lip 312022
 

Często słyszymy, że czegoś nie da się „odzobaczyć”. Otóż da się i ja mam na to liczne przykłady. Nie dość, że da się „odzobaczyć” to da się też nie zobaczyć, choć leży to przed ludźmi na tacy i jeszcze się świeci.

Jak wszyscy pamiętamy do znudzenia pisałem tu o Zychowiczu, człowieku, który skompromitował się we wszystkich w zasadzie zakresach. Głównie jednak idiotyczną książką „Obłęd 44” i opiniami wygłaszanymi w sieci, że pozostał nam już tylko wybór między Rosją a Niemcami, albowiem Amerykanie zawiedli. Czy wygłaszanie tych bredni pogrążyło Zychowicza? Oczywiście, że nie, on święci triumfy. Leszek Żebrowski, który wielokrotnie krytykował jego książki i ma niebagatelny wpływ na wyniki sprzedaży publikacji z zakresu historii najnowszej, nie powstrzymał tego. Stało się wręcz na odwrót, jego krytyczne opinie nakręciły Zychowiczowi sprzedaż. To nie jest oczywiście wina Leszka, ale tak zwanej sytuacji ogólnej. W pewnych kręgach kompromitacja nie istnieje, ona dotyczy tylko nas tutaj, jak się przejęzyczymy i coś nam wyjdzie nie tak, jak powinno. Wtedy koniec, już po nas. Nie ma odwrotu, odwołania i pardonu. Nawet jak coś nam się uda, nie zasługujemy na żadną pochwałę, ale na krytykę, że udało się nie tak jak powinno się udać, bo inni zrobiliby to lepiej. Gdyby oczywiście im się chciało tak, jak im się nie chce. Wierzcie mi, że będę to nadal znosił ze spokojem, świadom tego, iż wydajemy ważne książki – przynajmniej niektóre – i one zostaną w bibliotekach i księgozbiorach prywatnych długo. Poza tym na ich korzyść świadczy stale wzrastająca na aukcjach cena egzemplarzy archiwalnych, czego nie może odnotować chyba żaden współczesny autor i wydawca. Wolę to niż popularność Zychowicza. Wczoraj jednak przez chwilę zerknąłem do telewizora i tam zobaczyłem dyrektora Ołdakowskiego, jak przemawiał na uroczystości inaugurującej obchody rocznicy Powstania Warszawskiego. I to mnie przyznam zeźliło, albowiem misja instytucji, którą ten pan kieruje jest łagodnie rzecz ujmując skrzywiona. Człowiek, który sprzedaje kolorwanki, pomija ważne publikacje na temat Powstania, nie może zabierać głosu, a zabiera. Powstaje więc pytanie – jakimi metodami cenzurowany jest rynek treści historycznych, prócz tych oczywiście, do których wracamy tu często? Wychodzi na to, że prócz cenzury akademickiej, polegającej na regulacji dostępu do źródeł, archiwów i bibliotek, prócz cenzury politycznej wykluczającej krytyczne opinie na temat wydarzeń i postaw uznanych arbitralnie za wychowawcze, jest jeszcze cenzura środowiskowa i indywidualna. Wykonują ją urzędnicy, którzy – pół na pół – według wytycznych i własnego widzimisię mówią – o tym powiemy, a o tym nie. I tak się to kręci. Ludzie zaś kupują tylko te treści, które zostaną im polecone, najlepiej przez tajniaków, bo wtedy mają gwarancję, że publikacja jest ważna. Ach, zapomniałbym jeszcze o jednym rodzaju cenzury – agresywnie wrogim, realizowanym przez czynnych na polskiej scenie publicystycznej agentów Moskwy i Berlina. Te trzy rodzaje cenzury porządkują rynek treści poważnych, co nie oznacza, że strawnych. Poza nimi jest jeszcze cały wielki obszar treści absurdalnych, gdzie królują dokładnie te same metody i te same ograniczenia, ale skierowane wektorem w drugą stronę. To znaczy, że nie ma tam granic bredni. I teraz jeśli ktoś próbuje zmieścić się pomiędzy tymi zbiorami, musi mieć albo certyfikat koszerności, jak Zychowicz, albo ryzykuje, że nazwą go szurem. Można jeszcze ryzykować zamilczenie, jak my i to wcale nie jest głupie wyjście. Widzimy bowiem często akademików, którzy zaczynają bajdurzyć o kosmitach, albo byłych ministrów obrony, którzy próbują uczynić z Piłsudskiego patrona polskiej historii unoszącego się nad stuleciami. My na to wyciągamy książkę „Wielki żywopłot indyjski” i drugą – o Ryksie Śląskiej, a także „Okrainę królestwa polskiego” i to się nie łączy w wielu głowach z niczym. Po prostu z niczym. Można być bowiem w Polsce jedynie sprzedawcą kolorowanek w wielkim muzeum, na które łoży państwo, albo wyczekiwać ujawnienia się reptilian, którzy rządzą całym kosmosem. Wszystko inne jest niezrozumiałe. Wczoraj zadałem na twitterze pytanie, które tu także padło kiedyś – gdzie znajduje się w Polsce druga po Sulejowie parafia pod wezwaniem św. Tomasza z Canterbury. Wskazano mi kaplicę zamkową w Raciborzu i XIX wieczny kościół w Będzinie, choć żadna z tych świątyń nie pełni funkcji parafialnych. W fakcie, że erygowana w 1290 roku parafia we wsi Targowisko na Lubelszczyźnie ma takie wezwanie, miłośnicy dziejów ojczystych nie widzą niczego zaskakującego. W zasadzie, tak sądzę, całe te dzieje są im potrzebne do jakichś emocjonalnych stymulacji i udawania kogoś kim w istocie nie są. I to się przenosi na całe struktury administracyjne. Niedaleko tej parafii, o czym też pisaliśmy, jest miasteczko Frampol, gdzie niegdyś był olbrzymi rynek, na którym sprzedawano towary sprowadzane do Polski z krajów południa. Rynek ten był większy niż obecny rynek główny w Krakowie. To także na nikim nie robi wrażenia i nikomu się z niczym nie kojarzy. O tym, żeby poddać krytyce tak zwane wychowanie patriotyczne wskazując na dwa choćby podejrzane momenty w całym tym procesie niby edukacji nie może być nawet mowy. Nie chodzi bowiem nikomu o edukację polityczną Polaków, ale o ich uwikłanie. Można oczywiście dyskutować o tym, czy edukacja polityczna nie doprowadziłaby do całkowitej degrengolady ludzi o słabych umysłach, ale to już zależałoby od jej charakteru. To znaczy nie mogłaby być umasowiona. Cóż to znaczy? No tyle, że ludzie zajmujący się w Polsce polityką musieliby się zmierzyć z wyjaśnieniem takich kwestii, jak te, które na ostatniej konferencji przedstawił nam Maciek Frycz. One bowiem nie straciły niczego ze swojej aktualności, a ofiara Janka Bytnara nadal pozostaje daremna i jest jedynie powodem do kręcenia coraz to głupszych filmów. Obchody zaś rocznicy Powstania Warszawskiego, przypominają wszystkie inne obchody znane nam z czasów komuny, choć wymierzone są w tę komunę. I nie ma mowy, żeby ktoś zaproponował jakąś inną formułę, albowiem wszyscy urzędnicy, którzy sprzedają nam swoją, autorską wersję tamtych wydarzeń, musieliby po prostu zniknąć.

Co ja mam przeciwko wychowaniu patriotycznemu? Nie zaszkodzi przypomnieć przy takiej okazji. Otóż uważam, że największym zasobem jaki mamy jest życie przyszłych pokoleń. Sugerowanie nawet, że można tym życiem szastać jest przestępstwem. Oczywiście odpowiedź na tak postawioną kwestię spotyka się z jednoznaczną reakcją – czyn jest najważniejszy, nie można biernie przyglądać złu. Oczywiście, że nie można, najpierw jednak trzeba doprowadzić do tego, by idioci nie dzierżyli władzy, bo to oni – nie mając zamiaru nic robić – najczęściej wzywają do czynu. Konsekwencje zaś tego czynu ponoszą dzieci i młodzież. O tym nie możemy zapominać. Kiedyś na twitterze jeden z dziennikarzy, odznaczony ostatnio medalem, zacytował Piłsudskiego, który rzekł do Konstantego Skirmunta, że on – Piłsudski – jak widział Moskala to chciał go zabić, a Skirmunt myślał tylko o tym, jak Moskalowi wleźć do tyłka. Zapytałem więc ilu Moskali osobiście zabił Józef Piłsudski, bo uznałem, że jego wielbiciele na pewno to policzyli. Pytanie moje pozostało bez odpowiedzi. Jeśli więc ktoś wzywa do czynu za pomocą tak prymitywnych haseł, zastanowić się trzeba czy należy mu się podporządkować. I dziś sprawa nie dotyczy kwestii – bić się czy nie bić z Moskwą, ale czegoś innego zgoła – oszukiwać młodzież czy nie oszukiwać? Przypomnę – Józef Piłsudski miał ciotkę, ta ciotka była zamężna, a jej mężem był hrabia Zubow, ważny udziałowiec Wileńskiego Banku Ziemskiego, a także członek partii robotniczej Wielki Proletariat. W Szawlach, majątku Zubowów ukrywali się wszyscy w zasadzie działający w cesarstwie wywrotowcy. Matka Zubowa był frejliną na dworze carycy, nie wiem czy była jej powiernicą, ale kiedy rewolucjoniści przygotowali zamach na cara, w co zamieszany był Bronisław Piłsudski, pociotek Zubowów, nie dostał on kary śmierci, ale został zesłany na Syberię, gdzie prowadził badania etnograficzne. Jego młodszy brat Józef także został zesłany, a w miejscu zesłania udzielał korepetycji. Wkrótce go wypuszczono. To oczywiście może nie mieć związku z matką Zubowa, bo nie ma przecież na to żadnego dokumentu, ale ja się będę upierał, że jedna ten związek istniał. I teraz popatrzmy – pokolenie Józefa Piłsudskiego wychowało pokolenie Kolumbów. Czy ci chłopcy znali jakiegoś hrabiego, który byłby udziałowcem banku i jednocześnie członkiem partii komunistycznej? Rzecz jasna nie, chłopcy ci, podobnie jak ich rodzice, wierzyli w to, że nic złego nie może ich spotkać. Nie rozumieli zasad, jakie rządzą tym światem i ochoczo narażali swoje życie. Nie pojmowali, że ktoś może być tak podły, by życiem tym szafować bez opamiętania, powołując się na jakieś swoje nie istniejące zasługi. Do dziś nie można głośno powiedzieć, że śmierć Janka Bytnara nastąpiła albowiem należało w karetce więziennej umieścić agentów gestapo, których sama akcja pod arsenałem i udręczony Janek Bytnar mieli uwiarygodnić. Wskazanie na tę okoliczność unieważnia wszelkie patriotyczne wzmożenia, powinno wzmóc też czujność. No, ale z tym najtrudniej, w końcu Zawadzkiemu i Bytnarowi też się zdawało, że są nieśmiertelni, bezpieczni i czuwa nad nimi duch Józefa Piłsudskiego, człowieka, któremu wszystko się udawało i szczęście sprzyjało mu jak nikomu chyba na świecie.

  18 komentarzy do “O technikach sprzedaży treści historycznych”

  1. Był film z Angeliną Jolie, w którym nawiązała, jako policjantka, romans z rozpracowywanym przestępcą. Została odstawiona od śledztwa i w zaawansowanej ciąży wyjechała gdzieś na pustkowie. Tam wypatrzył ją ten psychopatyczny przestępca i ojciec dziecka, wszedł do domu i wbił nóż w jej brzuch chcąc zabić dziecko. Zdziwiony zobaczył, że ciążę udawała gruba poducha, a cała sytuacja była policyjną pułapką. To wtedy Angelina Jolie powiedziała: Zobaczyłeś to, co chcieliśmy, żebyś zobaczył.

    Strzeżmy się mistyfikacji!

  2. Niestety sami produkujemy dla siebie mistyfikacje i jeszcze uważamy, że to jest nader polityczne i wychowawcze

  3. > idiotyczną książką „Obłęd 44”

    Kiedy ta książka się ukazała, z uwagą śledziłem krytykę, licząc na to, że pojawią się jakieś merytoryczne zarzuty, że ktoś wskaże, gdzie konkretnie Zychowicz się myli lub kłamie. Niestety nic takiego nie nastąpiło, nikt niczego nie wskazał, za to wzmożeni „patrioci” wylali na Zychowicza całe kubły swoich urażonych uczuć. To zabawne, że jednak prawda się broni, bo w odróżnieniu od innych książek Zychowicza ta jest dobra i niezwykle potrzebna. Niestety, zawiera niewygodne szczegóły które psują lukrowany obrazek jaki pokazuje się na akademiach. Jaka szkoda.

  4. Jak mi przykro, że muszę pana wyrzucić.

  5. Te wszystkie dywagacje współczesne na temat klęski Powstania Warszawskiego, w dużej mierze wynikają z nie rozumienia hierarchii wartości.  Jeśli ludzi przekonuje się, że najwyższą wartością jest życie, ich własne, bo bliźniego to już niekoniecznie, to nie ma mowy by byli w stanie cokolwiek poświęcić w imię wyższych wartości czy rozumieć decyzje innych, którzy tę hierarchię  mieli. Tak  jak nie rozumie się, że człowiek jest wielki nie sam przez się, ale z uwagi na wartości którym służy. Nie chcę przez to powiedzieć, że życie nie jest ważne, bo jest, ale są sytuacje, które wymagają dokonania wyboru. Niewielu na to stać i tych czcimy jako świętych lub bohaterów.

  6. tak jak piszesz,

    też podobnie napisała A.Świderkówna, wtedy kilkunastoletnia dziewczyna z zamożnego domu, właściwym był tylko ten wybór , uczestniczenie w PW, tylko nikt z uczestników nie przewidział że skazano Warszawę na przegraną, że powstańcy bedą pozostawieni sami sobie

  7. dziś wieczorem w radio prof. Odziemkowski też nie zakwalifikował Obłędu 44 do książek wartościowych

  8. Pisze Pan o poważnych sprawach, więc będę starał się pomimo groteski być bardzo serio. Jako upieczony kulturoznawca zatrudniłem się w 2002 roku w Muzeum Walk Niepodległosciowych w Poznaniu w oddziale Muzeum Powstania Wielkopolskiego 1918-1919. Proszę wyobrazić sobie moje zdziwienie, gdy pełen werwy u młodego człowieka, który z pracy na ksero w bibliotece dostaje nagle pracę w wymarzinej placówce kultury… w której nie ma ani jednego eksponatu. Placówką zawiadują ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno czyścili łysinę Leninowi w Muzeum Partii Robotniczej, przekształconego potem w Muzeum Historyczne. Ludzie ci zlecili mi falsyfikowanie fotografii z okresu II WS na ksero w sepii /postarzanie kawą, zagięcia rogów trasowałem kluczami/, wykonywałem przebitki z filmu Najdłuższa Wojna Nowoczesnej Europy czy Czterej Pancerni i pies… Oczywiście, był okop że stanowiskiem obronnym, a nad nim plansza z fotografią dziadków pracowników muzeum. Po kilku tygodniach sale zapełniły się, Muzeum powstało. Dosłownie- i to na tyle, że zaczęto organizować panele dyskusyjne z uwaga – żyjącymi Powstańcami Wielkopolskimi. Moim zadaniem było nagrywanie tych spotkań, gdzieś pewnie można odnaleźć w archiwach, jesłi ktoś po moim zwolnieniu ktoś się tym zajął. Co ciekawe im dalej od Powstania tym więcej było powstańców  Były dwie frakcje zwalczające się: patriotyczna, no i ta czerwona. Spór był oczywiście pompowany przez historyka Marka Rezlera. Z tą polityką historyczną to jest tak, jak w jeszcze jednym epizodzie w rzeczonym Muzeum. Otóż nikt nie chciał za bardzo wychylać się w tworzeniu jakiś wystaw, pisaniu publikacji, czy spotkaniach z ludźmi. Wysyłano na takie spotkania świeżaków takich jak ja. Do Muzeum zgłosiła się Pani, która miała pamiątki po mężu. Muzeum nie spodziewało się rewelacji, więc wysłano mnie bym sporządził protokół przyjęcia darowizny. Pojechałem. Spędziłem kilka godzin na słuchaniu opowieści o losach jednego z Powstańców. O tym, jak przeżył kilka obozów koncentracyjnych, jak jego kat wyrył pejczem „włosy” na jego ogolonej głowie. Wdowa po mężu przekazała Muzeum dla niej najcenniejsze pamiątki, w tym fotografie, listy, wspomnienia i pasiak obozowy. Kazano mi to zanieść do kotłowni, bo nie było miejsca na eksponaty żywe. Historia ma być opowiadana na falsyfikatach.

  9. Wyniósł Pan te pamiątki tam gdzie kazano? Nie zrobił im Pan awantury na 20 fajerek?

  10. Nie wiem czy pisze Pan prawdę, ale jeśli tak to jest sprawa dla prokuratura.

  11. no po prostu rozpacz, bo pierwsza myśl jest taka, że zapewne nie tylko w tym muzeum są takie praktyki

  12. Zwolniono mnie zaraz po incydencie, gdy otworzyłem gębę.

  13. Ci ludzie gdzieś są jeszcze… W tamtym czasie organizowali również Muzeum Poznańskiego Czerwca ’56… Więc takie treści historyczne wciąż sprzedaje ta sama grupa.

  14. Erygowanie parafii pod wezwaniem św. Tomasza Becketa w XIII w. na Lubelszczyźnie jest tym ciekawsze, że chodzi nie tylko o inspiracje czy deklaracje. Żeby zbudować kościół potrzebne były relikwie…

  15. O tym nie pomyślałem, a jeśli relikwie to kto je przywiózł?

  16. Relikwie w ołtarzu były raczej obowiązkowe. Prawdopodobnie nie zawsze odnosiły się do patrona kościoła – trudno wyobrazić sobie ich pozyskiwanie w przypadku np. Matki Boskiej czy Ducha Świętego. Ale w przypadku tak „namacalnego” świętego jak Tomasz Becket były do zdobycia. Procedury są być może opisane w „Titulus eclesiae” s. Witkowskiej z KUL, nie mam niestety.

 Dodaj komentarz

(wymagane)

(wymagane)