lt. 012021
 

W Polsce mamy do czynienia od dawna ze zjawiskiem, które – mam wrażenie – rozlewa się teraz po całym świecie. Chodzi mi o fałszowanie opisów w imię tak zwanych wyższych celów. To jest chwyt w politycznym dżudo bardzo popularny i być może stary, ale ja, oceniając rzecz z naszej perspektywy, uważam, że swoje największe triumfy metoda ta święciła u nas właśnie. I święci je nadal. Mamy bowiem oto do czynienia, nieustająco, z cenzurą. Tyle, że przez kolejne dekady zmienia się przedmiot cenzury. Co innego się ukrywa, a co innego ujawnia, a wszystko w imię celów wyższych. Rzeczy, które można było z całym spokojem umieszczać w tekstach za komuny, dziś są herezją najcięższego kalibru, te zaś, które ujawnia się dziś, za komuny nie mogłyby się znaleźć w żadnej publikacji. Metoda ma wielką przyszłość, albowiem nie wiemy co nas czeka i o czym będzie można mówić swobodnie za 10 lat, a o czym trzeba będzie milczeć. Mistrzem absolutnym w stosowaniu wybiórczej, okolicznościowej cenzury, jest Ośrodek Karta, który zajął się ostatnio wydawaniem listów i wspomnień wybitnych postaci dwudziestolecia, z tym że z tych listów i wspomnień usuwa się jakieś kawałki, a zostawią się tak zwaną warstwę obyczajową. Ma to na celu zainteresowanie ludzi treściami obscenicznymi, a także wychowanie ich do konsumowania takich treści. Co się ukrywa nie wiem, albowiem Ośrodek Karta ma zdaje się do dyspozycji rękopisy, z których wybiera do publikacji co tam się zarządowi podoba. Dla nas dziś, najistotniejsze będą te rzeczy, które są ujawniane, bo one – właściwie odczytane – mówią nam wiele o metodach, którymi byliśmy obrabiani politycznie jako naród i jako klasa.

Ośrodek Karta wydał właśnie listy Stanisława Mackiewicza-Cata. Gros tych listów stanowi korespondencja z Michałem Kryspinem Pawlikowskim, którego tu kiedyś reklamowałem, ale zdaje się, że niepotrzebnie i zbyt opacznie. Listy, które Mackiewicz pisał do Pawlikowskiego są po prostu straszne, i nawet jeśli należało je opublikować, to w całości, a nie usuwając z nich jakieś fragmenty, a pozostawiając tam inne, w mniemaniu redaktorek, ciekawsze. Zanim wspomnę o szczegółach, kilka uwag natury ogólnej. Nasz problem polega na tym, że ludzie aspirujący do polityki nie mają żadnych możliwości działania realnego, a ich jedyną aktywnością jest publicystyka i literatura. Jakie to ma konsekwencje? No takie, że ludzie ci z istoty nie nadają się na polityków. Publicysta bowiem to ktoś, kto coś ujawnia i analizuje. Polityk zaś to ktoś, co wszystko ukrywa i czeka na okazję, by to wykorzystać z pożytkiem dla grupy, którą reprezentuje. My zaś ufamy, że nasi wybitni publicyści i pisarze polityczni są jednocześnie politykami i mogą stawać jak równi z równymi, z przedstawicielami klasy politycznej państw obcych. To jest nieprawda. Jesteśmy zamknięci w bardzo sprytnej pułapce, z której nie ma wyjścia, albowiem jeśli nawet okaże się, że ten i ów publicysta polityczny nie spełnił naszych nadziei, to zawsze pozostaną nam jego listy, w których opisuje on swoje stosunki z dziewczynami. I to powinno nam, w mniemaniu kolejnej oszukańczej klasy, czyli wydawców sponsorowanych przez państwo i zatrudnianych przez nich redaktorów, wystarczyć. Nie wiem jak Wam, ale mnie to nie wystarcza.

Sprawy mają się tak – literaci i publicyści parający się polityką to fałszywa kasta kapłańska, podłożona w miejsce kapłanów prawdziwych i prawdziwych bankierów albo ludzi znających się na pieniądzu. To są plewy, które mamy wciągać nosem nie bacząc na to, że są trochę grube i kłują. No i brać za dobrą monetę wszystkie ich oceny i analizy. Nie możemy tak czynić, albowiem to prowadzi nas do katastrofy politycznej, a poza tym w pewnej chwili orientujemy się, że każdy literat lub publicysta deklarujący chęć działania w polityce to agent. Ma on jeszcze bowiem, prócz owej chęci i smykałki do polityki, także zestaw deficytów, czyniących zeń kukłę w rękach organizacji jawnie nam wrogich. I tak jest ze wszystkimi. Im szczerzej się uśmiechają, im więcej dobroci, albo przenikliwości mają w swoich bławatnych oczętach, tym jest gorzej.

Czy to znaczy, że nie można w ogóle pisać nic o polityce? Można, ale trzeba coś najpierw rozważyć w sercu. Jeśli się ma pieniądze i smykałkę do ryzyka, a także jeśli reprezentuje się organizację na tyle silną i świadomą, że jest się pewnym jej poparcia, można się zająć polityką i pisarstwem jednocześnie. No, ale wtedy publicystka nasza musi mieć charakter propagandowy, a nie literacki i anegdotyczny. W takim ujęciu, politykami w Polsce byli jedynie Hipolit Milewski i Edward Woyniłłowicz, którzy swoje wspomnienia ogłosili pod koniec życia, albo wręcz opublikowano je po ich śmierci. Politykami byli także wszyscy socjalistyczni gangsterzy, ale nie sposób wskazać dokładnie, jaką grupę oni reprezentowali. Na pewno nie Polaków, choć niektórym mogło się tak zdawać. Politykiem, co pewnie niektórych zaskoczy był także Jan Gottlieb Bloch, który opublikował swoje gospodarcze analizy w mniemaniu, że otworzy mu to drogę do wielkiej polityki właśnie. Niestety zmarł, otoczony wrogością i niechęcią gangu finansowanego przez Kronenbergów.

Teraz przejdźmy do tego, co jest w listach Cata do Pawlikowskiego i innych. Generalnie obscena. Mackiewicz bowiem, co zdaje się nie było tajemnicą, dotknięty był jakąś odmianą priapizmu, a do tego był ekshibicjonistą. To go niestety nie skreśliło z listy osób organizujących politykę w Polsce i na emigracji, a powinno. Wszystko jednak ułożyło się tak, że cała emigracja, łącznie z rządem, była złożona z ludzi, którzy chcieli zajmować się literaturą, a do tego mieli tak straszne ograniczenia i szajby, że w zasadzie można wobec nich użyć tylko jednego słowa – małpiarnia. Sam Mackiewicz napisał o emigracji, że była to zgraja maniaków i pederastów, którzy śpiewali nabożne pieśni (albo jakoś podobnie). No i nie mieli pieniędzy, a także nie potrafili się o nie postarać inaczej, jak tylko poprzez podpisywanie kwitów agenturalnych. My dziś traktujemy wszystko, co ci ludzie stworzyli, z czcią niemal nabożną i uważamy, że to jest Polska, taka, jaką chcielibyśmy widzieć. To nieprawda, taką Polskę, musimy sobie sami opisać, nie oglądając się na polityków, którzy mówią i piszą po to, by niczego nie ujawnić i na agentów, którzy próbują naśladować dziś londyńską emigrację albo przedwojennych publicystów, pisząc z tym samym zaśpiewem i tą samą fałszywą troską.

Jeśli zaś idzie o te listy Mackiewicza do Pawlikowskiego, o to jego zatroskanie językiem polskim i umierającą tradycją, to wymiękłem dopiero przy liście, w którym opisuje on walor jaki ma w sobie mocz nastoletniej dziewczyny oddawany na ręce starszego pana. Przypomnę, że był to brat Józefa Mackiewicza, który nie utrzymywał z nim żadnych kontaktów, a także premier rządu emigracyjnego. W pewnym momencie pan Stanisław grzecznie wrócił do kraju i podpisał co mu tam ubeki podsunęli, no i żył tu otoczony legendą i wianuszkiem wielbicielek, aż nie umarł na cukrzycę czy na coś tam. Myślę, że z innymi było jeszcze gorzej, a o Jerzym Giedroyciu i jego kolegach gejach, którzy nie mogli podjąć w związku ze swoimi deficytami ani jednej samodzielnej decyzji, to w ogóle szkoda gadać.

  23 komentarze do “Fałszywa kasta kapłańska, czyli o ludziach mylących literaturę z polityką”

  1. Kartę kupowałam, czytałam, ale gdzieś z 7 lat temu, może 10 lat temu przestałam, bo zmienił sie charakter pisma,  narzucono trynd redakcyjny był wyraźnie skierowany przeciwko społeczeństwu polskiemu,  taki jakby tworzony przez członków UD, UW, PO, nie dało się tego czytać , w moim odbiorze stało się to pismo w opozycji do polskiej historii, polskich doświadczeń , polskich krzywd , itd .

    No od tamtej czasami na targach książki przy wyprzedaży dokupiłam sobie egzemplarz Karty, dokładnie przeglądając czy nie jest wraży w swej treści.

  2. Piękne i zamaszyste sprzątanie !
    Dzięki  wyrazam serdeczne 🙂

  3. Przeczytałam to coś i jest to naprawdę wstrętne. A pisze to facet, który ma świadomość, że każdy ten jego list jest czytany przez bezpiekę.

  4. Myślę, że dużo się nie zmieniło. Narzekanie na „polski antysemityzm” w II RP i lansowanie postaci Michała Römera oraz opowieści tegoż o życiu obyczajowym Polaków we Wilnie przed I WŚ tj. czytaj funkcjonowanie domów publicznych tamże. Nie wiem tylko jaki interes ma w tym polski podatnik.

    https://karta.org.pl/projekty/wydanie-fragmentow-dziennikow-michala-romera-milosc-lupanaru-dziennik-intymny-wilenskiego

  5. Tak, ten też był niezły. Skuteczność na odcinku „dymanie” miał nieprawdopodobną, szkoda, że inne sprawy zostawił odłogiem.

  6. Oni tam wydają same lewackie brednie

  7. pismo pomyślane jako opisujące codzienność, przeszłość naszego społeczeństwa, jego przetrwanie,  stosuje poprzez dobór tematów recenzowanie nas ze swojego 'geremkowskiego’ punktu widzenia.

  8. Dzień dobry. Rzeczywiście, „posprzątane”, ale też, powiem szczerze, odkrycie – żadne. Wiele tu już było napisane o tym, jak to komuna organizowała sama sobie opozycję, o bardzo starej zasadzie, że żeby zwyciężyć z pewnością, trzeba walczyć po obu stronach, itp, itd. Autodemaskacje niegdysiejszych opozycyjnych bardów podskakujących dziś z różnymi Giertychami dopełniają obrazu porażki i dostarczają ponurej satysfakcji, że jednak nic się nie zmienia. Tak jak i organizacji ciągle nie ma, takiej która – gdyby istniała – dopiero mogłaby reprezentować Polaków. Nie powstanie, bo cały system działa po to, by uniemożliwić jej powstanie. Tam naprawdę siedzą prawdziwi fachowcy, nie mylić z tymi wystawianymi na widok publiczny, jako igrzyska dla ciemnego ludu.

  9. Witam. Przywracanie „ślepcom wzroku” to duży dar, Panie Gabrielu nomen omen. Dzięki!

  10. a tak jeszcze skoro wspomniano nazwisko Giedroyć, to mi się skojarzyło  z  I tomem Socjalizm i śmierć ,

    na yt zawieszono dwie części filmu o Giedroyciu  i w pierwszej części gdzieś tak na początku może 3 -5  minuta, opowiada on o swoim pobycie w czasie I WŚ w Petersburgu i mówi że, …

    lubił rozkręcać gilzy od nabojów bo one miały zapach karmelków,

    / tak w nawiązaniu do cukrowni  …/

  11. Ma Pan rację, czytał  kto chciał i nie chciał. Część tych informacji wygląda jak donosy.        A drukowanie tego w takiej ocenzurowanej postaci, ma podobny charakter.

  12. Tak się zastanawiam, czy prl nie mogła sobie stworzyć jakiejś, jakby to ująć, bardziej profesjonalnej opozycji? Z jednej strony – nie musiała, bo przecież ta opozycja ma się dobrze do dziś – a więc spełnia swe zadanie. Z drugiej strony – mam wrażenie, że to wszystko, te wszystkie gipsowe posągi niedługo pokruszy się do reszty i nie zostanie już nic, prócz nas, Polaków, z oczami wciąż coraz bardziej zdziwionymi tą pustką.

  13. Prl lubował się w sobie podobnych. Ci lepsi nie chcieli się do tego zamtuza wpisywać.

  14. Też mi odkrycie Karty. Wiadomo było że Cat korzystał z pozycji i lgnących do niego zmp-ówek oraz dziwek z hotelu Polonia zwanych „polonistkami”.

    Tylko po co karta z lubością tak to eksponuje? Może żeby przykryć jego niegłupie analizy polityczne? Nie wiem, tak dywaguję.

  15. Te analizy były jednak głupie. Wszystkie opublikowano w PRL i niczego nie trzeba przykrywać. Cat ma swoich wielbicieli i wyznawców

  16. Ale mimo wszystko gdzieś Karta chyba nie wyważyła proporcji. Albo to taka gra pod publikę. Macie tu seksu trochę.

    Choć nie wykluczone że mu przypiszą walkę z komuną poprzez seks z zmp-ówkami. Bo do Pawlikowskiego pisał, że ma wlk. satysfakcję z seksu z tymi wielbicielkami systemu, którą są puszczalskie.

  17. A może on był mitoman zwykły, bo trudno sobie wyobrazić, by młode dziewczęta, nawet te zmp -ówki,  były zainteresowane takim starym obleśnym capem. A „Karta” sama się reklamuje,że te jej książki, to „montaż świadectw”.

  18. No i wychodzi na to, że czym mniej człowiek czyta tych przygotowywanych przez różne gremia „niezbędników inteligenta”, tym mniejszą ma szansę zgłupieć do reszty 🙂

  19. No ja też się dziwię tym dziewojom. Ale czy komunistki mogły być mądre?

  20. Do ilustracji dodałem zaczerpnięte z internetu od wileńskich Polaków zdjęcie najpiękniejszego pomnika nagrobnego na Rossie

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.