Paź 082012
 

Kiedy pracowałem na stanowisku reportera w pismach lokalnych kazano mi czasem jeździć na różne okolicznościowe imprezy. Nudziłem się tam okropnie i nie potrafiłem się skupić na tym co prezentujące się akurat gremia mają do przekazania ludziom. Wymyśliłem sobie dość osobliwą rozrywkę, żeby nie zasnąć. Liczyłem mianowicie ilu jest na sali facetów w perukach i tupecikach. Zwykle było około ośmiu. To sporo, zważywszy na fakt, że brak włosów nie jest dziś jakoś szczególnie krępujący. Panowie używający tupecików nie byli chyba na nic chorzy, bo wielu z nich miało na innych częściach ciała uwłosienie bujne i krzaczaste. Chodziło tylko o to, by przykryć łysinkę.

Dzięki takiemu podejściu do codziennych obowiązków udawało mi się jakoś przetrwać w tym zawodzie, aż do chwili kiedy zeń zrezygnowałem na dobre. Prywatnie miałem inne hobby. Lubiłem obserwować nadopiekuńcze kobiety. Na wstępnie nadmienię, że związek z nadopiekuńczą kobietą to jest pokusa ogromna i trudno się przed nią obronić. Od razu też zaznaczę, że mnie tego rodzaju ekstrawagancje nigdy nie dotyczyły, bo ja się do opiekowania nie nadaję w sposób wręcz modelowy i nikt nawet nie próbował. Jest w każdym razie w życiu wielu mężczyzn taka opcja: związek z nadopiekuńczą kobietą. Jeśli ktoś wybierze tę opcję i kliknie w odpowiedni klawisz, ma szansę stać się popularnym i nagradzanym pisarzem. Naprawdę. Nic nie zmyślam.

Kiedyś opisywałem tu pisarza Kuczoka, Toyah też. Otóż Kuczok odgrywa publicznie kogoś kto ma za sobą różne doświadczenia życiowe. On się mianowicie rozwiódł i przez ten rozwód pokazał wreszcie babci kto tu rządzi. Ale tak naprawdę, bez ściemy. I babcia Kuczoka już wie, kto rządzi i się nie wtrąca. Dynamika wewnętrzna pisarza Kuczoka polega także na tym, że on nie chodzi do Kościoła. To są dwa koła zamachowe, dzięki którym polscy autorzy utrzymują się na topie: babcia i Kościół. Innych nie ma i ja się z każdym rokiem w tym swoim przekonaniu utwierdzam.

Wracajmy do nadopiekuńczych kobiet. One dotknięte są zwykle pewnym rodzajem natręctwa. Jak wiemy w życiu jest tak, że miłość nie wybiera. Może sobie człowiek do upadłego tłumaczyć, że podobają mu się blond walkirie z nogami do nieba, aż tu nagle przychodzi mała, czarna z dużym biustem i jest po ptokach. Bywa różnie. U nadopiekuńczych jest jednak inaczej. To się wiąże z jakimś deficytem i lękiem. Pamiętam taką panią, która spotykała się z tłustym facetem o urodzie bardzo wypielęgnowanego owczarka polskiego. Wiecie o co chodzi: dużo gęstej, czystej i pachnącej sierści, w środku dwa małe bezdennie smutne i zrezygnowane oczka i do tego brzuch, smycz krótka, nabijana ćwiekami. W końcu zwiał. Patrzę ja kochani za kilka tygodni idzie owa pani i prowadzi identyczny egzemplarz, tyle, że nieco większy i w jaśniejszej tonacji. I nikt mi nie wmówi, że to kwestia gustu. Po pierwsze : hormony z gustem nie mając nic wspólnego, gdyby chodziło o hormony mogłaby równie dobrze prowadzić pekińczyka, a gdyby chodziło o gust na pewno nie wybrałaby takiego owczarka. To jest kwestia lęku, przyzwyczajenia i ambicji

Ofiary nadopiekuńczych kobiet zwykle tyją. Z nimi jest tak jak z wykastrowanymi chórzystami i to widać dobrze po ich twórczości. Nadopiekuńcza bowiem bardzo często próbuje wepchnąć swojego papcia w młyn jakiejś kariery, najczęściej literackiej lub naukowej. Dlaczego akurat takiej? Popatrzcie na ludzi, którzy tymi hierarchiami zarządzają. Oni wyglądają dokładnie tak jak psy na wystawie, jakby ich ustawić jednego obok drugiego i powiesić na szyi medale można by było zemdleć od tego widoku. No więc nowy papcio nadopiekuńczej także musi się tam znaleźć. I ja tu wcale nie piję do Andrzeja Stasiuka i jego żony, niech sobie nikt nie myśli. Takie ogólne rozważania snuję. A snuję je ponieważ wczoraj ogłoszono, kto został laureatem nagrody literackiej Nike. Otóż jest nim pan Marek Bieńczyk. Nie wiem kim jest stojąca za nim pani, ale że jakaś jest to pewne. Tak już jest w tym środowisku i będzie do samego końca, póki impreza nie zostanie przez organizatorów zwinięta. Żeby z papcia zrobić autora prawdziwego nie wystarczy go nakarmić, nie wystarczy nawet go uczesać i wyprasować mu koszulę. Nawet jeśli papcio ma doktorat w jakiejś rzadkiej specjalności to także za mało. Środowiska literacko naukowe na słowo „doktorat” mogą co najwyżej prychnąć. Trzeba być co najmniej mianowanym profesorem. Wtedy dopiero zaczyna się droga na Parnas. Czasem jednak nawet profesura nie wystarcza, no i są jeszcze pomiędzy jurorami tacy, którzy żadnych tytułów nie mają, a zdanie ich jednak waży co nieco. I oni właśnie mogą niespodziewanie zapytać: a co wy koleżanko, tych profesorów, tak tu, kurr…teges, lansujecie? A?

I po karierze. I po zaszczytach. Koniec. Trzeba wrócić do karmienia.

Dlatego właśnie prawdziwy, mierzący wysoko autor musi mieć kilka atrybutów, które go przed takimi przygodami uchronią. Tegoroczny laureat ma ich kilka, ale jeden jest szczególnie ważny. Otóż jest pan Bieńczyk enologiem. Już tłumaczę co to znaczy: enolog to znawca wina, o czym nie wiedziałem do wczoraj, bo wino pijam rzadko i kupuję je zwykle w naszym wiejskim sklepie, do czego żadne znawstwo nie jest mi potrzebne. – Które jest słodkie – pytam panią Grażynę – a ona podaje mi stosowną butelkę. Płacę i wychodzę. To wszystko.

Istnieje jednak enolgia, nauka o winie i pan Bieńczyk jest specjalistą w tej właśnie dziedzinie. Ja tu nie chcę szydzić bardzo mocno z laureata, ale przekomarzaliśmy się kiedyś na tym blogu na temat znawstwa przy okazji omawiania pasji Marka Konrada. On też się zna na winie. Otóż nie wierzę, by można było, startując z Polski, zostać prawdziwym znawcą wina. To jest niemożliwe z kilku podstawowych przyczyn. Najważniejsza z nich jest taka, że prawdziwa wiedza o winie to wiedza tajemna, której nikt nikomu nie zdradza. To jest ten sam rodzaj wiedzy jaką posiadali dawniej mistrzowie fechtunku. Żaden uczeń nie znał wszystkich pchnięć. Gdyby je znał zlikwidowałby mistrza i zajął jego miejsce. To proste. Zważywszy również na to, że wino produkuje się dziś na skalę przemysłowo, znawstwo musi mieć również coś wspólnego z tym przemysłem. To zaś które uprawia pan Bieńczyk zalatuje mi propagandą właśnie, lub jeśli ktoś woli reklamą. Pan Bieńczyk napisał bowiem dwa, albo trzy dzieła o winie zatytułowane „Kroniki wina”. Jest to omówienie poszczególnych roczników, różnych jak zgaduję gatunków win z całej Europy. Producenci win zdają sobie sprawę z tego, że ich produkt musi być sprzedawany w sposób specyficzny. Reklama musi trafić do określonych środowisk, a do tego musi być podana w sposób, który nazwiemy sobie tutaj „intymnym”. Potrzeba więc znawców, którzy powiedzą ludziom co jest dobre. A dobre zwykle jest wszystko, bo żaden znawca wina nie napisze przecież w swoim katalogu, że jakieś wino jest do niczego i trzeba je wylać do zlewu.

Dajmy już spokój, lepsi ode mnie wyszydzili już wielokrotnie ten rodzaj snobizmu. Nadmieńmy jednak, że prawica i prawicowy Parnas ma również swojego znawcę win. Jest nim Robert Mazurek, który produkuje się w tygodniku „Uważam Rze” pisząc tam felietony właśnie o winie.

Wracajmy do Marka Bieńczyka. Ma on na swoim koncie kilka książek, ale głównie jego aktywność sprowadza się do pisania felietonów o tym całym winie. Zajmuje się też literaturą romantyczną i wykłada w czymś co nosi nazwę: Studium Literacko-Artystyczne, gdzie kształcą się młodzi, polscy pisarza, którzy w przyszłości otrzymywać będą nagrody Nike. Tłumaczył również pan Bieńczyk na polski Milana Kunderę. Tu mała dygresja – ja nie wiem, czy jest na świecie gorszy pisarz od Kundery, myślę, że nie ma. Pamiętam dokładnie jak mniej więcej 10 lat temu w Gazecie Wyborczej Stanisław Barańczak rozprawił się z Kunderą w sposób tak bezwzględny, że nawet Toyah i ja, gdybyśmy się do tego zabrali we dwóch, nie zrobilibyśmy tego lepiej. Barańczak po prostu Kunderę unieważnił. I ja sądziłem, w swojej nieopisanej naiwności, że to wystarczy, że już nikt więcej Kunderą zajmował się nie będzie. A tu proszę, niespodzianka. Bieńczyk tłumaczy Kunderę.

W całej tej szkole pisarzy, gdzie wykłada tegoroczny laureat Nike, rządzi pani nazwiskiem Gabriela Matuszek. Jest to – stawiam hipotezę roboczą – kobieta nadopiekuńcza z poważnymi deficytami. Ja to poznaję nie tylko po spojrzeniu, ale także po tym, że jej pasją jest Stach Przybyszewski. Tytuł jednej z prac pani Matuszek, przywołuje frazę, którą jakaś niemiecka gazeta określiła kiedyś Przybyszewskiego „Der geniale Pole”. Proszę Państwa, bądźmy poważni, Stach Przybyszewski, był mniej więcej tak samo genialny jak Milan Kundera, tyle, że wypić mógł znacznie więcej. Przeczytałem tę listę prac pani Matuszek i nie mogłem zasnąć. Na polskim uniwersytecie, wśród ludzi, znających się ponoć na rzeczy, omawia się Przybyszewskiego. I Kunderę. Niesamowite.

Kiedy myślę o takich inicjatywach jak to Studium Literacko- Artystyczne, zawsze przypomina mi się Renoire. Facet, który od 16 roku życia malował kwiatki na porcelanie, a kiedy zaczęto ozdabiać talerze kalkomanią, przestawił się na malarstwo sztalugowe. W pracowni mistrza z akademii był przez kilka miesięcy i zrezygnował. Poszedł malować nad rzekę, a potem płacił praczkom za pozowanie. Pan Bieńczyk zaś udzielając wywiadu GW mówi tak:

Donata Subbotko: Pan jest melancholikiem? 

Marek Bieńczyk: Nie.

Każdy gnębiony melancholią tak mówi. 

– Bo ja wiem? Pamięta pani ten autoportret Dürera, na którym wskazuje on palcem na swoją śledzionę, źródło, jak wierzono, czarnej żółci? Pięknie namalowane subtelne wyznanie.

Dzisiaj modna jest konfesja bez granic, ujawnia się publicznie nawet swoje rentgeny i badania lekarskie. Widziałem książkę jednego celebryty, który zamieścił w niej USG swojego wnętrza. Melancholia, polipy i wrzody na żołądku – już można otwarcie niczego się nie wstydzić, a nawet być dumnym.

Fakt, przyrosło do mnie, żem melancholik. I tak mam szczęście, że nie zaczęła pani od wina. Oczywiście, mogę wyznać, że na przykład uwielbiałem w dawnych czasach The Moody Blues i ich „Melancholy Man” albo że zawsze lubiłem łazić bez celu i jestem niepoprawnym czarnowidzem. Melancholijnych tematów jest w tekstach, które piszę, ewidentnie na kopy, mam za swoje, ale to jednak są tylko książki.

I myślę sobie też, po przeczytaniu tego fragmentu, o Faulknerze, który woził zawsze ze sobą przetłumaczonego na angielski Sienkiewicza i ponoć, kiedy przycisnęła go bieda pracował jako tak zwany „pan”, czyli pilnował dziewczyn w domu publicznym. Ciekawe swoją drogą kiedy do Faulknera przyszedł pierwszy raz dziennikarz na wywiad? Czy Faulkner w ogóle wiedział kto to jest Dürer?

Musimy teraz wyjawić gdzie jest moment najważniejszy tych naszych rozważań, bo zaraz przyjdzie tu ktoś i powie, że „zazdraszczam” Bieńczykowi Nike. Otóż nie ma czegoś takiego proszę Państwa jak szkoła pisarzy. Istnieją za to szkoły propagandystów i tym właśnie jest owo studium, prowadzone przez nadopiekuńczą miłośniczkę Przybyszewskiego, w którym wykłada znawca wina. Istnieją także szkoły handlarzy winem i myślę, że jeśli ktoś ma dryg do bisnesu oświatowego to połączyć może jedno z drugim. Szkoły propagandystów zakładają w krajach słabszych rządy krajów silniejszych, po to by kształtować tak opinię publiczną. To jest znany od czasów renesansu sposób, który nie uległ zmianie ani na jotę. I nie ulegnie. Nie może. Ludzie, którzy poświęcają lata całe na czytaniu i opisywaniu pijackich bredni Stanisława P. nie dadzą się przekonać. Oni przecież nie marnują czasu. Oni pogłębiają wiedzę i samowiedzę, oni pracują i niosą kaganek. Po to w końcu jest uniwersytet, żeby oświecać. Nieprawdaż?

Studium Literacko-Artystyczne to ośrodek propagandy niemieckiej, co jest dość oczywiste kiedy przeczytamy to, co o nim napisano w wikipedii. Poznać możemy to również po tej charakterystycznym sprowadzaniu wszystkiego do znanych nazwisk i znanych dzieł. Po tym, że nie można beknąć spokojnie, by nie odbiło się Gadamerem, albo kimś podobnego kalibru.

I dziwne jest tylko to, że my ciągle traktujemy te sprawy serio i ciągle się przejmujemy. Więcej – większość z nas słysząc o osiągnięciach naukowych w dziedzinie humanistyki jest po prostu sparaliżowana i nie śmie się odezwać. W końcu przemawiają znawcy. Znawcy Przybyszewskiego, Kundery, wina, kina, znawcy wszystkiegooooooo……..

I jeszcze jedno: Bieńczyk podobnie jak Kuczok nie chodzi do Kościoła. Opowiada za to taką historię: kiedy był dzieckiem ojciec w niedzielę zadawał mu wypracowanie i on je pisał wtedy kiedy inni szli na mszę. To był jego kontakt z sacrum. Pisał i pisał, a ojciec – surowy i jednocześnie łagodny – pisanie Bieńczyka oceniał. No i proszę – jak ktoś jest uparty i wyjątkowo długo nie chodzi do Kościoła to wreszcie dostanie tę nagrodę literacką. Warto było? Warto.

Ja nie mam tu proszę Państwa dobrej pointy, bo z biegiem lat staję się coraz mniej odporny na idiotyzm. I tylko bym walił w te puste łby butelką po winie słodkim co to mi ją w sklepie pani Grażyna podała. Może za pointę obstoi ten obrazek oto pani Matuszek w towarzystwie papcia. I sami powiedzcie czy nie mam racji?

Zapraszam na stronę www.coryllus.pl. Można tam kupić książki, które nigdy nie zostaną nawet zakwalifikowane do nagrody Nike, co uważam jest wystarczającą reklamę, która zapewni nam spokojny byt do emerytury. W tym tygodniu już będzie można kupić Baśń jak niedźwiedź w Lublinie w księgarni przy ulicy 3 maja.

Książki można też nabywać w księgarniach:

Księgarnia Wojskowa, Tuwima 34, Łódź

Tarabuk – Browarna 6 w Warszawie

Ukryte Miasto – Noakowskiego 16 w Warszawie

W sklepie FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie

U Karmelitów w Poznaniu, Działowa 25

W księgarni Gazety Polskiej w Ostrowie Wielkopolskim

W księgarni Biały Kruk w Kartuzach

W księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach przy ul. 3 maja.

W księgarniach internetowych Multibook i „Książki przy herbacie” oraz w księgarni „Sanctus” w Wałbrzychu.

No i oczywiście na stronie www.coryllus.pl


  2 komentarze do “Znawcy wina, znawcy kina”

  1. Wypada byc pewnym, ze najciekawsza dzialalnosc „tworcza” papcio realizowal podczas stanu wojennego, jakas komorka dezinformacyjna na linii frontu ideologicznego, lub robienie za tlum dziennikarzy, podczas ustawionych konferencji z uszatym dziwolagiem.
    Swietny pomysl z tym zdjeciem 🙂
    Pozdrawiam

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.