lis 292023
 

Zanim przejdę do rzeczy dwa ogłoszenia. Od czwartku, od 10.00 do niedzieli do 17.00, jesteśmy z Lucyną na Targach Książki Historycznej pod Zamkiem Królewskim. Z przerwami na sen rzecz jasna. Będzie specjalna promocja.

Najprawdopodobniej w sobotę będzie z nami Hubert, który wrysowywał będzie autografy do książki „Gniew. Bitwa Wazów” i do innych swoich prac.

Ponieważ przez ostatnie dwa dni, sprzedało się sporo książek, wysyłka będzie realizowana wolno. Z powodu, o którym napisałem wyżej – jesteśmy na targach i nie możemy jej usprawnić. Dział wysyłek to jedna osoba.

Teraz do rzeczy. Na ekrany kin wszedł film „Napoleon” Ridleya Scotta, który już od pół roku wywołuje wielkie emocje u ludzi zainteresowanych historią. Chodzi mi tutaj o ludzi zainteresowanych historią w szczególny sposób, czyli takich, którzy uważają się za ekspertów. No więc ci eksperci czekali pół roku, mrucząc coś tam półgębkiem, na tego Napoleona, po to, żeby zacząć wygłaszać opinie na jego temat. Tymczasem już z samej zajawki widać było, że ten film to jakaś nędza, a Ridley Scott robi swoje obrazy, bo mu za to płacą, a nie dlatego, że przeżywa historię i współczesność własnego kraju tak intensywnie, że okresowo wpada w depresję – jak Kurosawa. Nie wiem, jak to się dzieje, że nikt z wypowiadających się o filmie ludzi, a przynajmniej ja na takich nie trafiłem, nie zauważył, że tak zwani wielcy reżyserzy to stajnia. Żeby się do niej dostać trzeba coś podpisać, zrobić jeden lub dwa zakłamane filmy i jechać po tematach, które gwarantują oglądalność. Dlaczego gwarantują? Bo wśród publiczności są rzesze znawców, całkowicie przekonanych, że Ridley Scott zrobił film o Napoleonie specjalnie dla nich. Żeby mogli wypowiedzieć się na temat scen bitewnych, kroju mundurów i gry aktorskiej. To mnie nieustająco zdumiewa. Ludzie, którzy nie wiedzą nic o grze aktorskiej, a o bitwach czytali w książkach Łysiaka, albo innego jakiegoś autora, uważają, że posiedli stosowną legitymację do oceny nowego filmu Scotta. Na jakiej podstawie? Kiedy Kossak miał malować Somosierrę czy inną jakąś bitwę, jechał na miejsce i dokonywał wizji lokalnej. Gromadził materiały i organizował seminarium z udziałem kolegów malarzy i sponsora, którym tłumaczył wszystko i pokazywał dlaczego ma być tak, a nie inaczej. Do oceny filmu „Napoleon” wystarczy, że jeden z drugim coś tam kiedyś przeczytał. Powtórzę – ten film zapowiadano jako film dla kucharek. A wiemy to dlatego, iż podkreślano wątki miłosne w zajawce. Główny bohater zaś wygląda jak upiór z opery, a nie jak Bonaparte. I niech mi nikt nie tłumaczy, że to wybitny aktor. Pretensja, że nakręcono go nie tak, jak sobie ktoś wyobrażał jest dziecinna, tak jak i cały ruch recenzencki związany z wielkimi dziełami filmowymi wchodzącymi na rynek. To tylko darmowa promocja propagandy filmowej. Dawno nie było nic o Napoleonie i ktoś postanowił to wykorzystać. Wynajął Ridleya Scotta, który jest na tyle sprawny, żeby sprzedać każdą brednię. Ludzie zaś oczekują, że będzie jednak inaczej. Niektórzy mają nawet pretensję, że w filmie nie ma nic o Polakach. A zapłaciliście producentowi, żeby było? Mnie zdumiewa ten fakt, że nikt w żadnej polskiej instytucji nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby płacić tym, co planują takie wydarzenia, za umieszczanie w nich polskich wątków. To powinna być praktyka powszechna. Nie jest, albowiem ludzie naiwnie wierzą, że film to sztuka, a nie propaganda, albowiem opowiada ludzkie historie, a reżyser zmaga się z wielkością przedstawianych postaci. To jest gówno prawda. Reżyser realizuje to, co mu każe producent, a jak on nie ma do końca sprecyzowanych wizji, mówi do reżysera – weź coś wymyśl. I ten wymyśla. Co Ridley Scott wymyślił w filmie „Królestwo Niebieskie” wszyscy wiemy, nikt jednak nie zapytał ile mu za to zapłacili Arabowie i Turcy. Bo każdy wierzy,  że on tak szczerze, albo z głupoty pokazał tych Templariuszy. No i wszystko poprzekręcał także z tego powodu, że jest Anglikiem i nie lubi Kościoła.

I tu dotykamy sprawy bardzo ważnej – produkcja filmowa to rynek i tam się targują przedstawiciele handlowi różnych organizacji. Potem z tego wychodzą filmy, które jacyś niedorobieńcy w dziurawych swetrach, odkładający na bilet do kina przez dwa miesiące, recenzują w polskim twitterze, przypierając miny znawców klasy światowej. Istotne pytanie brzmi – dlaczego żadna polska organizacja nie weźmie udziału w tych targach? Po pierwsze dlatego, że ci co nimi kierują nie wierzą w takie rzeczy, po drugie dlatego, że sami chcieliby być filmowcami, aktorami, producentami, ale nie mogą, więc tylko ich udają, prezentując stosowne, wyobrażone pozy, na rautach i przyjęciach, a także w mediach, po trzecie – jakikolwiek ruch inny niż pozorowany w obszarze tak zwanej promocji Polski wywołałby serię gwałtownych oskarżeń w zasadzie o wszystko – głupotę, niegospodarność, nie zrozumienie branży czy inne jakieś pierdoły. Istotne zaś byłoby tylko to, że ktoś zaburzył hierarchię, wyskoczył przed szeregi i domaga się rzeczy, które w Polsce są nie do pomyślenia.

Podsumowując – wiara w obłąkaną wizję świata filmu jest ważniejsza niż wszystko inne. Niż sam film, jego produkcja, gangi działające na rynku, niż istotny sens zawodu reżysera. W całym tym obłędzie jakim jest oglądanie filmów, pisanie o nich, ocena pracy twórców, pokazy, festiwale, najważniejsze jest, by ocalić własną wrażliwość. To znaczy co dokładnie? Nic. Pustkę. Cień wrażeń z przeczytanych dawno lektur. Tylko tyle. Ludzie nie wierzą, że sprawność warsztatowa polega na tym, by umiejętnie i zawsze w odpowiednim momencie wywołać wzruszenie u widza. To zaś wywołuje się ciągle tak samo, tymi samymi metodami, tymi samymi zagrywkami, tą samą tandetą. Widz zaś jest przekonany, że skoro drży mu serce, albo żołądek podchodzi do gardła, to świadczy o wielkości twórcy. O niczym nie świadczy. Tylko o tym, że udało się nabrać paru frajerów. Ludzie oglądający film „Królestwo niebieskie”, a nie mający pojęcia jak wyglądają opisy tych zdarzeń, nie mówiąc już o jakichś próbach ich rekonstrukcji, też pewnie płakali na tym filmie. Szczególnie, kiedy główny bohater grzebał żonę, albo zakochiwał się w niewłaściwej kobiecie. I guzik ich obchodzili ci Templariusze i cała ta dęta historia z Jerozolimą.

Dlaczego z Napoleonem miałoby być inaczej?

Teraz sprawa kolejna – to o czym tu ciągle gadamy, czyli ta mityczna promocja Polski, na którą przeznaczane są potężne budżety, nie może się udać nigdy. Bo paradygmaty, na których opiera się rynek są niezrozumiałe dla ludzi dysponujących pieniędzmi na takie rzeczy przeznaczonymi.

W Napoleonie nie ma wątków polskich, bo ich tam być nie może. Żeby przyciągnąć do kina więcej ludzi Scott pokazał cycki jakiejś mietły, udającej Józefinę. Gdyby pokazał Polaków, nikt by na ten film nie poszedł. Najpierw więc trzeba się postarać o towar, który mógłby być w takim filmie zaprezentowany, albo po prostu zapłacić. Jak to zrobić nikt w Polsce nie wie. A nie wie, bo wszystkim wydaje się, że żeby podnieść oglądalność wystarczą cycki. I to przy świadomości, że normalnie na ulicach odbywają się parady LGBT i nie takie rzeczy jak cycki się tam pokazuje.

Żeby wejść na globalny rynek treści Polska nie może korzystać z tych samych wytrychów, co Scott i inni wielcy reżyserzy. Bo oni to zawsze zrobią lepiej i zawsze przebiją nas tematem. U nas nie było Napoleona, nie było też wielu innych rzeczy, o których warto robić filmy. Trzeba się więc zastanowić co było i o tym stworzyć gawędę. Najlepiej zaś kilkanaście gawęd rozstawionych w różnych segmentach. Z tym jednak może być kłopot, albowiem rządzi u nas system ekspercki. Czego nie ma w  świecie, a najlepszym tego przykładem jest sam Ridley Scott i jego filmy. System ekspercki polega na tym, że jak w księgarniach i w sieci, bo nie w kinie przecież, albowiem to jest za drogi sport, pojawią się książki uznane za fachowe, mowy nie ma, żeby pojawiły się tam inne, promujące inną jakąś jakość. Mam na myśli jakość inną niż ta, jakiej oczekiwali rodzimi znawcy epoki napoleońskiej. To z miejsca wywołuje kolaps i powstanie wąskich kółek zainteresowań kłócących się o nieistotne szczegóły. No i wysuwających pretensje do Ridleya Scotta, że nie zrobił filmu tak, jak sobie go wyobrażali.

Powiecie, że to nie może tak wyglądać, albowiem zakrawa na obłęd. Niestety tak właśnie jest. I nie ma mowy, żebyśmy kiedyś uwolnili się od tego szaleństwa.

  37 komentarzy do “O ludziach recenzujących filmy i reżyserach tychże”

  1. Dzień dobry. Obłęd jak obłęd, ja wolę określenie „teoria spiskowa”. I każdego, kto na poważnie używa tego określenia kwitując nim jakieś stwierdzenie nie pasujące do oficjalnej, „mainstreamowej” wersji – wpisuję sobie na moją osobistą czarną listę. Ciągnąc dalej moją teorię spiskową odpowiem na postawione na początku pytanie. Dlaczego żadna polska organizacja nie zrobi tego czy tamtego? Bo nie ma żadnych polskich organizacji. Te zaś które są, maja za zadanie udawać, że jest inaczej. Pełne są sku…synów i idiotów, którzy nie mogą przestać przeżywać swoją traumę – że tak gdzieś w okolicach matury zostali wydymani i zarekrutowani do tej roboty, bo uwierzyli w wizję „świata filmu”, „świata książki” czy innego jakiegoś, nieistniejącego rzecz jasna. Teraz już to nawet rozumieją albo czują, ale nie mają dość odwagi by się przyznać choć przed samym sobą. I co? Pójść kebaby zawijać? Za duża konkurencja i indolentów tam nie przyjmują. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, doprawdy.

  2. A niebawem nadejdzie czas podpisywania nowych lojalek

  3. Twoje tezy są  szalone, jednak za mało szalone, aby być prawdziwymi 😉

  4. Przeczytawszy powyższe – jakże genialne (bez podlizywania się) – stwierdziłem, że moje podejmowane w myśli konstatacje o naszej „elycie” (że nadaje się co najwyżej do takiego tradycyjnego zadania, jak zbieranie chrustu na opał), są nietrafne. Obejrzawszy bowiem na YT (m.in.) filmik o przeróżnych genialnych maszynach, w tym do wycinania wartościowych partii drzew i zagospodarowywania odpadów (m.in. tegoż chrustu), doszedłem do oczywistego wniosku, że te „elyty” nawet do tego się nie nadają, a raczej nie znajdą „zastosowania”. No bo kto teraz pali chrustem? A jeśli już, to sam go nie zbiera, tylko kupuje pellet powstały z tegoż w procesie jw. o nieporównanie wyższej wydajności. A chrust tradycyjnie to zbierają w Afryce i tu i ówdzie w Azji, przy czym mocno główkując, by czym prędzej się od tego uwolnić na rzecz bardziej wydajnych technik.

    No i co z nimi począć (o ile uda się kiedyś odsunąć ich od koryta)?

  5. Niezawodni i pragmatyczni Niemcy na pewno coś wymyślą

  6. Poszedłem na ten film. Można go streścić krótkim dialogiem między Józefiną a Napoleonem:

    „Spójrz w dół, a ujrzysz niespodziankę. A kiedy już ją ujrzysz, wciąż będziesz jej pragnął”

  7. Kossak jeździł, studiował i konsultował koncepcję dzieła z ekspertami – w tym z generałem-gubernatorem Imeretyńskim, któremu podlegała cenzura – a panorama i tak nie powstała. Więc może to jest zły przykład właściwego i skutecznego podejścia do tematu. 😉

  8. W Polsce nikt nie chce być frajerem poza garstką tych, którym w życiu o coś chodzi. Stąd też tak powszechna skłonność do „kooperacji z systemem”, jaki by on nie był. Szkoda stracić okazję na zarobek, inni niech się poświęcają. Trzeba też przy tym pokazać choć odrobinę kulturalnego wyrobienia czyli okazać swoją wrażliwość, otwartość na sztukę bo przecież każdy ma jakąś „osobowość”. Gra pozorów, teatr za jajko. Nasi wodzowie to rozumieją i z premedytacją z tego korzystają. Nie ma sensu tego zmieniać bo to jest wygodne narzędzie manipulacji, która jest przecież podstawą każdej władzy, a płaci się przecież z grosza publicznego czyli niczyjego. Komu tutaj potrzebne są jakieś nowe skuteczne paradygmaty skoro stare działają i nie trzeba się wysilać. Zresztą kasa dziś jest, jutro może jej nie być więc nie ma czasu do stracenia. Trzeba zasysać „piniądz” i nie oglądać się na pięknoduchów. W powszechnej świadomości, w polskim DNA jest już zakodowane , że przecież Polska to margines marginesu i nic od nas nie zależy to po co się spinać. Życie ucieka, a żyje się raz. No i nikt się nie przyzna, że brakuje mu kultury. Wprost przeciwnie. Wielka sztuka filmowa płynie do nas z Zachodu i zachwyt, wrażliwość na „wielkie dzieła” są najlepszym potwierdzeniem tego intelektualnego wysublimowania. Wszyscy to potwierdzają, a przecież wszyscy nie mogą się mylić.

  9. panorama zdarzeń wojskowych – Saragossa- chyba powstała – w Kordegardzie były wystawione 3 ogromne panoramy uwieczniające te zdarzenia, autor Kossak

  10. Owszem, były wystawiane, pewnie nawet cztery, bo tyle ich powstało, ale to są szkice olejne w skali 1:10. A w tym gatunku malarstwa rozmiar się liczy i to bardzo. Może nawet najbardziej. Obrazy znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej. Niestety, nie na wystawie stałej, ale były kilkakrotnie pokazywane w różnych muzeach, w tym trzy razy w Przemyślu. Jedna z nich miała (chyba niezamierzenie 😉 ironiczny tytuł „«Zostawcie to Polakom!» Somosierra 1808-2008″.

    Bo problem z tzw. promowaniem polskiej historii, czy też polskiej perspektywy historycznej, polega chyba na tym, co trafnie ujęto w felietonie jednym zdaniem: „U nas nie było Napoleona, nie było też wielu innych rzeczy, o których warto robić filmy”. No właśnie. Gdyby Koreańczycy swoją kulturalną „soft power” budowali poprzez kinowe gawędy o królestwach Baekje, Goguryeo i Silla w I w p.n.e – a są to sprawy obiektywnie równie fascynujące, jak amerykańska wojna secesyjna albo problemy rodziny Windsorów – to do dzisiaj nic by nie zbudowali. Po prostu trzeba pogodzić się z tym, że tylko niektóre tematy historyczne mogą wzbudzić ponadlokalne zainteresowanie i w ostatniej kolejności zależy to od kompetencji i wyobraźni reżyserów. I na odwrót, słaby film na jakiś „uniwersalny” temat historyczny będzie i tak oglądany oraz komentowany, chociażby nieprzychylnie. A liczy się nie co mówią, tylko że w ogóle mówią.

  11. A myszy ciągle harcują i od wczoraj to jeszcze aż tak źle nie było ze stroną SN…ciągle jest „inwalidą”. ..I się zastanawiam jaka diagnoza „doktora”?…….Mam nadzieję,że doktor umieści bezpiecznie serwer….

  12. A właściwie dlaczego nie mamy nakręcić filmu o Napoleonie właśnie polemicznego do tego paskudnego, który wchodzi na ekrany?

  13. Pozostaje promocja Polski, którą robi Stalowa Łucja za własne i z chęci jakiś japończyk w 2020 roku. Było 8 lat na te sprawy.

  14. Bo nie mamy kapuchy?

  15. „Wielka sztuka filmowa płynie do nas z Zachodu i zachwyt, wrażliwość na „wielkie dzieła” są najlepszym potwierdzeniem tego intelektualnego wysublimowania”.
    Tylko jak się to ma do recepcji filmu „Napoleon”? Przyznam, że nie śledzę specjalnie dyskusji na ten temat, ale chcąc nie chcąc trafiam na różne opinie i nie trafiłem jeszcze na żadną pozytywną. Dosłownie – ani jednego głosu na „tak”. A że mało kto rozkminia potencjalny wpływ tajnych służb i rządu światowego na Ridleya Scotta to może dlatego, że nie jest to dla każdego interesujący temat. Ludzie zwracają uwagę na różne sprawy: jednych drażni kiepskie aktorstwo, innych nieakuratne oddanie faktów historycznych, a dla mnie najciekawszy był filmik na YT, gdzie m.in. na przykładzie „Napoleona” pokazano, jak zmieniała się estetyka koloru w dziejach kina i dlaczego współczesne filmy są, niemal bez wyjątku i bez względu na gatunek, prawie monochromatyczne, ciemne i po prostu brzydkie wizualnie w sposób jak najbardziej zamierzony. Intuicyjnie niby to wszystko widziałem/wiedziałem, ale jutuber bardzo fajnie rzecz przedstawił w języku, jak to się mówi, dyskursywnym. To lubię.

  16. Trudna sprawa, żeby był polski akcent nie był specjalnie dzielony z innymi nacjami a był znany na świecie szczególnie w Chinach.

    Mam, mam….anegdotą związany z Napoleonem. Zgadujcie, zgadujcie; macie czas dopóki nie przyjdzie @Aga i odpowie 😉

  17. Potrzeba milionów, a w przypadku drobnych sponsorów, z których każdy wrzuci stówkę, góra kilka, trzeba by ich zebrać dziesiątki tysięcy. Może być problem!!!

  18. Na różne bzdury Polacy wydają pieniądze, mogą się zrzucić i na film. To była niesamowita, barwna epoka. Pokazać francuzów w taki sposób jak byli widziani przez polskie arystokratki… mielibyśmy ubaw.

  19. Francuzi w Warszawie w oczach (i nie tylko) polskich arystokratek? Dobre! Nawet wpisuje się w aktualnie modne i zewsząd wspierane kino feministyczne oraz daje okazję do pokazania cycków. Obie okoliczności ułatwią szukanie sponsorów, bo ze zbiórki społecznej faktycznie może powstać najwyżej „Diabeł Łańcucki”, a dofinansowanie z PISF to przeważnie parę milionów zł (dla porównania: „Napoleon” kosztował 200 mln USD i może się nigdy nie spłacić).

    Tylko żeby nie o pani Walewskiej. Był film „Marysia i Napoleon” z Tyszkiewicz i Holoubkiem oraz (uwaga!) „The Conquest” z 1937 według powieści Gąsiorowskiego z Gretą Garbo i Charlesem Boyerem w rolach głównych. Ten drugi dostał 2 nominacje do Oskara! No i co? Pamięta dzisiaj ktoś?

    Tylko jeden mały szczegół, jeśli chcemy przekonać kogokolwiek do wsparcia dziełą. Komu powierzymy scenariusz, reżyserię i przynajmniej główne role?

  20. no tak , masz rację 'cztery’, jakoś niedbale zajrzałam do -biblioteki- w komórce, fakt że to wystawiennictwo nie trwało długo i gdzieś po tygodniu kustosz ustawiał szkice Matejki a co do Samosierry, to polecał Przemyśl

  21. Arystokratki, a nie Marysie… zachowało się wiele pamiętników. Na aktorów casting, żadnych tam kochanek agentów Mosadu…

  22. no i które sceny będą zakazane? chyba płonąca Moskwa odpada ….

    kiedyś ruskiemu opowiadałam anegdotę, kto wynalazł tzw francuskie ciasto, mówię że na trakcie wiodącym przez polskie kresy kucharczyk cesarza Napoleona zapomniał dodać masła do ciasta,  kiedy sobie uzmysłowił sobie swój błąd zaczął rozwałkowywać ciasto i listki masła wałkiem w to ciasto  powoli wwałkowyvwać, po upieczeniu okazało się ze te receptura ciasta to wynalazek, nówka.

    Ruskiemu się to nie podobało od moich słów „… kiedy Napoleon szedł ma Moskwę ..”  czekał kiedy w anegdocie będzie beka z Ruskich , mimo że anegdotka jest o cieście, pozostał nie ufny …

    jakiś kompleks

  23. Coś jest z tym kompleksem, ale za skórę zalazła im raczej dwuletnia okupacja Kremla przez Polaków (rocznicę jej zakończenia ustanowiono Dniem Jedności Narodowej), a nie zaledwie miesięczny pobyt Napoleona w Moskwie, po którym nastąpił sromotny odwrót Wielkiej Armii i wreszcie triumfalny wjazd Aleksandra do Paryża. Witanego zresztą z entuzjazmem przez francuską ludność (trzeba przyznać, że była to fascynacja wzajemna, co niektórzy rosyjscy historycy mają carowi za złe).

    W każdym razie pożaru Moskwy oni się nie wstydzą, tym bardziej, że prawdopodobnie była to decyzja rosyjskiego dowództwa – strategicznie trafna, jak się okazało. W filmie ten pożar pierwszy pokazał chyba Bondarczuk w 1967.

    No to kto mógłby się sprzeciwiać?

  24. Napoleon Ridleya Scotta to raczej niewypał, ale co z tego, skoro przynajmniej te targi książki historycznej zapowiadają się świetnie!

  25. Takie filmy gdzie mamy Francuzów oczami polskich arystokratek, to można dopiero po 22 puszczać.

  26. czyli mamy terminy, taki szmat czasu

    1612 /Kreml/

    1812 /Napoleon/

    upływ 200 lat różnicy po którym to czasie nie rządzimy, jesteśmy poddanymi trzech stolic a co do Napoleona to zostały nam zdaje się sumy bajońskie do spłacenia, trudno powiedzieć że to na otarcie łez, bo raczej na dalsze zubażanie

  27. A pan musi nie ma temat?  To były inteligentne i spostrzegawcze kobiety i do tego złośliwe…

  28. Nie pamiętam szczegółów, ale uratował majątki ziemskie w Wielkopolskie, a te były okropnie zadłużone… Ja dałabym scenę kłótni o prawo dziedziczenia przez kobiety.

  29. w Wielkopolsce

  30. Uratował… Pytanie – przed kim? Napoleon po utworzeniu Księstwa głównie z ziem zaboru pruskiego przejął wierzytelności prywatnych właścicieli ziemskich wobec króla, a następnie sprzedał je Księstwu za pół ceny. Z tym, że za gotówkę, a Księstwu, oprócz nadszarpniętego tym wysiłkiem bieżącego budżetu, pozostały praktycznie nieściągalne długi, szczególnie że czasu pozostało mu niewiele. No cóż, Polak mądry po szkodzie. Zobaczymy, jak wyjdziemy na sumach bajońskich XXI wieku, czyli pieniądzach z KPO. Uśmieszku nie dam, bo nie ma się z czego śmiać, niestety.

  31. Film dla kucharek. To mi się skojarzyło z recenzją, jaką swego czasu napisał Jerzy Waldorff. Dotyczyła absolutnego przeboju literackiego wszechczasów – „Trędowatej” Mniszkówny. Jej sukces, według Waldorffa, polegał na tym, że stworzyła świat arystokracji w taki sposób, w jaki ten świat wyobrażały sobie kucharki i służące. Stenia była piękna, a ordynat Michorowski – silny. A śp. pan Jerzy, sam wywodzący się z porządnego, przedwojennego domu ziemiańskiego z Wielkopolski, dodał jeszcze coś, co zapadło mi w pamięć jak memento [sic!]. Otóż w czasach, gdy prawo nakazywało wydawcom dostarczać do bibliotek uniwersyteckich egzemplarz obowiązkowy każdej wypuszczonej pozycji, w Bibliotece Narodowej znajdowała się tylko jedna sztuka „Trędowatej”. I ktoś ją wypożyczył i nigdy nie zwrócił. Mimo że dyskwalifikowało go to jako czytelnika. Wyrzekł się możliwości korzystania z reszty przeogromnego księgozbioru dla tej jednej książki. Zaiste, produkcje powstałe dla kucharek mają wielką moc. Dlatego wróżę sukces „Napoleonowi” Ridleya Scotta.

  32. Jeśli mnie pamięć nie myli, mydlana historia dodana została po to, by zainteresować czytelnika, sama książka propagowała nowoczesne metody w rolnictwie.

  33. Piękna historia! Zupełnie jak ewangeliczna przypowieść o kupcu, który sprzedał wszystko, żeby nabyć jedną, bezcenną perłę. Niby drogą kupna, ale, przyznajmy, nie do końca uczciwie. Wprawdzie o „Trędowatej” to też tylko przypowieść (BN przechowuje dziesiątki, jeśli nie setki egzemplarzy prawdopodobnie wszystkich wydań, co najmniej od początku swojego istnienia), lecz „se non è vero, è bon trovato”.  Natomiast naprawdę książkę usunęła z bibliotek publicznych w 1951 roku stalinowska cenzura, jako utwór, który „zaśmiecał wyobraźnię czytelników, pobudzał najgorsze instynkty, wywoływał zamęt w umysłach i przeszkadzał w zrozumieniu dokonujących się przeobrażeń społecznych”.  Pan Jerzy i cenzorzy mieli oczywiście rację, ponieważ „Trędowata” to jest utwór o wszelkich cechach baśni ludowej, tyle że przepuszczonej przez „wyobraźnię małomiasteczkowej półinteligentki o mglistych aspiracjach do utraconego świata kultury ziemiańskiej” (cytując pewnego badacza). Jeśli jednak chodzi o siłę oddziaływania i „moc inspiracyjną”, Mniszkówna bije na głowę prawdziwą arystokratkę Marię z Czartoryskich Wirtemberską z „Malwiną”. Tu uwaga na marginesie: Maria z Cz. W. popełniła swój romans o prawie sto lat wcześniej, ale mimo wszystko równocześnie z powieściami Jane Austen, a pisarka tej miary, co Jane Austen, to jeszcze jedna z rzeczy, jakich, oprócz Napoleona, w tamtym czasie nie mieliśmy. 😉

    Może tylko dodam, że jeśli podkuchenne zachwycały się szczerze, a część lepiej wykształconej publiczności „ironicznie”, to prawdziwą agresję „Trędowata” budziła albo w zbyt sierioznych koneserach literatury, albo właśnie wśród półinteligentek o mglistych aspiracjach do utraconego świata kultury ziemiańskiej oraz do bycia inteligentkami pełną gębą.

  34. Twoja wróżba jest  szalona, jednak za mało szalona, aby być prawdziwą 😉

  35. nie mam żadnych uwag do tej książki i jej treści mając na uwadze,  że autorka pisząc tą prozę miała 18 lat

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.