Lis 102018
 

Stefan Wiechecki zwany Wiechem był artystą bezwzględnie wybitnym, a w dodatku nowatorskim i awangardowym. Te dwie ostatnie cechy jego twórczości ujawniały się w sposób, o jakim nikomu dzisiaj się nawet nie śniło. Powyższe jest do udowodnienia na podstawie tekstów. Ja zaś mam do zaprezentowania, a także sprzedania, aż cztery tomy przedwojennych felietonów Wiecha. Wybrałem tylko cztery i zrobiłem to z premedytacją, albowiem te cztery tomy opowiadają wyłącznie historie o Żydach. Ktoś powie, że ja się chce teraz tanim kosztem zabawić i podrwić trochę z przywar starszych braci w wierze zamieszkujących przedwojenną Warszawę. Nic podobnego. Teksty Wiecha bowiem są śmiertelnie poważne i do śmiechu się nie nadają. Poważniejszą od nich i bardziej smutną książką są chyba tylko „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Poważne jest u Wiecha wszystko. Poważny i celowy jest układ tekstów, poważne są postaci i poważne są sytuacje. Jeśli ktoś sądzi, że te felietony to taki groch z kapustą, ten się myli. Mamy bowiem tam masę tekstów luźnych nie powiązanych ze sobą w żaden sposób poza oczywiście jednością czasu miejsca i akcji. To znaczy wszystkie te historie rozgrywają się na warszawskiej Woli lub w Śródmieściu, w latach trzydziestych, a akcja toczy się jeśli nie w sądach to w okolicznościach o sądy zahaczających. To jednak nie wszystko. W masie tekstów Wiecha pojawiają się pewne punkty stałe wokół których osnuta jest migotliwa i złożona materia życia społeczności żydowskiej w Warszawie. Wymienię kilka z tych punktów. Trzy najważniejsze to – cukiernia braci Studnia, czciciele rudej krowy i Warszawska Grupa Anarchistyczna „Dynamit”. Zanim przejdę do szczegółowego bardziej omówienia dwóch z tych niezwykłych zjawisk, zacytuję w całości jedno z doskonalszych dokonań Wiecha czyli felieton zatytułowany

Bój pod cmentarzem”.

Na dwa śmiertelnie wrogie obozy dzielą się żebracy pod murem starozakonnego cmentarza przy ul. Okopowej. Pierwszemu przewodzi pan Jankiel Cwajman (Niska 63), inwalida wojsk rosyjskich, zwany popularnie „a grojser feldmarsiał Kuropatkin”, słynny z największych w Warszawie uszu i najdłuższego nosa. Piękny ten rasowiec ma adiutanta i szefa sztabu w osobie kulawego pana Joska Dratwy (Gęsia 29), również inwalidy z wojny japońskiej. Kilku głuchoniemych i ślepych oraz dziesięć kobiet tworzy resztę armii.

Obóz ten okupował najlepsze miejsca pod murem, co doprowadziło do furii drugą, nierównie liczniejszą partię, dowodzoną przez Symchę Kożucha (Niska 41), zwanego „gienierał mit tankies” z powodu wózka, na którym jeździ, kręcąc korbą koło. Generał ten, oburzony bezceremonialnością armii Kuropatkina, zakręcił gwałtownie korbą i wjechawszy dyszlem w bok samemu feldmarszałkowi, krzyknął:

– Paszoł won fyn murek, du hind mit ojren!

– A hałte pisk, du zoologiczne małpe – odpowiedział szyderczo Kuropatkin.

Rozwścieczony generał chwycił leżący pod ręką kostur i rąbnął przeciwnika na odlew. Było to hasłem do ogólnej bijatyki. Obie partie zagrzewane wojowniczymi okrzykami kobiet rzuciły się z furią na siebie. Josek Dratwa wskoczył na magistracki wózek od śmieci i jednym rzutem fachowego oka ogarnąwszy sytuację krzyknął przeraźliwie:

– Wpieriod fyn linken fłank! Ojf sztykes!

– Uraaaa – odpowiedzieli głuchoniemi, ruszając do ataku.

Intendent cmentarza, pan Gleichgewicht, widząc straszliwy bój, zatelefonował po policję. Natychmiast wydelegowano dziesięciu posterunkowych, którzy rozwinąwszy się w tyralierę poczęli otaczać walczących.

Dopiero po czterdziestu minutach zaciętej bitwy, przerywanej tylko chwilami przez przejeżdżający tramwaj linii Z i dziewiętnastki, udało się policji zlikwidować działania wojenne. Nie wywołało natomiast przerwy ukazanie się pani Doroty H., która wracając z cmentarza wpadła nagle w sam środek frontu. Okradziono ją nie przerywając walki.

Do komisariatu, prócz obu wodzów i ich sztabów, wzięto panią Hindę Widło (Stawki 83), panią Ruchlę Zylberman (tamże) i pana Henocha Mirlasa (Freta 84).

Obecnie koło cmentarza konsystuje stały posterunek policji.

Sytuacja tu przedstawiona może oczywiście wywołać uśmiech, a może nawet wręcz erupcję wesołości. Ja bym jednak chciał zwrócić uwagę na dwie kwestie. Nader praktyczne z dzisiejszego punktu widzenia. Obrazek ten, jakże plastyczny, przedstawia żydowską biedotę, w dodatku schorowaną lub niepełnosprawną, która walczy o najlepsze miejsce do żebrania pod cmentarnym murem. Żaden z bohaterów tej opowiastki nie zamierza ustępować i nie da się poskromić bez walki. To ważne. Druga kwestia jest jeszcze ważniejsza. Każdy z nich ma adres i dobrze by było, gdybyście Wy mieszkańcy współczesnej Warszawy, ze szczególnym wskazaniem na tych co mieszkają w Śródmieściu i na Woli posprawdzali w tej książce kto mieszkał przed Wami w domach, które teraz zajmujecie. Bo tu jest to wszystko dokładnie opisane, a przy każdym nazwisku jest adres. Okoliczność ta ma ścisły związek z innymi okolicznościami, o których pisał będę już za chwilę. Wezmę tylko głębszy oddech.

Postaci i sytuacje, które przedstawia Wiech są ściśle związane z naszą współczesnością. Oto okazuje się, a jestem tego pewien nie na sto, ale na tysiąc procent, wszystkie znane nam współcześnie polityczne, popkulturowe, artystyczne i publicystyczne formaty mają swoje korzenie w getcie i w sztetlu. To jest konstatacja przerażająca, a powiem Wam jeszcze, że im kto bardziej się od niej odcina tym głębiej w tym grzęźnie. Ja nie wskażę palcem kto na publicznej scenie dziś wygląda jak czciciel rudej krowy, a kto jak członek Warszawskiej Grupy Anarchistycznej „Dynamit”, ale jak to mówią – mądrej głowie dość dwie słowie….A ja tu zaraz zacytuję znacznie więcej niż „dwie słowie”. Oto dwa krótkie wyimki z życia czcicieli rudej krowy:

Czciciele rudej krowy

Mendel Pokutnik, zwany z hebrajska Mendele Bał Tszuwo, głośny przywódca sekty czcicieli rudej krowy, zaalarmował świeżo policję praską oraz kilka posterunków podmiejskich. Fanatyk ten, głośny z pogromów stowarzyszeń sportowych, uwziął się ostatecznie na dom gminy żydowskiej (Szeroka 31), w którym mieści się oficjalna mykwa.

Na czele dziesięciu sekciarzy wtargnął wczoraj o godzinie szóstej rano na dziedziniec obszernego domostwa. Na sygnał dany gwizdkiem napastnicy puścili się ku drzwiom.

– Knakt ojf drobne kawałkies! – krzyknął Mendel pokutnik. – Tłuczcie na drobne kawałki.

Rozległ się brzęk pękających szyb. Sekciarze wbiegli do mykwy, uderzeniami drągów stłukli rurociąg terakotowy, zanieczyścili wodę w basenie, powywracali szafy, półki, ze ścian pozrywali ogłoszenia i zanim nadbiegła policja, bezkarnie uciekli.

Dozorca domu zaalarmował XIV komisariat. Na miejsce wypadków zjechał starszy przodownik z dwoma wywiadowcami. Doraźnie zorganizowany pościg nie dał wyników.

Szkody są znaczne. Dość wspomnieć, że sekciarze stłukli pałkami około siedemdziesięciu szyb.

Około godziny siódmej rano nadeszła z komisariatu XVII wiadomość, iż Mendla pokutnika widziano na szosie Grochowskiej. Jechał wierzchem na nieosiodłanym koniu w kierunku Wawra.

Do południa trwała wymiana telefonogramów z posterunkami podmiejskimi. Rozesłane patrole przeszukiwały lasy między Pragą a Falenicą. Mendla pokutnika nie znaleziono. Zapewne ukrył się u swych sympatyków, czcicieli rudej krowy.

To nie koniec. Teraz kolejny kawałek

Szturm do mykwy

Gorszące sceny rozgrywały się przez cały dzień wczorajszy w mykwie, przed mykwą, oraz na dziedzińcu domu nr 31 przy ul. Szerokiej. O godzinie siódmej rano zjawił się tam słynny reformator religijny, twórca sekty czcicieli rudej krowy, Mendel Strohberg (Brzeska 10), zwany Mendele Bał Tszuwo.

– Idź precz! – zawołał kierownik kąpieliska. – Ja ciebie tu nie wpuszczę!

Nie powiedziawszy słowa, heretyk zawrócił i po upływie dwu godzin przyszedł w towarzystwie dwudziestu sympatyków uzbrojonych w potężne kije. Z dzikim wrzaskiem sekciarze wbiegli na podwórze, wypędzili publiczność, następnie udali się do mykwy, gdzie właśnie kilkunastu brodatych panów pluskało się w najlepsze.

– Wyłazić z wody! – krzyknęli. – Arojs fun waser! Won ahejm!

W basenie wynikł popłoch. Brodacze powyskakiwali i przewracając się na śliskiej posadzce uciekali do garderób.

Mendel Strohberg, zgromadziwszy zwolenników nad mętnymi wodami mykwy, ogłosił uroczyście tszuwa-gdojloch czyli wielką pokutę. Ma ona trwać przez cały miesiąc szewat (luty), miesiąc adar (marzec) i połowę kwietnia, aż do księżycowego święta Mechadesz Lewono.

– A co będzie po zakończeniu pokuty? – spytali sekciarze.

– Będzie całopalenie – odparł reformator.

Zapowiedź radosnego misterium powitano ekstatycznymi okrzykami. Mendel wszedł do basenu, siedem razy zanurzył się w wodzie, wyszedł i zaczął odczytywać psalmy. Po każdym wersecie dawał nurka, by choć w części oczyścić się z grzechów.

Po pewnym czasie zastąpił go adiutant.

Modły trwały bez przerwy do godziny szóstej wieczór. Kolejno wszyscy czciciele rudej krowy zdążyli wykąpać się w mykwie i wreszcie odeszli wraz z przywódcą, zapowiedziawszy drugą wizytę na najbliższą przyszłość.

Zarządzający kąpieliskiem dwukrotnie sprowadzał policjanta, ten jednak, widząc spokojnie kąpiących się ludzi, nie uznał za stosowne interweniować.

Tak wygląda jedna strona medalu. I nie mówcie mi, że nie rozumiecie o co chodzi. Teraz kolej na drugą.

Grupa anarchistyczna

Kasjer Warszawskiej Fabryki Drożdży, pan Abram Warszawiak, omal nie spadł z krzesła po przeczytaniu strasznego listu. W oczach zamigotały mu gwiazdki, a na plecach poczuł gęsią skórkę. Oto co zawierała koperta doręczona przez listonosza:

Warszawska

Grupa Anarchistyczna

Dynamit

Wielmożny Pan

Abram Warszawiak

Dzika 46

1) W.G.A.D. nałożyła na pana podatek w sumie 1.000 zł. (słownie tysiąca złotych). Jeżeli pan w przeciągu trzech dni nie zdecyduje się uiszczać te sume zostanie pan zgładzony. Przyślemy panu list zarażony bakteriami tyfusu.

2) Jeżeli pan decydujesz się uiszczać te sume, to niech pan w trzech dniach da ogłoszenie do Naszego Przeglądu: „Zgubiłem w taksówce parasol z kościaną rączką. Znalazca otrzyma nagrodę. Abram Warszawiak. Dzika 46.” Wtedy pan otrzymasz szczegółową instrukcję, jakim sposobem masz pan nam przekazać pieniądze.

3) Jeżeli pan nie masz gotówki i pan chciałeś kredytu, to my możemy przyjąć dobre weksle klientowskie.

Jeżeli pan by chciałeś robić jakieś kanty, to pan w te chwile otrzymujesz w liście zaraźliwe bakterie.

Poniżej tekstu widniała trupia czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami oraz dwa nieczytelne podpisy: prezesa i sekretarza. Ponury ten list nadszedł w ubiegły poniedziałek. Skutek był taki, że pan Warszawiak w ciągu pięciu minut rozchorował się na żołądek, następnie na nerwy, wreszcie na głowę. Przez cały dzień nie wychodził z domu. Wieczorem przyjmował krewniaków z kondolencjami.

O godzinie trzeciej w nocy w mieszkaniu państwa Warszawiaków zadźwięczał telefon.

– Hallo! Tu Grupa Anarchistyczna Dynamit. Czy pan dostałeś nasz list?

– Dostałem – jęknął pan Warszawiak

– No i co pan o tem myślisz?

– Ja nie mam tyle gotówki. Słyszane rzeczy! Nakładać tysiąc złotych podatku!

– To rozłożymy panu na raty. Czasy są ciężkie, panie Warszawiak i my to rozumiemy. Masz pan jeszcze dwie doby do namysłu.

Przeleżawszy dwa dni pod kołdrą, pan Abram opuścił wczoraj łóżko i udał się ze skargą do urzędu śledczego. Policja wszczęła energiczne dochodzenie. Listem anarchistów zajęli się eksperci.

Jak się dowiadujemy w ostatniej chwili, jeden z autorów listu jest już zatrzymany. Nazwisko anarchisty ze względu na toczące się śledztwo, na razie nie może być ujawnione.

Pomiędzy czcicielami rudej krowy a Grupą Anarchistyczną „Dynamit” znajduje się cały dostępny naszym zmysłom świat. Jest on wypełniony dziś także skandalami obyczajowymi, historiami z dreszczykiem, a także prostymi gawędami o złodziejach i paserach. I teraz ważna rzecz – współcześni medialni bohaterowie tych ustawek awansowali i przez to są dziś tak malowniczy jak ci żydowscy żebracy spod murku cmentarnego przy Okopowej. Awansowali – podkreślam – i zacierają ręce z uciechy. Tamtych już nie ma, ale jakoś trzeba nam biedakom ten świat urządzić. Mamy więc to samo tylko, że z awansu, co znacznie ujmuje autentyczności sytuacjom i dziś mamy raczej tendencję do tego, by w listach anarchistów oraz wyczynach czcicieli rudej krowy doszukiwać się raczej policyjnych prowokacji, a nie chęci wzbogacenia się lub zdobycia władzy nad całym ludem poprzez zajęcie mykwy i zdemolowanie lokali stowarzyszeń sportowych. Nie zmienia to jednak faktu podstawowego – świat nakreślony przez Wiecha jest naszym światem i jednocześnie nim nie jest. My jesteśmy weń wprasowani, po to, by łatwiej było sobie z nami poradzić. Teraz, niczym Mendele Bał Tszuwo uderzę w ton najpoważniejszy, nie zapowiem jednak całopalenia rudej krowy, ale coś innego.

Skoro wszystkie formaty od politycznych począwszy na kabaretowych kończąc mają swoje źródła na Nalewkach, to znaczy, że my w ogóle nie rozumiemy co to jest i w jakich formach wyraża się kultura chrześcijańska. My mamy takie złudzenie, ale w rzeczywistości nawet jej nie dotknęliśmy, a przecież wszyscy chodzimy do Kościoła i modlimy się tam. Po czym – kiedy już jesteśmy na zewnątrz – kiedy spotykamy szwagra, kiedy włączamy telewizor i słuchamy radia w samochodzie, kiedy patrzymy na rzeczowe i pełne profesjonalizmu dyskusje polityków, znajdujemy się w świecie od tej kultury i jej wzorów bardzo dalekim. Znajdujemy się na Nalewkach w roku 1932 i obserwujemy jak Mendele Bał Tszuwo idzie wraz ze swoją bojówką rozwalać klub sportowy „Bar Kochba”. Łudzicie się, że tak nie jest? Przypomnijcie sobie co napisałem w rozdziale zatytułowanym „Pierwszy chrześcijański handel szmelcem”. W czym działacze stronnictw narodowych widzieli sukces żywiołu polskiego? W upodobnieniu się do żydowskich przekupniów handlujących starzyzną i szmatami. W tym właśnie. Nie w zrozumieniu i zapoznaniu się z tradycją chrześcijańską i wzorami kultury chrześcijańskiej. Oni chcieli, żeby Polacy zastąpili Żydów uprawiających drobny handel, to był awans i miara sukcesu. No to mamy sukces, włączamy telewizor i wszystko jest jak u Wiecha. Ci zaś, co są poza telewizją, mają poważne szanse na jeszcze jeden sukces – na zajęcie najlepszych miejsc pod murkiem cmentarza przy ul. Okopowej. Bo w końcu czemu nie, skoro tak bardzo nam zależy…ktoś może nas wreszcie potraktować poważnie i rzucić z wyżyn magistrackiego wózka hasło – Wpieriod fyn linken fłank! Ojf sztykes! A my rzucimy się do szaleńczego ataku. I zwyciężymy, jak to już nie raz bywało.

To tyle na dziś, przed świętem niepodległości odzyskanej 100 lat temu. Wyjeżdżam znów na cały dzień, co mam nadzieję będzie mi wybaczone.

Zapraszam na stronę www.prawygornyrog.pl. Książki Wiecha są już na stronie.

  17 komentarzy do “Czciciele rudej krowy vs Warszawska Grupa Anarchistyczna „Dynamit””

  1. Tak jakoś mi się skojarzyło, że w warszawskich środkach lokomocji,   jakieś „pudła rezonansowe” marketingu szeptanego zostały już uruchomione, wczoraj z rozmowy głośnym szeptem w tramwaju dowiedziałam się, że Piłsudski na kradzionej kasztance jeździł. Już miałam się zapytać czy mu tego konia dostarczył Urke Nachalnik, bo się chłopak w tym specjalizował (także), ale się powstrzymałam, bo ja krewka jestem i bym zakupami walnęła szepczącego delikwenta po głowie.

    Czyżby  coś się szykowało, bo takie ploty są rozpuszczane na mieście,  jak rok temu w grudniu przed ustawą MEDIA, co to dzisiaj o tej ustawie żaden wtedy protestujący już nie pamięta.

  2. Gang Danielsa przeciw gangowi Sorosa dynamizują nam obchody. Spadkobiercy Tejkowera zabezpieczą skraj rechten fłank.

  3. to znaczy, że my w ogóle nie rozumiemy co to jest i w jakich formach wyraża się kultura chrześcijańska

     

    To jest mocne stwierdzenie. Chciałbym dowiedzieć się więcej.

  4. …ani piasek ani glina

    tylko lasek i olszyna … taka gmina …  a w gminie gangi walczące o dochody.

    Między innymi walka o miejsce żebrania przy bramie cmentarnej. Ciężko było wtedy żyć. Dziś jest ekskluzywnie, zakłada się fundację i z ratusza płynie dofinansowanie. Zamiast się lać, trzeba na spokojnie,  sposobem, takim sposobem co się nazywa „aktywizacja społeczna”,  czyli musi być fundacja  czy  stowarzyszenie i bez siniaków, bicia, gróźb karalnych –  otrzymuje się ze stosownych ministerstw i samorządu dofinansowanie. Źródło niewyczerpane, byleby minister i ludzie w ratuszu byli mieli zrozumienie dla sprawy (gminy)

  5.  
    Jak wstanę rano, to myślę i muszę coś napisać, bo czuję ciśnienie.
     
    Otóż, istnieje potrzeba dokładnego opisania w sposób naukowy strat, jakie ponieśliśmy przez wojny,  PRL i III RP. Chodzi o straty ludzkie, utracone instytucje oraz przeanalizowanie krok po kroku przyczyn i skutków procesów, które zmieniły naszą mentalność, sposób myślenia, kulturę i cywilizację.
     
    Dzisiaj całe nasze życie  jest patologiczne i dotyczy to grup sprawujących władzę (loże, służby, mafie) aż po nienarodzone dzieci w łonach matek. Parady równości, którymi słusznie się brzydzimy, pokazują tylko naszą twarz – nasze wnętrza, myśli i to, jacy jesteśmy naprawdę. Patologie dotyczą absolutnie wszystkich dziedzin od pisania ustaw aż po nasze relacje rodzinne i z większości z nich nie zdajemy sobie sprawy, ponieważ nikt mądry dotąd tego nie opisał i nie spopularyzował (Bocheński wykonał jedynie marny szkic). Obecna patologia jest rezultatem i pokłosiem ostatniego „wspaniałego stulecia”, w którym przeszliśmy ewolucję od w miarę normalnych realiów życia XIX wieku do naszej dzisiejszej nienormalności (hasło „polskość to nienormalność” na potrzeby niniejszego wywodu jest jak najbardziej słuszne i taki napis miałby mój transparent na jutrzejszą defiladę, gdybym się wybierał). Tę ewolucję w latach 1914-2018 w sposób uporządkowany, logiczny, z wyjaśnieniami należy opisać i spopularyzować tak samo, jak historię Polski.
     
    Polska socjologia realizuje obecnie wyłącznie zlecenia polityczne. Nie ma prac naukowych służących prawdzie i badaniu stanu faktycznego. Z pełnym obiektywizmem stwierdzam, że profesorowie socjologii (kobiety i mężczyźni) to prostytutki używające kłamstwa jako narzędzia w swoich pracach naukowych. Z pewnością znajdą się wyjątki, które potwierdzają regułę i te wyjątki są nam potrzebne, żeby ktoś wreszcie zaczął pisać prawdę o nas, Polakach – potrzebni są wkurzeni profesorowie, jak w tym dowcipie Mleczki: pod tabliczką z napisem „Uwaga, zły pies!” leży pies i mówi: Eee, przesada, tylko lekko wkurzony…, którzy nie mają nic do stracenia i napiszą na tyle ciekawie i do rzeczy, że mają szansę sprzedać nakład.
     
    Potrzeba nam prawdy, głębi naukowej wydawanych książek i ich popularyzacji nawet za cenę skandalu i kontrowersji, nawet jeśli ktoś się obrazi, no to co?…
     
    Parady równości są równie patologiczne, jak marsze niepodległości. Ma rację Schetyna i prezydent Wrocławia mówiąc, że żaden przyzwoity człowiek nie weźmie udziału w marszu niepodległości (dodam: ani w paradzie równości), ale jak najbardziej chodźmy na te marsze niepodległości i nie wstydźmy się tego, że jesteśmy patologicznym społeczeństwem i każdy z nas jest mniej lub bardziej chory, tylko zainteresujmy się sobą, zadbajmy o siebie i zacznijmy się do cholery leczyć!
     
    Do każdej osoby w sile wieku, która jest singlem, nie ma dzieci albo ma tylko jedno należy podejść i życzliwie wręczyć wizytówkę do specjalisty. To samo należy robić z emerytami, którzy pobierają kontrowersyjne świadczenia emerytalne, jadą na wakacje za granicę, a dzieci i wnuki nie mogą spłacić kredytów, to samo z osobami sprzedającymi i kupującymi w niedzielę, mającymi telewizor w centralnym punkcie mieszkania, inteligencją pracującą na etatach i w korporacjach, nauczycielami każącymi pisać dzieciom wypracowania o „małych ojczyznach”, komuchami, solidaruchami, socjal-demokratami, sekciarzami etc. – wszyscy oni wymagają leczenia, a dodatkowo również osoby cierpiące na nadciśnienie, cukrzycę, miażdżycę, nowotwory i inne dolegliwości wynikające z niewłaściwych i nerwowych warunków życia w słusznie minionym wspaniałym stuleciu.
     
    My, jako jedno ze środowisk, które stać na refleksję, już podjęliśmy leczenie i w związku z tym życzę Wam i sobie sukcesów w dalszej terapii i apeluję o to, żeby na spokojnie i z przymrużeniem oka odebrać to, co się będzie działo 11 listopada i później J

  6. Będzie Msza Św. i Marsz Nieodległości. Na razie tyle.

  7. Tak to niestety wygląda. Sam jestem też nieźle trafiony. Teraz troche się staram.

  8. Ciekawe, czy tekst ministra właściwego od rozpędzania bijatyk pod cmentarzem wejdzie do klasyki: „Cieszenie się z tego, że (…) niegdyś dwukrotny premier decyduje się na to, aby wspólnie z przedstawicielami władz państwowych uczestniczyć w święcie stulecia odzyskania niepodległości, jest czymś dramatycznym”?

  9. Niska 63 to musiał być jakiś falowiec / mrówkowiec – tyle luda się dało zameldować.

  10. Nie będzie Mszy Św. bo biskup miejsca zakazał.

  11. Pojemna ta kamienica na Niskiej, tyle luda i tylko jeden etatysta, reszta przedsiębiorcy.

  12. „W związku z licznymi pytaniami dotyczącymi Mszy św. w dniu 11 listopada przy Pomniku Katyńskim oraz z faktem, że zaproszenie na tę Mszę św. wciąż znajduje się na stronie internetowej Marszu Niepodległości (www.marszniepodleglosci.pl) informujemy, że Kuria Metropolitalna Warszawska nie wyraziła zgody na dodatkowe Msze św. w dniu Narodowego Święta Niepodległości. Wszystkich wiernych gorąco zachęcamy do modlitwy w intencji Ojczyzny poprzez udział we Mszach Świętych odprawianych bardzo licznie we wszystkich kościołach według porządku niedzielnego. Na wspólną Mszę św. Jubileuszową za Ojczyznę, celebrowaną z udziałem władz kościelnych i państwowych, zapraszamy na godzinę 9.00 do Świątyni Opatrzności Bożej w Warszawie.
    Informujemy ponadto, że zgodnie z decyzją kard. Kazimierza Nycza, podczas Narodowego Święta Niepodległości proboszczowie i rektorzy kościołów mogą skorzystać z formularza „Modlitwa za Ojczyznę lub Miasto”.
    ks. Przemysław Śliwiński

    rzecznik prasowy archidiecezji warszawskiej”

    Jakby tego wszystkiego było mało to mamy jeszcze „nielegalną mszę”. Ta legalna zostanie odprawiona w masońskim przybytku.

  13. @Globalny Wieśniak @nebraska

    Kamienica przy Niskiej 63, tak jak inne warszawskie kamienice, domaga się zainteresowania varsavianistów. W roku 1930 księga adresowa nie wymienia żebraka spod cmentarza. W roku 1938 prasa wspomina 16-letniego złodziejaszka Nuta Tabermana z Niskiej 63. A trzy lata później:

    Powstają dziwaczne, niesamowite sytuacje: Cmentarz Żydowski na Okopowej – znalazł się poza obrębem getta. Przy tak ogromnej śmiertelności, – codzienne zabiegi o pochowanie zmarłych, związane z uzyskaniem przepustki przez bramy getta stają się istną udręką.

    12 IX 1941: ‚Byłem na Stawkach […]. Na tejże ulicy biedny kamasznik z żoną (starcy) mają pracownię w małym sklepiku. Przez ten sklepik przechodzi ludność na Niską. Nawet trupy się tędy przenosi’.

    Adama Czerniakowa dziennik getta warszawskiego

  14. pan Śpiewak od fundacji „Warszawa jest nasza” – zapewne wie gdzie, kto w Warszawie wtedy mieszkał, a mecenas Stachura zeznał na posiedzeniu komisji weryfikacyjnej, że też wie, a to info ma od wujka notariusza przedwojennego i od taty który też miał  dojście do adresów.

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.