokazywane.
    Celem tych dzialan jest calkowita kontrola nad sztuka i pieknem, aby mozna bylo ze zlosliwa satysfakcja powiedziec to, co mowil rabin z Wegier, ze gdyby nie zydzi, to z kultury wegierskiej zostalyby nalesniki, palinka i chlopskie gacie, ale oni chca to moc powiedziec o polskiej kulturze i sztuce, wiec warto sie obudzic.

  3. Bratkowski ignoruje ekonomiczne tło bo tego tła nie było. Np. w książce „Pan Nowogród Wielki” jest opis znakomity zresztą szlaku handlowego  przez porohy na ukrainne południe, jest opis Nowogrodu ale nie ma nic o ekonomii o wynikach handlu nowogródzkiego  Szlak przez porohy arcy trudny, niebezpieczny pokonywany nieustannie, ale nic nie wiadomo jaki zysk z ponoszonego ryzyka.

  4. No właśnie a intencją tej książki „Pan Nowogród Wielki” miało być przedstawienie demokracji kupieckiej w Nowogrodzie, a te szlaki handlowe które były baza tego kupiectwa,  to tak niechcący przy okazji. Demokracja to jest to…

  5. Wlasciwie powinienem zapytac, o jaka sekte, ideologie chodzi, a nie o nacje.  Jestem purysta jezykowym i pojeciowym i z tego samego powodu uwazam, ze powinno sie mowic poprawnie o „nazistach”, a nie o Niemcach w kontekscie II WS. Abp Jedraszewski ostatnio jasno sie wyraza i ocenia ideologie, a nie ludzi, bo my Polacy wybaczylismy Niemcom, a nie nazistom.

  6. No proszę znowu ci naziści. W akacjach w okupowanej Polsce i w Wehrmachcie wiekszośc żołnierzy niemieckich nie była nazistami. Zresztą, co do puryzmu. termin nazim jest kaleki, bo nie zawiera elementu „sozialistisch”, jest tylko skrót od national.

  7. Impresjonisci zakpili z naszego mozgu i sposobu postrzegania rzeczywistosci. Ideologia impresjonizmu gloszaca, ze nic nie jest tym, czym sie wydaje oraz, ze obserwator tworzy obraz rzeczywistosci w swojej glowie jest oczywiscie bledna. Nie dostrzegamy najprostszych zwiazkow i zjawisk, bo w szkole nas tego nie uczono. Na przyklad bryla wegla kamiennego jest tylko zageszczonym powietrzem. Rosliny przy pomocy chlorofilu asymiluja pierwiastek wegiel z CO2 zawartego w powietrzu, ktory jest glownym skladnikiem drewna, a z niego na skutek dzialania czasu i cisnienia tworzy sie wegiel. Drewno powstaje z powietrza, dlatego ma porowata strukture jak styropian i posiada doskonale wlasciwosci izolacyjne. Czy ktos Panstwu w szkole zwrocil na to uwage? Nie, bo to z miejsca podwazyloby teorie efektu cieplarnianego. Dlatego o sztuce w szkole tez Was nie uczono.

  8. To jest obłęd z tą demokracją kupiecką

  9. Grydzewski mówił, że z gazów i potem z niego szydzili

  10. >Jeśli mamy scenę o świtaniu, na polu kartofli, a jej bohaterami jest para wieśniaków, stojących nad trumienką dziecka, to ja bardzo przepraszam, ale to jest chyba jakieś sentymentalne…

    Moim zdaniem Dali zakpił z krytyków, którzy nie rozpoznaliby sensu obrazu, gdyby nie tytuł. Angelus jest jednym z serii obrazów Milleta przedstawiających epicką pracę na roli, ale jedynym, gdzie pojawia się nuta sentymentalna. To był przebłysk geniuszu.

    Załączam pierwszy szkic Angelusa i gotowy obraz. W kompozycji obrazu po prostu nie ma miejsca na trumienkę.

    Sentymentalna nuta

  11. https://youtu.be/oF27ROpFcHI

    Tutaj autor dochodzi do ciekawej refleksji na temat czy mówić naziści czy niemcy.

  12. Niemcy jak przyszli do Polski w 39 to nie przedstawiali się jako „Nazisci” ale jako Niemcy. Warszawskie tramwaje miały wagony „Nur für Deutsche” a nie „Nur für Nazi”. Tak samo kolaboranci podpisywali Volkslistę w której deklarowali swoją narodowość jako niemiecką, a nie Nazi listę. Żeby móc kupować u Meinla białe pieczywo, nie trzeba było być członkiem NSDAP, a jedynie narodowości niemieckiej.

    Co innego Sowieci, oni sami deklarowali się jako „sowieckije ludie”. Mimo to wśród polskiego ludu Sowieci byli nazywani potocznie Ruskie.

  13. takie różowe niebo to jest wg mnie zachód słońca, nigdy nie widziałam nieba o brzasku, ale jeśli brzask też jest taki w różowych barwach, to mam pytanie co o 4.00 robią rolnicy na własnym zagonie (no bo można robić na cudzym polu to wiadomo, ale wtedy obraz  byłby pełen dynamiki). Raczej od 5.00 rano  rolnik  zaczyna krzątaninę w swoim obejściu a później dopiero udaje się na pole.  Wg mnie namalowany jest zachód słońca, i na tym tle zamyślenie, spokój (zmęczenie ludzkie) to sens  tego obrazu (w pocie czoła pracować będziesz …)

  14. O sentymentalnej nucie Angelusa napisałem na podstawie książki Charlesa Henry Caffina (1854-1918) „How to study pictures” z roku 1910. Tam pisze on, że „jedynym obrazem [Milleta], który można podejrzewać o sentymentalizm jest Angelus, którego słabość polega na tym, że motyw jest trudny do ogarnięcia z obrazu, jeśli nie dowiemy się z tytułu”. Oczywiście nie zgadzam się z tym anglo-amerykańskim krytykiem. Co więcej dodam, że Angelus powinien być wzorem na studiach sztuki malarstwa i fotografii, pokazując jak genialne malarstwo może pokazać prawdę, którą zafałszuje nie pozowana fotografia. Bo na fotografii wyszłoby selfie albo modlący się staliby tyłem do widza, zwróceni twarzami do dzwonnicy i cały efekt diabli by wzięli.

  15. Masz rację. Niektóre opisy mówią o zachodzie słońca. Natomiast na reprodukcjach nie można polegać. Trzeba udać się do Luwru i zobaczyć na własne oczy.

    PS. Za godzinę wrzucę kilka liczb o finansach, które Milletowi przeszły koło nosa.

  16. Przecież nie będę tego oglądał. Mam chęć wziąć w obronę Sekielskiego, może tyle po wysłuchaniu pięciu minut nagrania.

  17. Tell me somthing girl.

  18. Podczas pierwszego pobytu Milleta w Paryżu, gdy przychodził do niego diler po obraz, dostawał do przeczytania książkę, by dać czas artyście na wykończenie detali. Artysta siadał w swym studio przed czystym płótnem i w ciągu dwóch godzin produkował dzieło, za które brał 20/25 franków. Przeważnie był to niewielki akt [Jak sądzę malowany z wyobraźni, bo służąca pozowała dopiero na wsi do Angelusa]. Odmawiał atrakcyjnych ofert współpracy ze strony dilerów, ale w późnych latach swego życia przyjmował zaliczki na obrazy wartości 5000 franków. Gdy dowiedział się, że jego Angelus zmienił właściciela za 10000 franków, tłumaczył się przyjacielowi, że nie ma z tą transakcją nic wspólnego. Francuski Minister Sztuk Pięknych Chennevières zamówił u Milleta udekorowanie jednej z kaplic w Panteonie.

    Angelus Milleta został ukończony w roku 1859 i był wystawiony na Światowej Wystawie w roku 1867. Przez pewien czas należał do niejakiego Arthura Stevensa, a następnie kupił go belgijski minister Praet [czyżby dyplomata, osobisty sekretarz króla Leopolda I?]. Z kolei pojawił się w galerii Wilsona, skąd kupił go diler Georges Petit za $32000, od którego odkupił go Secretan, który potem sprzedał mu ten obraz za $40000 i znowu odkupił za $60000. W roku 1888 Angelus został sprzedany do Ameryki za $100000/$110000 (co do kapitału i sumy wieści są sprzeczne – mowa o Rockefellerze i Jamesie F. Suttonie), ale pod warunkiem, że w ciągu pół roku zostanie opłacone cło w wysokości $15000/30000 (różne źródła podają różne liczby). W roku 1891 poprzez amerykańskiego agenta obraz został kupiony za $150000 przez niejakiego Chaucharda właściciela paryskiego Bon Marché, który pozostawił go na chwałę Luwru. W międzyczasie Amerykanie zarobili $60000 na biletach wstepu do swych galerii.

  19. a mnie się nie podoba twój nick, dordazam wybierz sobie raczej np. „Szef PO” albo „pogubiony”

  20. Myślę, że jest jakaś hierarchia obszarów zarobkowania i ona ma charakter organiczny, to znaczy, że unieważnienie jednego powoduje okropne rzeczy na innych. Stąd sztuka nigdy nie umrze, a ludzie będą kupować cokolwiek za te miliony, bo tego wymaga hierarchia biznesów. Nie można tego tak po prostu unieważnić. Propaganda zaś, żeby to utrzymać, musi odwoływać się do wrażliwości i tradycji

  21. No ja bym chciała żeby sztuka oznaczała piękno.

    Ale  jak odwoływać się do obrazów namalowanych ‚nowocześnie” i o tematyce „nowoczesnej” i mówić o wrażliwości i tradycji, kiedy wrażliwość i tradycja kojarzy się z pięknem. Nie da się. Propaganda przejedzie się na tym malowanym „cokolwiek”. To nie może być przyszłość… coś wynajdą …. no ale przy wadliwym doborze kadr to będzie trudne, a my jesteśmy ofiarami tych eksperymentów.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.