Lis 272013
 

Jak wódz Charcząca Łasica fundusze powiernicze zakładał

Jak pewnie zauważyliście rozpoczęliśmy sprzedaż nowej książki „Baśń jak niedźwiedź. Historie amerykańskie. Część I”. Różni się ona od poprzednich moich książek, nie tylko z tego względu, że jest inaczej skonstruowana. Nadałem jej także nieco inny styl. Zarówno konstrukcja jak i wspomniany styl są tworami hybrydalnymi. Wszystko przez to, że ja się bardzo łatwo nudzę i nie potrafię powtarzać tych samych wzorów. Nawet jeśli przyniosły sukces. Uważam, że trzeba iść na przód i korzystać z nowych pomysłów. Najpierw słów kilka o konstrukcji nowej Baśni, ale naprawdę kilka. Można by rzec, że to jest treść drugiego tomu, wtłoczona w ramy pierwszego. Jak to wyszło sami ocenicie, ale taki sposób wydawał mi się korzystny i potrzebny, albowiem jest Baśń amerykańska jedynie początkiem drogi, nowej ścieżki w gęstwinę, a raczej kilku ścieżek, i na razie trzeba było wyznaczyć jakieś kierunki marszu. Tak to właśnie wygląda. Jeśli zaś chodzi o styl, to jest on nieco bardziej publicystyczny i nieco bardziej baśniowy jednocześnie. Sami zresztą zobaczcie.

Jak wódz charcząca Łasica fundusze powiernicze zakładał

Daleko, daleko na zachodzie, tam gdzie dawniej kończyły się tory kompanii Union Pacific, w dzisiejszym stanie Nevada, stało sobie miasteczko otoczone kilkoma farmami. W jednej z nich mieszkała rodzina Wilsonów wraz ze swoim przybranym synem Jackiem. Był on Indianinem pochodzącym z plemienia Pajute. Nie było z niego pociechy ani pożytku. Opowiadał ludziom, że jego ojciec był szamanem, który potrafił rozmawiać z duchami, ale wszyscy w okolicy wiedzieli, że to nieprawda. Stary Jacka, był po prostu typowym indiańskim alkoholikiem, który przegrał z cywilizacją i próbował oswajać ją za pomocą butelki mescalu. I tak aż do śmierci. Z Jackiem nie było lepiej. Popijał kiedy tylko mógł i właściwie wszystkie zarobione pieniądze przeznaczał na wódkę. Kiedy nie miał grosza przy duszy kradł. Najbardziej lubił zakradać się do składziku stojącego przy farmie Franka. Tam w beczkach i starych butelkach stało coś, co Jack kochał ponad wszystko, przedestylowany samogon pędzony na owocach opuncji. Stary Frank był mistrzem w produkcji tego trunku, a tajemnicę destylacji przywiózł ze sobą jeszcze z Europy. Był bowiem Frank emigrantem świeżej daty, naprawdę nazywał się Franciszek Grula i pochodził z miejscowości Siepraw pod Krakowem. Tak tak mili moi, możecie mi nie wierzyć, ale tak właśnie było. Kiedy Jack Wilson po cichutku podkradał się do składu Franka, by ściągnąć jedną czy dwie butelki z półki ten już na niego czekał z dubeltówką. Jack był nieco ospały umysłowo i zawsze wydawało mu się, że przechytrzy Franka, choć udało mu się to zaledwie kilka razy. Kiedy Frank widział, że ręka Jacka Wilsona wysuwa się zza węgła i sięga do skobelka, dawał najpierw salwę z obu rur w powietrze, potem ładował broń od nowa i kierując lufę w stronę uciekającego między kaktusami Jacka Wilsona strzelał raz jeszcze. Wołał przy tym zawsze w swoim ojczystym języku: o żesz ty wywłoko jedna, jeszcze raz cię tu zobaczę to ci łeb odstrzelę!
Były to czcze pogróżki, bo Frank nie chciał wcale zabić Jacka, chciał go tylko nauczyć poszanowania dla cudzej własności. Ponieważ Jack zakradał się do składu Franka prawie codziennie, okrzyk: O żesz ty wywłoko….! zapadł w pamięć okolicznych mieszkańców. Tak białych, jak i kręcących się pomiędzy kaktusami Indian. Nie potrafili oni poprawnie wymówić słowa wywłoka, ale spodobało im się ono i kiedy tylko widzieli Jacka jak kręcił się koło farmy czy łaził po miasteczku wskazywali do palcem i mówili: wovoka! A potem śmiali się i ruszali w swoją stronę. I tak to właśnie się utrwaliło. Jack Wilson, którego prawdziwego, plemiennego imienia nikt nie zapamiętał, został nazwany Wovoka.
Kiedy zaczął przysparzać swoim przybranym rodzicom jeszcze więcej kłopotów stracili oni do niego cierpliwość i poprosili pewnego dnia Franka, żeby następnym razem kiedy Jack podkradnie się do jego farmy nie spudłował. Oni mu nawet dopłacą za tę przysługę, byle tylko zakończył jakoś ich udrękę. Frank nie zgodził się, był bowiem katolikiem i zabijanie niewinnych alkoholików biegających pomiędzy kaktusami nie mieściło mu się w głowie. O, jakiż błąd popełnił wówczas Frank, były mieszkaniec gminy Siepraw pod Krakowem, gdyby mógł przewidzieć do czego zdolna jest taka wywłoka jak Jack Wilson zwany Wovoka.
Kiedy Frank odmówił Wilsonowie udali się do rezerwatu Indian Pajute i poprosili tamtejszego agenta pana Elichu Bromdena, by wziął Jacka z powrotem i dał mu jakąś robotę przy bydle, ale gdziekolwiek, żeby tylko nie było go na farmie. Pan Elichu, człowiek przedsiębiorczy i odważny, który zmonopolizował cały handel indiańską konfekcją w Nevadzie i Utah pochodził z miasteczka Czernichów również położonego pod Krakowem. Słysząc z czym przychodzą Wilsonowie poskrobał się po swojej siwiejącej czuprynie i powiedział, że nie zabierze Jacka do rezerwatu, bo nie chce kłopotów, ale znajdzie mu dobrą robotę. I tak się stało.
Oto pewnego dnia, a było to gdzieś koło roku 1887 pod farmę Jacksonów podjechał elegancki czarny dyliżans. Wysiadł zeń ubrany w czarny surdut, poważny mężczyzna ze skórzanym kuferkiem w dłoni. Ukłonił się najpierw pani Wilson, a potem panu Wilsonowi i poprosił, by wpuszczono go do środka. Kiedy już się tam znalazł ujrzał siedzącego na ławie Jacka, który ze smętną miną wydłubywał nożem brud zza paznokci. Odziany w czerń mężczyzna zwrócił się doń ze słowami: – Szanowny panie Wywłoka, jestem delegatem rządu Stanów Zjednoczonych, pracuję w sekretariacie senatora Dawes’a i mam dla pana pewną propozycję….w tym miejscu zawiesił głos….
Nie nazywam się wywłoka tylko Jack Wilson – odrzekł na to Wovoka, który pod takim właśnie imieniem przeszedł do historii.
Szanowny panie Wywłoka – rzekł na to człowiek w czerni – ja także nie nazywam się Michael Sanders, ale kogo to obchodzi? Mamy interes do obgadania.
Po tych słowach otworzył swój kuferek i postawił na stole butelkę najprawdziwszej szkockiej whiskey. Uczynił to z taką mocą, że aż zadudniło. Pochodził on bowiem z miasteczka Garwolin nieopodal Warszawy, gdzie jego tata prowadził szynk w dobrach miejscowego dziedzica, on sam zaś póki nie wyemigrował, usługiwał w tym szynku podając wódkę odzianym w kożuchy woźnicom. Miał więc ów człowiek sporą wprawę w stawianiu butelek na stole.
Potem wszyscy, razem z Wilsonami, o czymś rozmawiali po cichu, a kiedy skończyli mężczyzna odjechał i nigdy już więcej nikt nie widział go w tamtych okolicach.
Jack zaś ku rozpaczy swoich przybranych rodziców wypił sam całą butelkę whiskey, upadł na podłogę i dostał drgawek. Zachodziła obawa, że to padaczka alkoholowa, ale jakoś z tego wyszedł. W następnych dniach zaś po wszystkich indiańskich rezerwatach na zachodzie rozeszła się wieść, że oto w w Nevadzie pojawił się indiański mesjasz, który głosi dobrą nowiną i zapowiada rychłe odejście białych oraz powrót bizonów na wielkie równiny.
I nie wiem doprawdy skąd się Jackowi wzięły te bizony, bo pochodził on z plemienia, którego nazwę da się przetłumaczyć jako zjadacze ryb. Ryb – kapujecie? Nie bizonów. Inna sprawa skąd na pustyni Nevada Pajutowie brali ryby, no ale może mieli dobrego dostawcę, nie będziemy tego teraz zgłębiać.
Bizony były stałym elementem przepowiedni Jacka i miało to swoją logikę, albowiem ludzie którzy go wynajęli chcieli by narracja przezeń firmowana trafiła właśnie do łowców bizonów. I nie trzeba było długo czekać na tych łowców, bo już w miesiąc po wyjeździe człowieka w czerni z butelką w kuferku przed farmą Wilsonów pojawili się dwaj Indianie na koniach. Byli to ludzie z plemienia Lakota, mieszkańcy wielkiego rezerwatu Siuksów nad Missouri. Jeden z nich miał na imię Charcząca Łasica, a drugi Rączy Skunks. W rzeczywistości nazywali się inaczej, ale z ostrożności procesowej postanowiłem zmienić ich imiona.
Howgh – powiedział, zsiadając z konia Charcząca Łasica. Rzekł tak ponieważ wiele czasu spędzał ostatnio w miejskiej bibliotece w Standing Rock, gdzie z pewnym niedowierzaniem zaczął przyswajać sobie prozę Karola Maya.
Howgh – powtórzył – jednak stojący na schodach Wovoka w ogóle nie zrozumiał o co mu chodzi.
I wtedy z pomocą Charczącej Łasicy przyszedł Rączy Skunks. Nie zsiadając z konia odezwał się w te słowa: – Ty jesteś Wywłoka?
Zaraz ci dam wywłokę szamanie jeden – rzekł na to Jack – odwrócił się by podnieść leżącą na ganku dubeltówkę.
Wtedy jednak Charcząca Łasica przypomniał sobie, że przecież od stuleci Indianie używają tego swojego esperanto czyli języka gestów. Wykonał więc szybko kilka ruchów rękami i zdenerwowany Jack Wilson alias Wywłoka vel Wovoka odłożył strzelbę.
Wchodźcie do środka – powiedział. I oni weszli. Kiedy zaś weszli Jack postawił na stolę flaszkę bimbru, którą udało mu się zwędzić ze składziku Franka, a oni ze swoich woreczków na amulety wykonanych z worków mosznowych najzaciętszych wrogów, wyciągnęli papiery świadczące, że są tymi ludźmi, za których się podają, czyli ludźmi senatora Dawesa.
Pogawędzili chwilkę, „zrobili” – jak to mawiał Frank – flaszeczkę i tak się skończyło do spotkanie. Jack alias Wywłoka, uwalił się w swoim barłogu, a Charcząca Łasica i Rączy Skunks odjechali kolebiąc się w siodłach.

Daleko, daleko na wschód od farmy Wilsonów położony był Wielki Rezerwat Siuksów, czyli Indian Lakota. Byli to ludzie zawzięci, waleczni, ale nieszczęśliwi. Odebrano im tereny plemienne i zapędzono do rezerwatu, a mniej więcej od połowy lat siedemdziesiątych próbowano podzielić i ten rezerwat. Nie było to łatwe, bo wśród Lakotów było kilku charyzmatyków mających wielki wpływ na decyzje plemienia. Byli to wodzowie Czerwona Chmura, Cętkowany Ogon i Siedzący Byk. Ten ostatni powrócił niedawno z Kanady, bo tamtejsze władze nie przedłużyły mu wizy imigracyjnej.
Z Czerwoną Chmurą był najmniejszy kłopot, kiedyś odwiedził on Waszyngton, najadł się lodów truskawkowych, obejrzał żyrandole w hotelu i uznał, że biali są nie do pokonania. Tak więc podpisywał co mu tam podsuwano i był grzeczny. Cętkowany ogon, który miał smykałkę do negocjacji wielokrotnie porozumiewał się z białymi i w pewnym momencie poczuł, że ich rozumie i oni rozumieją jego. Oczywiście wiedział, że chcą oni znów zmniejszyć rezerwat, a uzyskaną w ten sposób ziemię sprzedać, ale liczył na to się z nimi dogada. Robił to już nie raz przecież. Biali jednak nie mieli ochoty dogadywać się z Cętkowanym Ogonem i wynajęli jakąś indiańską wywłokę (nie mylić z Jackiem Wilsonem), która zastrzeliła Cętkowanego Ogona pewnego poranka, kiedy jechał on konno wzdłuż Missouri. Pozostał więc tylko Siedzący Byk.
Najpierw próbowano go zlekceważyć i przysłano do rezerwatu ludzi obiecujących Indianom bydło, jeśli zgodzą się oddać ziemię i żyć na wyznaczonych im działkach. Siedzący Byk wyśmiał ich. Inni zrobili to samo. Potem wzięto się na sposób i obiecano Indianom deal następujący: oni godzą się na życie na 65 akrowych działkach, resztę ziemi zaś sprzedaje się osadnikom po 50 centów za akr, a pieniądze wpłaca się na założone dla Indian fundusze powiernicze. Takie mocno podobne do naszych otwartych funduszy emerytalnych. Gorącym zwolennikiem i orędownikiem tego pomysłu był wódz Charcząca Łasica, którego już poznaliśmy. Siedzący Byk, którego odwiedził sam senator Dawes, tylko kiwnął palcem słysząc taką propozycję, co widząc, wszyscy Indianie opuścili namiot, gdzie toczyły się negocjacje i wyszli, pozostawiając senatora i jego kumpli w środku. I już wydawało się, że nic nie wyjdzie z podziału Wielkiego Rezerwatu Siuksów liczącego sobie 9 milionów akrów, kiedy na arenę dziejów wkroczyli ludzie, których nazywać tu będziemy Wielkimi Przyjaciółmi Indian.
Teraz mała dygresja: jeśli kiedyś usłyszycie, że ktoś jest wielkim przyjacielem Polaków, bierzcie nogi za pas, nie ma co czekać. Naprawdę. Nie sięgajcie nawet pod dubeltówkę.
Wielcy Przyjaciele Indian stwierdzili, że 50 centów za akr to jest stanowczo za mało, tym bardziej, że mają powstać przecież te otwarte fundusze emerytalne dla Indian. Trzeba im więc zapłacić półtora dolara za akr, pieniądze wpłacić na fundusze, z których wypłacać się im będzie je w miarę potrzeb, ale dopiero wtedy kiedy się ucywilizują. Co jak wiadomo jest procesem długotrwałym i niebezpiecznym.
Siedzący Byk oczywiście o niczym nie chciał słyszeć. O żadnym podziale rezerwatu, ani o sprzedaży ziemi. Żeby go trochę uspokoić zaproponowano mu dobrze płatną pracę w cyrku Buafflo Billa, ale po dwóch latach wódz z niej zrezygnował i wrócił do rezerwatu. I wtedy właśnie w jego domu, smutnym starym domu pozbawionym mebli pojawili się dwaj ludzie: Charcząca Łasica i Rączy Skunks. Przetrzeźwieli już trochę, bo z Nevady do Południowej Dakoty jest jednak kawałek drogi, ale wódą jechało od nich jednak ciągle. Siedzący Byk usiał na podłodze i zasłonił nos i usta kocem.
Stańcie po zawietrznej do cholery – powiedział – wiecie, że nie piję i nie znoszę zapachu wódki. Żądanie to miało swój sens w domu wodza były bowiem straszliwe przeciągi.
Sorry – mruknął na to tylko Rączy Skunks i zatkał sobie usta wielką dłonią.
Charcząca Łasica zaś zaczął opowiadać o tym co ich spotkało w stanie Nevada. Zawodził przy tym i robił różne dziwne miny sądzą, że tym sposobem zmiękczy serce Siedzącego Byka i przekona go to lansowanych przez siebie treści.
Widzieliśmy mesjasza – mówił Charcząca Łasica – powiedział, że mamy tańczyć taniec ducha, w specjalnych białych koszulach, których nie imają się kule! Oooo! Zaprawdę! Tak mesjasz powiedział! Gdy będziemy tańczyć, wtedy biali znikną, powrócą nasi zmarli i na preriach znów paść się będą bizony.
Siedzący Byk ziewnął. Wiedział bowiem ile czasu spędza Charcząca Łasica w miejskiej bibliotece i jakimi treściami zatruwa swoją i tak wątłą duszę.
A ty co powiesz – tu wskazał palcem na Rączego Skunksa –
OOOO! – zawył Rączy – OOOO, kiedy wracaliśmy, mesjasz leciał nad nami przez pół drogi i uczył nas nowych pieśni religijnych. OOOO! To wszystko prawda!
Siedzący Byk chciał pozostać przez chwilę sam.
No to tańczcie – powiedział – ale mnie do tego nie mieszajcie.
Po czym kazał im wyjść. Przed wyjściem zaś zażądał tylko by pokazali mu jedną z tych cudownych koszul, które dał im mesjasz.
Charcząca Łasica pogrzebał w węzełku, który wniósł ze sobą i wyjął stamtąd nierozpakowaną jeszcze z folii białą, lnianą koszulę. Siedzący Byk, który w tajemnicy przed wszystkimi nauczył się czytać, zerknął na metkę wszytą przy karku i odczytał napis. Brzmiał on: Mendelshon und sohne. Pod tym napisem była jeszcze nazwa miasta, w którym koszulę wyprodukowano, ale nazwy tej wódz nie potrafił przeczytać poprawnie. Była bardzo dziwna. Litery układały się w słowo, którego w Wielkim Rezerwacie Siuksów nie mógłby przeczytać nikt: Łódź.
Kiedy Charcząca Łasica i Rączy Skunks wyszli, wódz pokręcił głową i zamyślił się. Nie wiedział, czy postąpił słusznie, może trzeba było zakazać ludziom tego tańca?

Następne dni przyniosły prawdziwą katastrofę. Indianie słysząc o mesjaszu, o koszulach i rychłym odejściu białych, zaczęli tańczyć całymi dniami, bez opamiętania. Wojsko zaś zaczęło gromadzić się wokół Wielkiego Rezerwatu Siuksów na Missouri. I wtedy wódz Siedzący Byk spostrzegł, że pomylił się straszliwie zezwalając Charczącej Łasicy i Rączemu Skunksowi na propagowanie tańca ducha. Było już jednak za późno.

Z funduszami powierniczymi bowiem jest już tak, że kiedy się je zakłada dobrze jest przeczytać dokładnie jak sformułowana jest umowa. Tego zaś żaden z Indian nie potrafił. Nie potrafił tego dobrze zrobić nawet sam senator Dawes, znany jako twórca ustawy Dawes Act mówiącej o podziale indiańskiej ziemi. Pomyślcie: 9 milionów akrów, po półtora dolara za akr, wszystko w funduszach powierniczych, których właścicielami de nomine są Charcząca Łasica i Rączy Skunks i ich krewniacy….Jaka to jest wielka pokusa….

Kiedy już było po wszystkim, kiedy zabito Siedzącego Byka, rozstrzelano kobiety i dzieci nas strumieniem Wounded Knee, kiedy podzielono rezerwat, sprzedając ziemię osadnikom z Europy, a pieniądze wpłacając na fundusze powiernicze, ci co pozostali nad Missouri nadali nowe imię senatorowi Dawesowi. Brzmi ono w języku Lakota Cza lasla narzin co na polski da się przetłumaczyć jako Stojący Słup.

Zapytacie co się stało z Charczącą Łasicą i Rączym Skunksem? Już mówię. Dostali oni angaż w cyrku Buafflo Billa i wyjechali na tournée do Europy. Zarobili tam niezły kawałek grosza, ale pieniędzy należących się im z tytułu funduszy powierniczych nie zobaczyli nigdy.

Po książkę zapraszam na stronę www.coryllus.pl Prócz książki sprzedajemy także koszulkę, która nie jest niestety kuloodporna, ale jest na nie charakterystyczny bardzo nadruk, który silnie koresponduje z treścią Baśni amerykańskiej. Ten kto ma dobry wzrok dostrzeże to w mig, innym tłumaczył nie będę. Dla pierwszych 20 klientów koszulki są za darmo.

Przypominam także o spotkaniach.7 grudnia Toyah ma spotkanie w księgarni Latarnik przy Łódzkiej 8 w Częstochowie, a dwa dni wcześniej – 5 grudnia ja i Grzegorz Braun mamy spotkanie we Wrocławiu. Nie wiem jeszcze gdzie ani, o której. 11 grudnia jesteśmy w Błoniu, a 14 grudnia ja i Toyah będziemy mieli wieczór autorski w Katowicach u franciszkanów.

  13 komentarzy do “Jak wódz Charcząca Łasica fundusze powiernicze zakładał”

  1. Czy tytuł jest tak celowo napisany? No chyba, że jak to w życiu – raz na wozie , raz pod wodzem:)

  2. Andersen dla dorosłych tubylców znad Wisły 😉

  3. Dobra robota i dobry termin – juz zamowilma, bedzie prezent nie tylko dla meza. Dziekujemy za wszystkie Basnie i inne ksiazki.

  4. Moraly z opowiesci –
    Rozmowy z duchami zwiastuja smierc tych, ktorzy nie bardzo w nie wierza.
    Beneficjentami sa nie ci, ktrzy biora udzial, ale ci, ktorzy inwestuja.

  5. jeśli Siedzący Byk urządza coś na kształt własnego tańca z duchami , co z tego może wynikać ???
    Męczą mnie ci wczorajsi staruszkowie opisani na blogu …. mam takich dwu , jeden wierzy w dobre intencje masonów , drugi przeciwnie …. żaden przy masonie nawet nie stał ….. mimo sprzecznych opinii żaden z nich nie trafia w sedno …. Powtarzają wyuczone tezy , tańczą swoje tańce , nie umieją krótko mówiąc rozpoznać prawidłowo interesu narodowego , i realnej sytuacji …

  6. I marzą o tym, by przemawiać do nabitej sali.

  7. Niezłe, prawidłowo cyniczna ocena historii. Ale, tak dla porządku — z kontekstu wynika, że bohater opowiadania wydłubuje sobie chyba jednak brud, nie bród. No i, przez szacunek do zacnej tradycji, whiskey to raczej nie bywa szkocka, lecz amerykańska, co najwyżej irlandzka. A szkocka to whisky. Trudno też podejrzewać, by nawet najgłupszy naciągacz marnował porządną szkocką na jakiegoś przewlekle nabzdryngolonego Indiańca o gardle wygarbowanym jak dębowa beczka — szkoda sensu, spokojnie wystarczyłaby flaszka produkcji Janka Danilczuka spod Drohobycza, której nazwę historia niesłusznie przypisuje Jasperowi Newtonowi Danielowi, potomkowi imigrantów z Walii i Szkocji.

  8. Przepiękny film pokazujący Wodza Nerwowego Byka podczas prowadzenia spotkania przez przepiękną squaw będącą córką Wielkiego Szamana u tegoż Wodza.

    http://www.youtube.com/watch?v=RbmjH2Y0Tqo

    Proszę porównać inteligencję werbalną squaw z Bardzo Mądrego Plemienia
    z inteligencją werbalną wodza z Bardzo Silnego Plemienia.

    Które plemię będzie dominować w czasach biegania za bizonami na prerii – to z większa inteligencją motoryczną
    a które plemię będzie dominować w czasach prasy, telewizji i kina – to z większą inteligencją werbalną.

  9. A swoja drogą to Czerwona Chmura archetypicznie zareagował na lody i żyrandole, bo co poniektórzy do dziś koncentruja sie na kręceniu lodów, a innym z kolei żyrandole belwederskie imponują…

  10. Nie sięgajcie nawet pod dubeltówkę. – mała literówka

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.