mar 062024
 

Podbój to trwała lub chwilowa podmiana hierarchii. Trwała jest lepsza od chwilowej, gwarantuje bowiem, że okupant zmuszony zostanie do złagodzenia represji, albowiem będą one zbyt kosztowne dla niego. Poza tym nie można wychowywać kilku, ani nawet dwóch pokoleń zbrodniarzy, należy im dać legitymację do rządzenia i ustroić jakoś, by okupowany lud nie zorientował się z kim ma do czynienia.

Chwilowa podmiana hierarchii, jest także podmianą ostateczną, bo jasne jest, że nikt nie zastąpi wymordowanych elit, nawet jeśli wróg z jakichś powodów ustąpi. Zacznie się po prostu nowy podbój, z zastosowaniem nowych metod, być może nie tak drastycznych, ale równie skutecznych. Ktoś musi zastąpić stare elity, a nie może tego zrobić podległy im lud, albowiem nie ma do tego przygotowania i nie działa w ramach organizacji.

Możemy teraz podać kilka przykładów, czyli duński i normański podbój Anglii, niemiecki podbój Sycylii, o którym mało się mówi i mało się wie, a także mongolski podbój Węgier, który był o tyle dziwny, że Mongołowie szli na Węgry w przekonaniu, że przyłączają oddzielone kiedyś plemiona do macierzy. Możemy to wszystko czynić tylko po co? Mamy swój własny przykład, rodzimy, przaśny, jak lubią mawiać niektórzy politycy. Oto niepodległa ojczyzna w roku 1918 zaczęła dewastować podstawy bytu elit, które gwarantowały, że mowa polska i zasoby będą w jakiś tam sposób chronione, nawet podczas okupacji. Okazało się, że granice dewastacji można przesuwać w nieskończoność, jeśli tylko ktoś zechce. Tego ojcowie niepodległości nie przewidzieli, ale doskonale wiedzieli o tym towarzysze ukryci w ich szeregach i współpracujący z radykalnymi organizacjami finansowanymi przez ZSRR. Na szczęście dla nich faza przejściowa pomiędzy dewastacją majątków a wkroczeniem wrogich armii była krótka. Metody jakie zastosowano wobec miejscowych miały charakter hybrydowy. Niemcy zadziałali tak, jakby ich podbój miał być chwilowy (i taki rzeczywiście był). Wymordowali większość ludzi, którzy wpadli w ich ręce. Nawet konfidentów za bardzo nie potrzebowali, a jeśli już się tacy znaleźli, byli przez nich traktowani gorzej niż psy. Niemcy nie wpoili jednak ludziom nienawiści do lokalnej tradycji i lokalnych elit, a od tego właśnie zaczęli sowieci. Oni także zastosowali terror w stylu niemieckim, który tym się różnił od hitlerowskiego, że przez 50 lat nie można było o nim pisać inaczej, jak w samych superlatywach. Jak o działaniach przeciwko niebezpiecznym bandom. To się zmieniło dwie dekady temu, ale nie na tyle, by można było wyprodukować uczciwy i profesjonalny film o zamordowanych w fali tego terroru żołnierzach. Bohaterami produkcji rozliczających nas z przeszłością są przeważnie ubecy, czasem nawróceni, albowiem ich metody i perfidia imponują twórcom, a poza tym paraliżują naród lepiej niż goły terror. Nie widzę innych powodów, dla których produkcje milicyjno-gangsterskie mogłyby być emitowane.

Po fali terroru nowa elita musiała się na czymś uwłaszczyć, co było trudne, albowiem okupant niemiecki zdewastował nieruchomości. Jakoś sobie jednak poradzono, poprzez – tak sądzę – powiększenie obszaru niektórych miast i włączenie w ich obręb wsi, w których ceny nieruchomości i placów gwałtownie skoczyły. Było się gdzie rozradzać i gdzie budować osiedla. O organizacji okupantów pojawiły się jednak rysy, które my dziś nazywamy wojną Żydów z chamami. Czyli towarzysze, którzy przybyli tu z armią sowiecką skonfliktowali się z miejscową pszenno-buraczaną elitą Gwardii Ludowej. Efektem tego konfliktu było tak zwane okienko, jak je niektórzy nazywają. Oto w latach 1968-1969 można było, w pewnym zakresie oczywiście, podnosić zasługi AK i wskazywać na niektórych dowódców, jako na tych, nadających się do naśladowania przez aspirujących młodzieńców z ludu. Było to także, jak przypuszczam potrzebne dawnym towarzyszom z GL, którzy nie mieli umocowań międzynarodowych, potrzebnych do uwiarygodnienia się w świadomości wchodzących w życie pokoleń. Także pokoleń przejmujących legitymacje i piony partyjne. GL, przez chwilę, zaczęła naśladować wykreowane przez swoich propagandystów, wizerunki wrogów z czasów powojennych. Podkreślam – nie samych wrogów z AK, ale to co o nich wymyślili autorzy reżimowi. W roku 1970 proces ten się zakończył i przeszliśmy do nowego etapu. Lud przestał wspominać wojnę, a zaczął się bawić, wróg też się przeobraził, bo zamiast straszyć zaczął zachęcać do aktywności takich jak turystyka, na przykład. Ludzie zaczęli jeździć na wycieczki po kraju i słuchać różnych dziwnych historii, które – w założeniu – powinny zająć ich umysł. Okupant zaczął też inwestować. Oczywiście fatalnie, albowiem nikt nie traktował serio ludzi, którzy stanowią na niewielkim obszarze, jakieś tam zarządcze konsorcjum podległe Moskwie. Gierkowi sprzedawano przestarzałe technologie i udzielano mu oszukanych kredytów. Zabawa trwała niecałą dekadę i okazało się, że ten kostium także nie pasuje na okupanta. Musiał się on więc przebrać w coś innego. Ponieważ zrobiło się groźnie, więc przebrał się w mundur. Jego towarzysze zaś, ci którzy nie zostali wyrzuceni w 1968, założyli powyciągane swetry i zaczęli protestować, udając kogoś, kim w istocie nigdy nie byli. Spodziewano się, że tym razem, po kolejnej zmianie, znacznie poważniejszej niż wszystkie poprzednie, będzie się jednak można na czymś uwłaszczyć. Zmieni się bowiem wszystko, także Moskwa. I tak się stało. Lud niczego nie zauważył, a protestujących przeciwko prywatyzacji towarzyszy, którym się zdawało, że można jak Gierek, ale na uczciwszych wobec banków zasadach, zmarginalizowano.

Tłukli się gdzieś po obrzeżach polityki przez lata, dopóki nie okazało się, że przez te zmienione zasady i osłabienie centrali w Moskwie zaczęło tu nagle przybywać wszystkiego. I znów można się było na czymś uwłaszczyć, a jeszcze do tego podzielić się z ludem, który – czego wcześniej nie bywało – zaczął podróżować nie tylko po Polsce, ale także jeździł za granicę.

Nie zmieniło to faktu najważniejszego – wciąż mieliśmy do czynienia z okupantem, który za podstawę rozważań o państwie brał dekret Bieruta o reformie rolnej. Zasłaniał się przy tym jednak dobrymi intencjami. Czym się to skończyło wszyscy wiemy – 10 kwietnia 2010 roku. Okazało się, że może i okoliczności się zmieniły, ale nie na długo, bo towarzysze z Moskwy też się odkuli, kupili sobie nowe buty i zaczynają powolutku odkręcać korbę. W taki sposób, że wszystkim przypominają się najgorsze lata terroru powojennego.

My zaś powoli orientujemy się, choćby po niektórych fragmentach publikowanych tu ostatnio rzekomo tajnych raportów, że w przyspieszonym tempie, do tyłu, przewiną się przed naszymi oczami wszystkie fazy okupacji, które zaczęły się od wybicia elit mających aspiracje i narzędzia by je realizować.

My zaś jesteśmy pokoleniem, które z niejakim trudem jest w stanie przeczytać neon i jakoś tam go zinterpretować w swojej biednej głowinie. Wychowaliśmy kilka roczników dzieci wmawiając im, że mamy wolność, choć w istocie jej nie mieliśmy i nadal nie mamy. Nie potrafiliśmy nazwać wroga wrogiem, albowiem wszystkie nazwy jakie mieliśmy do dyspozycji podsuwane były przez wroga właśnie. Który  pękał ze śmiechu widząc, jak oddajemy cześć agenturze i nazywamy jej głównym rozgrywających bohaterami. W dodatku numer ten powtarzany był wielokrotnie, a my wielokrotnie się na to nabieraliśmy. I nadal będziemy się nabierać, albowiem na niczym się nie uwłaszczyliśmy, przez to nie mamy się gdzie schronić. Nie mamy też możliwości, by stworzyć ośrodek produkcji i emisji treści, które obudowałyby w nas wiarę w nasze moce sprawcze. Tego najbardziej potrzeba, ale mało kto takie rzeczy rozumie. A już w ogóle nikt nie rozumie tego, że format kabaretowy i agitacyjny to są te same formaty. Zmienia się tylko prowadzący. I kiedy się już zmieni, nikt tego nawet nie zauważy. Wszyscy dalej będą się śmiać, aż w końcu zrozumieją, że wszystko idzie na poważnie i czas wyciągnąć z szafy jesionkę w pepitkę po dziadku i kaszkiet, który kupił sobie w 1968  w Pedecie. I modlić się po cichu, żeby nie wróciło najgorsze. Taką okładkę zaprojektował Tomek do nowej książki, która będzie za miesiąc albo półtora. Nie czekajcie jednak na nią, kupujcie co jest, bo z czegoś muszę żyć. Nie uwłaszczyłem się na niczym i nie mam studia za 16 milionów.

https://twitter.com/TBereznicki/status/1765078999678734827/photo/1

Jutro o 17 zaczynam wykład u ojców karmelitów we Wrocławiu. O 17, a nie o 18 jak napisałem błędnie wczoraj. Każdy może wejść, ale ludzie z miasta muszą coś wrzucić na tacę.

W kwietniu zaś – dwunastego, w pałacu w Ojrzanowie, odbędzie się pierwszy wieczorek katakumbowy. Gościem będzie Piotr Naimski. Rozmawiać zaś będziemy o sprawach bieżących. Wchodzą tylko ludzie, którzy wpiszą się na listę, poprzez mail coryllusavellana@wp.pl. Poza nimi nikt nie jest zaproszony. Impreza ma charakter prywatny. Jest to spotkanie starych przyjaciół.

IX konferencja LUL Odbędzie się, zgodnie z zapowiedzią, w hotelu Polonia w Krakowie. Termin 8 czerwca tego roku. Ilość miejsc ograniczona do 50, bo sala jest mała. Wpłata – 380 zł od osoby. Jeśli chodzi o prelegentów mogę powiedzieć tyle, że na pewno będzie prof. Andrzej Nowak. Tytuł wykładu poda nam później. O udziale pozostałych prelegentów będę informował później.

https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/udzial-w-9-konferencji-lul/

 

  5 komentarzy do “O podboju raz jeszcze”

  1. Stosunek do dekretu Bieruta jest papierkiem lakmusowym dla wszystkich partii. I co ciekawe papierek dla wszystkich partii barwi się na czerwono 😉

  2. Dzień dobry. Jeśli „nie widzi Pan powodów, dla których produkcje milicyjno-gangsterskie miałyby być emitowane” – to już śpieszę je wskazać. Otóż dlatego, że klika, które je smaży w wątpliwym pocie czoła – to przeważnie progenitura niegdysiejszych bezpieczników, a ci, którzy kontrolują ten „biznes” – to już wyłącznie i bez wątpliwości. I żadna ilość dyplomów przywiezionych z harvardów i oksfordów nie zwiedzie siwego wróbla… Pańska dzisiejsza synteza „dziejów Polski” (gdzieś to już było…) Odesłała mnie gdzieś daleko w przeszłość, aż do rozważań Ojca Świętego, marzącego o wyrwaniu się z niekończącej się przepychanki Orsinich i Krescencjuszy, o jakiejś przeciwwadze dla apetytów Cesarstwa i zrealizowaniu mimo wszystko misji Świętego Piotra. I oto zsyła Mu Pan myśl pozornie nierealną i bez szans na powodzenie – tę o Królestwach Wschodnich. Ileż to trzeba było ludzkiego geniuszu i szczęścia od Boga, by razem czy mimo Wenecjan, Genueńczyków, Bizancjum, Salierów i innych graczy – uczynić z półdzikich Węgrów i sielankowych Słowian – sojuszników Tiary. Tak podobało się Panu. I dziś jesteśmy w zasadzie znowu w punkcie wyjścia. Czy spodoba mu się jeszcze raz?

  3. Ja o tym właśnie napisałem, ale miałem powód, żeby tego na razie nie rozwijać

  4. Gruby reaktywuje się na nie swoim kanale i wstrząsa opinią publiczną.

    https://youtu.be/8G5iOjJGObU?si=KCgIJWylLoDhNk84

Przepraszamy, zamieszczanie komentarzy jest chwilowo niemożliwe.